Logo miesięcznika CGK

SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
7/2020

Pobierz PDF

ŻYCIE NA ROWERZE

Gdyby spróbować zliczyć, ile kilometrów nasz rozmówca przejechał do tej pory na rowerze, z pewnością wyszłoby, że już kilkakrotnie okrążył Polskę wzdłuż jej granic. Gdyby dodać do tego jego rowerowe plany i marzenia, okazałoby się, że będzie atakował wielokrotności równika. Wojciech Kluk jest jednym z najlepszych propagatorów sportów rowerowych w Częstochowie.


Magda Fijołek: Kiedy wsiadł Pan po raz pierwszy na rower?


Wojciech Kluk: To było w podstawówce. Mama kupiła mi rower na ul. Ogrodowej 5, gdzie był wtedy najlepszy sklep rowerowy w Częstochowie. Postawiła przy tym tylko jeden warunek – muszę sam nauczyć się ogarniać technicznie swój rower w razie usterek. Wiedziała, że jeśli się tego nauczę, to będę o niego bardziej dbał. Przychodziłem zatem, za zgodą właściciela, do sklepu i podglądałem pracowników, podpytywałem. Kiedy podrosłem, zacząłem tam skręcać inne rowery. To była moja pierwsza praca zarobkowa.


Nie zatrzymał się Pan jednak na skręcaniu rowerów…


Próbowałem wielu sportów, ale kolarstwo zawsze najbardziej mnie przyciągało. W latach 90. ubiegłego wieku zacząłem od kolarstwa górskiego, kiedy było ono jeszcze mało popularne. Chciałem być Mistrzem Świata. W szczytowej formie mojej kariery sportowej na MTB, podczas Pucharu Polski, byłem trzeci i czwarty - raz nawet przegrałem tylko o kilkadziesiąt sekund z Piotrkiem Formickim, ówczesnym Mistrzem Świata Juniorów. Większe sukcesy były poza moim zasięgiem, byłem bowiem za duży i za ciężki na rower górski. Jeden z moich pierwszych trenerów powiedział wprost: „aby odnosić sukcesy w kolarstwie górskim, trzeba być małym i sprytnym, ty lepiej spróbuj swoich sił na szosie”. I tak się ostatecznie stało. Jednak tu nie odniosłem żadnego sukcesu, to był dla mnie zbyt duży przeskok. Trenowałem niewiarygodnie dużo, nawet za dużo. Byłem bardzo ambitny i sporo pracowałem, jednak w kolarstwie oprócz tych dwóch składników ważny jest jeszcze trzeci: zdrowie. A ja miałem za słabą wydolność. W końcu uległem poważnemu wypadkowi i to całkiem zakończyło moją przygodę z kolarstwem.


Na kolarstwie się jednak nie skończyło… Zaczął Pan pracę w branży rowerowej.


Rzeczywiście znalazłem zatrudnienie w BDC Bike Banaszek Duda Company. Pracowałem tam jako generalny menadżer i zdobyłem doświadczenie. Poza tym nadal mogłem być blisko wyścigów kolarskich. Uczestniczyłem w zawodach jako przedstawiciel marki rowerowej i w ten sposób poznałem kolarstwo od zaplecza. Zdarzało się też, że myłem rowery, podawałem bidon, co wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Przechodziłem pierwsze szkolenia, udało mi się nawet wyjechać na Tour de France. Zdobyte wtedy kontakty spowodowały, że dziś kolarze z grup zawodowych przyjeżdżają do nas, aby im ustawiać rowery.


Wtedy postanowił Pan otworzyć własny biznes?


Tak, choć pomysł chodził mi po głowie od lat. Jednak zawsze bałem się otworzyć własną firmę. W końcu jednak się przełamałem.


Odniósł Pan sukces. Na ile istotny był przy tym Pański upór i konsekwencja w dążeniu do celu?


Od samego początku wiedziałem, co chcę robić i jak. Miałem coś ułożone w głowie i stopniowo to wdrażałem. Ma Pan klientów nie tylko w Częstochowie, ale i poza nią… Muszę powiedzieć, że tak naprawdę markę Fabryka Rowerów zbudowaliśmy na klientach z zewnątrz, którzy specjalnie do mnie przyjeżdżali, bo byli zadowoleni z oferowanego serwisu.


Od początku myślał Pan o swojej firmie jako miejscu, które kreuje społeczność pasjonatów?


Tak i cieszę się, że wokół naszego sklepu zgromadziła się aż tak duża grupa rowerzystów. Tworzą ją klienci i znajomi, oni z kolei opowiadają o grupie swoim znajomym i skład się powiększa. Od 6 lat w czwartki organizowane są wieczorne spotkania. Bez względu na pogodę wyjeżdżamy spod Stodoły – jak pieszczotliwie nazywamy nasz sklep - do Mirowa, wzdłuż Warty, na Wyczerpy, do Lasku Aniołowskiego, Mstowa, czy w Sokole Góry. Co tydzień w inną stronę, aby nie było nudno. Skrzykujemy się na forum na WhatsApp’ie. Od niedawna we wtorki jeździmy po szosie, organizujemy również „Babskie środy”. Dodatkowo raz w miesiącu umawiamy się na wyjazdy jedno- lub dwudniowe, np. na rychlebskie ścieżki lub w okolice Bielska-Białej. Podczas pandemii nasze wyjazdy rowerowe były zawieszone, ale teraz wracamy. Jeśli długo nie jeździmy, to nas po prostu nosi.


Jednak ma Pan na koncie i większe wydarzenia…


Trzy razy zorganizowaliśmy Demo Day czyli testy rowerów, był też Maraton MTB wzdłuż Warty. Wystartowało w nim ok. 300 osób, w tym dzieci. Rok później zmienił się on już w cykl czterech maratonów MTB. Największymi naszymi imprezami były jednak profesjonalne wyścigi szosowe.


Mówi Pan, że na sukces Fabryki Rowerów nie złożyło się tylko Pana działanie, ale również zaangażowanie całej drużyny, która pracuje w firmie…


Zdecydowanie tak. Wśród nas są sami zapaleńcy ze środowiska rowerowego. Między innymi były kolarz zawodowy oraz fizjoterapeuta, który zajmuje się bike fittingiem, czyli dopasowywaniem roweru do potrzeb użytkownika, aby jazda była nie tylko wygodna, ale również wydajna i minimalizująca ryzyko wystąpienia kontuzji.


Rower nigdy się Panu nie znudził?


Nigdy! Rower jest czymś, na co każdy może wsiąść, każdy może na nim jechać, niezależnie od tego, gdzie jest. Kiedy chcę odpocząć, oderwać od kłopotów - idę na rower, sam, żeby spokojnie wszystko przemyśleć.


Urlopy też na rowerze?


Generalnie to ja urlopów nie mam. Dwa lata temu byłem na takim urlopie bez roweru, sam, bez dzieci, tylko z moim wujkiem, ale takie wakacje miałem raz w życiu. Właściwie wszędzie jeździmy rowerami – ja wraz z moją partnerką i dziećmi.


A dzieciom to pasuje?


Nie jestem rodzicem, który zamęcza swoje dzieci, ja im tylko daję możliwość korzystania z roweru. To nie jest tak, że mam niespełnione marzenia i teraz chcę, żeby moi synowie zostali kolarzami. Poza tym wiem, że kolarstwo to trudny sport i chyba nawet nie chciałbym, aby poszli tą drogą.


Rower jest dobry na wszystko?


Można na nim zwiedzać cały świat. Jest też świetnym środkiem transportu. Mam nadzieję, że firmy otworzą się na swoich pracowników, którzy chcą przyjeżdżać do pracy na rowerach i zaczną tworzyć specjalne miejsca do pozostawienia ich na czas pracy. Rower daje wolność.


Częstochowa sprawdza się jako miejsce rowerowe?


Jak najbardziej. W Częstochowie są największe ustawki, czyli treningi, na które zwołują się ludzie. To, co jest wypisywane na różnych forach, że nie ma gdzie jeździć, mija się z prawdą. Chciałoby się, aby trasy były lepiej oznakowanie, jednak tereny są tu jednymi z fajniejszych w Polsce.