8/2020

Pobierz PDF

NUMER 15 NA KOSZULCE

Bez rodziny nie byłaby piłkarką. To bracia nauczyli ją grać i stawiali na bramce podczas meczów. Rodzice dopingowali i dawali wsparcie w każdej decyzji, jaką podejmowała podczas kariery zawodniczej. Oglądając spotkania reprezentacji kobiet w piłce nożnej, z pewnością znajdziecie na boisku częstochowiankę Agnieszkę Winczo.


Magda Fijołek: Piłka nożna kobiet - to wciąż dla większości społeczeństwa brzmi nieco egzotycznie…


Agnieszka Winczo: Popularność piłki nożnej kobiecej powoli zaczyna rozkwitać, ale niejedna z nas, piłkarek, zaczynała na podwórku z braćmi, kuzynami. Tak też zaczęła się i moja historia. Myślę, że nie miałam innej opcji, jak tylko zacząć trenować z chłopakami piłkę nożną. Mam trzech braci, kiedy gdzieś wychodzili, zawsze zabierali mnie ze sobą. Ścigałam się z nimi na rowerach, grałam w koszykówkę, czy właśnie w piłkę nożną. Później już tak się utarło na osiedlu, że koledzy dzwonili po mnie do mojej mamy z pytaniem: „czy Aga może zagrać z nami w piłkę?”. Dla mnie podwórko czy boisko było drugim domem. To, że mogłam wracać do domu z poobijanymi nogami czy guzem na głowie, nie stanowiło problemu.


To jednak była tylko zabawa. Jak trafiłaś na treningi piłki nożnej?


To była bardzo kręta droga, ponieważ, kiedy dorastałam, w Częstochowie nie było kobiecego klubu piłkarskiego. Teraz można spotkać wiele drużyn chłopięcych, w których trenują także dziewczyny. Kiedy ja dorastałam, spojrzenie na to było zupełnie inne. Byłam jednak zawsze bardzo związana ze sportem. Chodziłam do szkoły podstawowej nr 40 i tam uczestniczyłam w każdych zawodach sportowych, bez względu na dyscyplinę. Kiedy więc do szkoły zgłosił się trener pierwszego klubu piłki nożnej, kompletujący drużynę kobiecego futbolu, mój nauczyciel wychowania fizycznego bez wahania wskazał mnie.


Co było dalej?


Rodzice się zgodzili, więc pojechałam do klubu i od razu postawiłam warunek, że będę grała w piłkę nożną, jeśli zostanę bramkarką. Trener stwierdził jednak, że widział mnie na zawodach i że będę strzelać gole. Ponadto moja przyjaciółka była bramkarką i ostatecznie nie chciałam jej tej funkcji zabierać. Potem okazało się, że podczas zawodów zdobywam tyle bramek, że pozostałam już na ataku.


Jak na trzynastoletnią dziewczynę takie stawianie warunków trenerowi jest dość odważne. Czemu tak bardzo chciałaś być bramkarką?


To też przez moich braci. Gdy grali w piłkę, stawiali mnie na bramce. Wychodzili z założenia, że oni będą strzelać gole, a ja będę bronić. Teraz bracia lubią przypominać: „pamiętaj, kto był twoimi trenerami”.


Te treningi piłki nożnej traktowałeś od samego początku bardzo poważnie?


Na początku ani razu nie pojawiła mi się w głowie myśl, że może to być mój styl życia, sposób na zarabianie. Chodziłam na treningi, bo zawsze, gdy za coś się zabierałam, starałam się dać z siebie wszystko. W pewnym momencie było nawet tak, że chciałam grać zarówno w koszykówkę, jak i w piłkę nożną - ale tego niestety nie dało się ze sobą pogodzić. Przyszedł w końcu moment wyboru i wtedy postanowiłam, że to będzie piłka nożna. Nie dałabym jednak wtedy rady, gdyby nie moja mama, która przyjeżdżała do mnie po szkole, przywoziła w opakowaniach posiłek i zawoziła mnie na treningi. Ja jadłam w drodze. Po treningu oczywiście przyjeżdżała i zabierała mnie do domu. Tak było dzień w dzień. Natomiast pierwszy raz pomyślałam, że z tego mojego trenowania coś może być, kiedy otrzymałam powołanie do kadry Polski do lat 17. Pojechałam na zgrupowanie i wtedy dostałam z kilku klubów zapytania, czy nie zechciałabym się do nich przenieść. Stanęłam wówczas przed pierwszą poważną decyzją: zostaję w Częstochowie, czy też w wieku 16 lat przenoszę się do innego miasta, mieszkam w internacie i gram profesjonalnie? Zdecydowałam się na to drugie.


Gdzie trafiłaś?


Do Sosnowca. Nie chciałam za bardzo obciążać rodziców kosztami mojego pobytu w innym mieście. Klub opłacał mi internat, pozostawało jeszcze kilka groszy kieszonkowego. Jednak rodzice wciąż mnie wspomagali, zapasy jedzenia przesyłali mi pociągiem, przez konduktora. Naprawdę dużo zawdzięczam rodzicom.


Jakie to uczucie trafić do reprezentacji Polski A?


Jak wspomniałam, najpierw trafiłam do reprezentacji do lat 17, później, wraz z wiekiem, byłam przesuwana o poziom wyżej. Wreszcie, mając 19 lat, trafiłam do reprezentacji A – pojawił się wówczas wielki strach. Zaczęłam grać z takimi zawodniczkami, które do tej pory były moimi idolkami. Zostałam jednak bardzo dobrze przyjęta, nawiązały się przyjaźnie. Teraz z przyjemnością jeżdżę na zgrupowania kadry. Mocno trenujemy, żeby reprezentować nasz kraj.


Oprócz strachu włączyła się też chyba ambicja?


Tak, na pewno. Czasami dostaje się tylko jedną szansę. Pojedziesz na zgrupowanie, trener zobaczy, oceni i stwierdzi – to nie o to chodzi. My, młodsze zawodniczki, musiałyśmy dawać z siebie jeszcze więcej, żeby pokazać, że jednak jesteśmy tej kadry warte.


A jak to się stało, że znalazłaś się w Niemczech?


Jesteś teraz piłkarką Bundesligi. To był taki czas, że miałam poczucie, iż na boiskach polskich osiągnęłam już niemal wszystko. Zdobyłam Puchar Polski, Mistrzostwo Polski. Pojawiła się myśl, że fajnie byłoby zagrać za granicą. Teraz jest łatwiej wyjechać, bo Polki wyrobiły już sobie renomę. Kiedy ja wyjeżdżałam, Polki z reprezentacją za dużo nie osiągnęły. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że na jeden z meczów, które grałam w Raciborzu, przyjechała trenerka z Niemiec. Potrzebowała zawodniczek z Polski, obserwowała nas wszystkie, a po meczu podeszła do mnie i zaproponowała grę w swoim klubie. Ponieważ moja mama jeździła na każdy mój mecz, spojrzałam na nią i wiedziałam, że nie ma nic przeciwko temu. Decyzję podjęłam w 5 minut. Najpierw pojechałam do Niemiec, by się rozejrzeć; wracając, wiedziałam już, że będę tam grać. Trafiłam do Cloppenburga.


Zawsze tak szybko podejmujesz decyzję?


Tylko wtedy, kiedy jestem czegoś pewna. Do odejścia z Cloppenburga dojrzewałam długo. Po wyjeździe jeszcze z miesiąc płakałam. Było mi tam tak dobrze. Osoby z klubu wprowadziły mnie w świat niemieckiej piłki nożnej, nauczyły języka, bardzo mi pomogły. Ale to też była dobra decyzja, bo pozwoliła mi się rozwinąć.


No właśnie, nie znałaś języka, jak sobie z tym poradziłaś?


Klub zapewnił nam prywatne lekcje. To było dość zabawne, w wieku 27 lat ponownie trafić do szkoły, pisać dyktanda, kartkówki, klasówki, dostawać oceny. Było to też bardzo trudne. Uczyłyśmy się codziennie, przez cztery godziny. A gdy się nie przyszło czasem do szkoły, od razu był telefon do trenerki. Potem na treningu pierwsze pytanie brzmiało: „czemu nie byłaś w szkole?”. Po pierwszym sprawdzianie niemal się popłakałam, dostałam bowiem jedynkę, dopiero potem zorientowałam się, że w Niemczech jest odwrotna skala ocen.


Jak wyglądał wówczas Twój dzień?


Pierwszy rok był bardzo ciężki. Z samego rana szło się na trening, potem do szkoły, do pracy i znów na trening. A do późna w nocy zakuwało się na lekcje.


Bundesliga bardzo się różni poziomem od naszej ligi?


Tak, bardzo. Po pierwszym treningu siadłam z tyłu na murku pod klubem, żeby nie było obciachu. Myślałam wtedy, że jeśli ktoś mnie nie odbierze autem, to nie dojdę do domu. Siedziałam na tym murku z godzinę, czekając na cud. Aż w końcu się ogarnęłam i noga za nogą poszłam do domu.


Na swoim koncie masz solowe wyróżnienia: w Cloppenburgu jako najlepsza strzelczyni, a w Polsce jako najlepsza piłkarka. Nagrody są dla Ciebie ważne?


Z każdego takiego wyróżnienia bardzo się cieszę. Także z tego, że zostałam Twarzą Przyszłości. Jestem zaszczycona, że mogę reprezentować nasze miasto.


(fot. Paula Duda/ PZPN)