9/2020

Pobierz PDF

ŚWIAT PRZEZ LUPĘ KAMERY

Kiedy oglądamy filmy, najczęściej zwracamy uwagę na fabułę, grę aktorów, reżyserię, scenografię. Tymczasem to, co widzimy i jak odbieramy klimat filmu, jest efektem współpracy reżysera z operatorem filmowym. Wśród Twarzy Przyszłości znalazł się jeden z nich – operator Cezary Stolecki.


Magda Fijołek: Jak na swój wiek, masz imponujące osiągnięcia. 32 lata i na koncie stypendium Berlinale Talents, członkostwo stowarzyszenia autorów zdjęć filmowych PSC, laury w ramach KODAK VISION PRIZE na festiwalu w Pisku w Czechach oraz nominacja do Złotej Kijanki na festiwalu CAMERIMAGE. Czujesz się już doświadczonym operatorem filmowym?


Cezary Stolecki: Nie, absolutnie nie. Prawda, że jadąc na plan, czuję już większy spokój, ale każdy kolejny kadr, każda scena, każdy projekt są zawsze inne od poprzednich, więc za każdym razem przychodzą następne wyzwania i nowe doświadczenia. Staram się pielęgnować w sobie entuzjazm debiutanta.


Gdybyś miał wskazać, jakie cechy powinien posiadać dobry operator filmowy, byłyby to…


Operator to pełna sprzeczności funkcja na planie. Musisz być jednocześnie i artystą i technikiem. Czasem trzeba pozostać z boku i pracować „bezszelestnie”, nie wychodząc na pierwszy plan, a czasem właśnie zupełnie na odwrót. Na pewno przydają się też duże pokłady cierpliwości, morze empatii i trochę wytrwałości.


Co jest najtrudniejsze w tej pracy?


Złapanie balansu. Na planie pracujemy po 12-16 godzin dziennie, a czasem po zakończeniu dużego projektu mamy wolne przez dwa miesiące. Nie wyobrażam sobie już teraz pracy w innych interwałach, ale te częste zmiany rytmu życia nie są łatwe dla nas samych, a tym bardziej dla naszych najbliższych. Na planie, nawet gdy brakuje kawy i sił, trzeba dawać z siebie wszystko. Bo nikomu nie będziesz potem tłumaczył w kinie, że coś mogłoby być lepsze, ale akurat tego dnia zdjęciowego byłeś już zmęczony. Ekran jest bezwzględny.


Odwracając pytanie, co najbardziej w tej pracy lubisz?


Na szczęście tych rzeczy jest cała masa. Opowiadanie nowych historii i przekazywanie emocji za pomocą obrazu jest czymś niezwykle uzależniającym i pięknym w swojej niepowtarzalności aktu tworzenia. Każdy robi to inaczej, na swój sposób. Tak jak pisarz, malarz, czy kompozytor. Jednocześnie film wymaga współpracy z wciąż nowymi ludźmi, którzy często są wspaniałymi, inspirującymi indywidualnościami.


To jest dla Ciebie zawód czy coś więcej?


Nigdy nie nazywałem tego, co robię zawodem, tak jak planu zdjęciowego nie nazywam miejscem pracy. Dzięki temu, to, czym się zajmuję, jest dla mnie wciąż czymś nie do końca odkrytym i ma duży wpływ na moje życie codzienne. To absolutnie moja pasja.


Praca operatora to wyzwania - chodzi mi o warunki, w jakich operator pracuje. Zdradzisz, które sytuacje z planu filmowego były dla Ciebie prawdziwą próbą sił?


Każdy projekt przynosi nowe wyzwania. Nie potrafię powiedzieć, czy utrzymanie spójności upalnego lata, mimo zmieniającej się pogody podczas realizacji „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, było większym wyzwaniem od efektywnej pracy od godziny 14.00 do 6.00 rano przy „Ataku Paniki”, gdy realizowany był pełen dialogu wątek z Magdą Popławską i Grzegorzem Damięckim. Tylko w tych dziwnych godzinach mieliśmy dostęp do parteru biurowca, który zaadaptowaliśmy na nasze potrzeby jako restaurację. Przy moim ostatnim filmie fabularnym, do którego część zdjęć wykonywaliśmy w domu zalanym wodą, ze względów bezpieczeństwa żadna część sprzętu kamerowego i oświetleniowego nie mogła mieć kontaktu z podłożem. Wymagało to ode mnie zupełnie innego podejścia do przygotowań i realizacji zdjęć. Ale wszystko się wspaniale udało. Za każdym razem jest to więc wyzwanie z zupełnie innej beczki.


Chyba lubisz pracować z Pawłem Maśloną, reżyserem „ Ataku paniki” i „Magmy”?


Z Pawłem znamy się ze szkoły filmowej i zrealizowaliśmy wspólnie wiele projektów, przy których rozumieliśmy się bez słów, bez konfliktów. Tak, to ogromna przyjemność pracować z Pawłem, bo za każdym razem jest to jak przechodzenie po ruchomych piaskach z kolegą, któremu się ufa w stu procentach.


Wiosną tego roku, na popularnym serwisie streamingowym Netflix pojawił się pierwszy polski slasher, czyli horror filmowy o fabule, w której liczba bohaterów zmniejsza się w „dziwnych” okolicznościach. Kręcenie horrorów to chyba specjalne wyzwanie dla operatora, to od niego bowiem w dużym stopniu zależy, czy uda się uzyskać mroczny klimat.


Budżet tej produkcji nie był wysoki, więc nie było pieniędzy na realizację filmu tylko w nocy. Trzeba było wykrzesać wszystkie swoje pokłady kreatywności dla stworzenia mrocznego klimatu. Postanowiliśmy z Bartoszem Kowalskim, reżyserem filmu, poszukać go w słońcu, upale, brudzie i pocie ciała. Jestem bardzo zadowolony z tego, co udało się osiągnąć. Tym bardziej, że czasem musiałem oszukiwać widza i „tworzyć” upał, podczas gdy na przykład za oknem w kościele nastała noc, albo kiedy mieliśmy pochmurny dzień w lesie.


A czym była dla Ciebie praca nad reklamami sportowymi na Olimpiadę w Tokio 2021?


O tym za dużo nie mogę mówić, bo jeszcze nie było premiery, ale to następna przygoda, która bardzo mnie rozwinęła. Pracowałem z chińską i japońską ekipą, więc super było podglądać i dostosowywać się do ich stylu pracy. Na szczęście okazuje się, że język filmu jest niezwykle uniwersalny i, mimo że technicznie były to bardzo skomplikowane reklamy, to praca na planie przebiegała wspaniale. Dlatego do odpowiedzi na pytanie, co lubię w mojej pracy – której, jak zaznaczyłem, nie nazywam pracą - powinienem jeszcze dodać właśnie podróże i poznawanie nowych krajów oraz ludzi, nie z pozycji turysty, ale jako członek ekipy. To wspaniała perspektywa odkrywania świata od kulis.


Nie jesteś jedynym Stoleckim, który pracuje w tej branży. Jest w niej również Twój brat. To konkurencja czy wsparcie?


Kiedy studiowaliśmy w konkurencyjnych szkołach filmowych, to chyba trochę ścigaliśmy się między sobą. Ale ta zdrowa konkurencja szybko minęła i zaczęliśmy się wspierać oraz doradzać sobie w wielu kwestiach. Czasem robimy wspólnie testy nowego sprzętu, czy polecamy sobie nawzajem współpracowników. Trzymamy sztamę.


Wszystko jednak zaczęło się w Częstochowie, podkreślasz to w swoim filmiku nagranym na potrzeby projektu Twarze Przyszłości…


Tak, to prawda. W Częstochowie wszystko się zaczęło od krótkich filmów robionych z moim bratem i kolegami. Potem przyszedł czas nauki w II LO im. Romualda Traugutta. Mimo że liceum nie miało żadnego kierunku artystycznego, to pomogło mi w moich artystycznych wyborach. Między innymi dzięki profesorowi Markowi Podgórskiemu uzyskałem dostęp do szkolnej ciemni. Organizowaliśmy też co piątek pokazy filmowe w świetlicy i mogłem rozwijać swoje rodzące się pasje, korzystając ze szkolnego aparatu fotograficznego i kamery. Jestem pewien, że gdyby nie wsparcie szkoły oraz moich rodziców, którzy uwierzyli, że mogę być szczęśliwy bez studiów ekonomicznych, nigdy nie udałoby mi się tak często oglądać świata przez lupę kamery.