Juliusz Sawka
10/2020

Pobierz PDF

Od bojki do rasowego pływaka

Juliusz Sawka ma na swoim koncie wiele medali zawodów mistrzowskich, rozgrywanych zarówno w Polsce, jak i za granicą. W ich zdobywaniu zupełnie nie przeszkadza mu fakt, że jest osobą z niedosłuchem. Jest przykładem, jak pozytywnie może rozwinąć się życie osoby z niepełnosprawnością, jeśli tylko dać jej na to szansę.


Magda Fijołek: Zaskoczyłeś mnie tym, że jesteś po Liceum Plastycznym…


Juliusz Sawka: Tak, jestem. Mam dyplom z ceramiki. Do tej pory utrzymuję kontakt z nauczycielami, z jednym z nich, Michałem Tkaczyńskim, trenuję nawet ogólnorozwojówkę. Miałem indywidualny tok nauczania, ale nie z uwagi na mój niedosłuch, tylko ze względu na treningi i zawody w pływaniu. Jestem bardzo wdzięczny dyrekcji i nauczycielom Plastyka, że podeszli do mojej pasji z tak wielkim zrozumieniem.


Czemu ceramika?


Oprócz pływania, zawsze lubiłem tworzyć. Zdałem więc egzamin i zacząłem naukę w Plastyku. Lubiłem lepić, brudzić się, działać przestrzennie – malowanie, rysowanie, grafika już tak bardzo mnie nie pociągały. Pierwszy rok był ciężki. Trzeba było połączyć naukę z treningami, ale w końcu wpadłem we właściwy rytm. Godz. 5.20 - pobudka, od 6.00 do 7.30 - trening, od 8.00 – szkoła, po szkole znowu jakiś trening. I tak przez sześć lat. Nauczyciele bardzo mi pomagali.


Stanowisz świetny przykład tego, że osoby z niepełnosprawnością mogą dobrze funkcjonować we współczesnym świecie i osiągać to, co zamierzają. Nie muszą się ograniczać.


To wszystko dzięki rodzinie. Moi rodzice zdecydowali, że mam z nimi rozmawiać, a język migowy będzie dla mnie drugim językiem porozumiewania się. Wysłali mnie do logopedy – pani Urszuli Madalińskiej. Przez 10 lat uczyłem się u niej mówić.


To dobrze?


W moim przypadku tak. To mnie otworzyło na świat. Pomaga mi to też podczas podróży, a ja bardzo lubię podróże.


Jest trend, aby osoby słyszące uczyły się języka migowego w celu nawiązania kontaktu z osobami niesłyszącymi lub z niedosłuchem…


Powiem szczerze, że do naszej kadry trafiały osoby, które tylko migały i nie chciały się uczyć mówienia. Wywieraliśmy na nich delikatną presję, aby zaczęły mówić i obecnie właśnie tak się porozumiewamy. Teraz osoby te komunikują się tak również z rodzicami. Języka migowego używamy w wodzie, kiedy nie mamy aparatów słuchowych. Ponieważ dobrze sobie radzę w mówieniu, niektórzy z moich kolegów proszą mnie za granicą, abym podszedł do kogoś, by o coś zapytać. Często odmawiam - nie dlatego, że nie chcę pomóc, ale dlatego, by dać tym kolegom motywację, aby radzili sobie sami. Aby przełamywali wewnętrzną barierę w porozumiewaniu się z innymi.


Czyli oprócz tego, że razem trenujecie, to jeszcze dajecie sobie wsparcie i pozytywnie nakręcacie się wzajemnie, aby iść dalej, by np. zacząć mówić…


Tak, chociaż muszę przyznać, że nie wszyscy niesłyszący mogą mówić. Bardzo też żałuję, że dofinansowania do aparatów słuchowych są tak niskie. Naprawdę dobre aparaty są drogie i nie wszystkich jest na nie stać.


Porozmawiajmy o tym, na czym koncentrujesz się od wielu lat, czyli na pływaniu. Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z tym sportem?


Zacząłem pływać w wieku 6 lat. Rodzice zapisali mnie do szkółki pływackiej „Pirania”, gdzie trafiłem pod opiekę pana Piotra Myszy. To on mnie motywował i dawał wskazówki, jak być wciąż lepszym i lepszym. Chociaż muszę przyznać, że najbardziej mobilizowali mnie starsi pływacy, chciałem im bowiem dorównać. Po śmierci mojego pierwszego trenera, zajął się mną Piotr Ruszel. Początkowo nie pałałem do niego sympatią, jednak z czasem wszystko się zmieniło. Do dziś jest on moim trenerem i psychologiem sportowym, ale właściwie też członkiem rodziny. W międzyczasie zajął się mną Konrad Dzwonkowski, z którym zdobyłem mistrzostwo Europy oraz wicemistrzostwo świata. Później przeniosłem się do Katowic, trenerem kadry był wtedy i jest do teraz Marek Jabczyk. Co zabawne, do Katowic przeprowadzałem się już trzy razy, zawsze kiedy trzeba było się przygotować do mistrzostw lub igrzysk, jednak zawsze potem wracałem do Częstochowy.


W jaki sposób trafiłeś do kadry narodowej?


Popchnęli mnie do tego rodzice. Trener Jabczyk szukał pływaków do kadry i to on zrobił pierwszy test, czy się nadaję. Byłem wtedy taką bojką, czyli miałem więcej ciała, jednak kiedy wskakiwałem do wody, prułem jak motorówka. Za pierwszym razem udało mi się tylko dostać na obóz do Bułgarii, gdzie zrzuciłem 10 kg. Dzięki temu wreszcie wyglądałem jak pływak. Potem już bez problemu dostałem się do kadry i zacząłem odnosić sukcesy w pływaniu.


Bardzo często mówisz podczas naszej rozmowy o rodzicach. Wydają się być Twoim motorem do działań...


Tak, rodzice i brat. Wspieranie mnie wymagało z ich strony wielu poświęceń. Finansowali spotkania u logopedy i aparaty słuchowe. Przez sześć lat mama woziła mnie wcześnie rano na treningi. Bardzo często powtarzali: „nic na siłę, rób, co chcesz, my i tak będziemy za tym”. Muszę przyznać, że dzięki ich podejściu jestem teraz bardzo samodzielny.


To ogromnie pozytywne, co mówisz. Tym bardziej, że niektórzy rodzice osób z niepełnosprawnością nadmiernie drżą o swoje dzieci...


Od razu mówię, że jeśli jacyś rodzice są przewrażliwieni w związku z tym, że ich dzieci nie są w pełni sprawne, to zapraszam do trenera Piotra Ruszela. Jego zajęcia odbywają się na CKS. Można przyjść ze swoimi dziećmi i nawet tylko przyglądać się treningom. Rodzice nie powinni być nadwrażliwi, bo niepełnosprawność ich dzieci nie musi być żadną przeszkodą. Moim zdaniem, dzieciom więcej złego może stać się w domu, niż podczas treningów. Dodatkowo na stadionie, wśród innych rodziców, w naturalny sposób tworzy się grupa wsparcia dla rodzin dzieci z niepełnosprawnościami.