Mateusz Adamkiewicz
10/2020

Pobierz PDF

Lekarz i kolarz

Ci, którzy myślą, że bycia lekarzem nie da się połączyć z wyczynowym kolarstwem, są w błędzie. Najlepszym na to przykładem jest Mateusz Adamkiewicz – lekarz urolog, zdobywca wielu medali w mistrzostwach kolarskich lekarzy.


Magda Fijołek: Najpierw byłeś lekarzem czy kolarzem?


Mateusz Adamkiewicz: Zdecydowanie kolarzem! Na rowerze zacząłem intensywniej jeździć jako licealista. Zaczynałem od dłuższych wycieczek po okolicy, wyjazdów rowerowych w góry ze znajomymi, potem przyszły lokalne wyścigi, pierwsze prawdziwe treningi itd.


Skąd kolarstwo w Twoim życiu?


Kolarstwem zaraził mnie mój przyjaciel Miłosz. On mnie „wyciągał” na rower, razem robiliśmy coraz odleglejsze wycieczki. Jeździł dłużej ode mnie, zawsze był mocniejszy, pojawiła się pierwsza rywalizacja. Tak się zaczęło.


Lekarzem jest się 24 godziny na dobę, jak zatem udaje Ci się znaleźć czas na rower?


Im człowiek ma mniej czasu, tym jest bardziej zorganizowany. Wcześniej, na studiach i w pierwszych latach kariery lekarskiej, moje kolarstwo było bardzo nieregularne. Jeździłem, kiedy był na to czas, gdy miałem mniej zajęć albo po dyżurze. Potem pracy było coraz więcej, a moja żona zaszła w ciążę. Zrozumiałem, że aby zachować regularność treningów, a co za tym idzie, żeby to całe trenowanie miało jakikolwiek sens, trzeba wstawać wcześniej i trenować przed pracą. A jako że dojeżdżam do pracy do Zabrza… treningi zaczynam o godz. 4.30. Za to po pracy mam chwilę dla rodziny. Ogromnym wsparciem jest dla mnie żona, bez jej pomocy moje trenowanie nie byłoby możliwe. No i córka, mój najwierniejszy kibic.


Radzisz sobie tak dobrze, że w zawodach lekarzy w kolarstwie, zarówno w Polsce, jak i za granicą, zdobywasz medale i to złote. Musisz chyba dużo trenować przed takimi wyścigami?


Wyścigi lekarskie mają tę specyfikę, że poziom jest bardzo mieszany, chociaż z roku na rok coraz wyższy. Nawet gdy nie jest się w niesamowitej formie, można aktywnie się pościągać, pomyśleć taktycznie, mieć wpływ na dynamikę wyścigu. Trening jednak odbywa się cały rok, przed samymi zawodami zmienia się tylko nieco jego charakter.


Skąd pomysł, żeby wystartować w takich zawodach?


O Medigames usłyszałem po raz pierwszy od mojego kolegi, lekarza, który zdobył tam parę złotych medali. Ajako że na ostatnich zawodach byłem od niego mocniejszy, pomysł nasunął się sam. Przy okazji igrzysk zorganizowaliśmy sobie urlop. Wraz z żoną i półtoraroczną wówczas córeczką, Leą, zrobiliśmy 2-tygodniową objazdówkę po Chorwacji, Bośni i Czarnogórze, gdzie wtedy odbywały się zawody.


Uprawiasz zarówno kolarstwo szosowe, jak i górskie. To różne dyscypliny sportu, inne rowery, co wymaga odmiennego rodzaju przygotowania. Kolarstwo górskie jest ponadto zaliczane do sportów ekstremalnych. Domyślam się, że jedno pociągnęło za sobą drugie…


Rzeczywiście, jeżdżę na szosie, w terenie oraz tzw. enduro - czyli generalnie jazda po górach, najczęściej po specjalnie wytyczonych szlakach, z reguły im trudniejszych, tym lepiej.


Która dyscyplina daje Ci najwięcej satysfakcji?


Na pewno najbardziej satysfakcjonuje mnie i cieszy enduro, gdzie jest najwięcej adrenaliny. Ale ponieważ nie mieszkam w górach, a wolnego czasu nie mam tyle, co dawniej, ta odmiana pozostaje dla mnie głównie wakacyjną odskocznią.


Pojawiasz się także na częstochowskich zbiórkach rowerowych. Jest to dla Ciebie forma treningu czy coś więcej?


Mocny trening, czasem wyścig, ale też spotkania ze znajomymi. Poza tym zbiórki to dobra okazja, żeby wrócić na Jurę, gdzie zaczynałem przygodę z kolarstwem.


Skoro tak dobrze Ci się kręci na rowerze, nigdy nie korciło Cię, żeby porzucić lekarski kitel?


Nigdy w życiu! Kocham jedno i drugie. Rower jest dla mnie odskocznią, pozwala nabrać dystansu do pracy, do życia. Motywuje do dbania o zdrowy styl życia, zdrową dietę. Zmęczenie fizyczne przekłada się na odpoczynek psychiczny. Nawet dwudniowy wypad w góry pozwala mi zupełnie zapomnieć o bożym świecie i wrócić wypoczętym jak po tygodniowym turnusie „na plaży”.


Mieszkasz w Kłobucku, jednak Częstochowa to Twoja większość życia i dnia?


Na pewno większość życia, obecnie pracuję jednak w dużej mierze na Śląsku. W Częstochowie pojawiam się jednak parę razy w tygodniu, mieszkają tutaj moi rodzice i znajomi, od niedawna córeczka chodzi tu do przedszkola. Okazji jest coraz więcej.


A jak się czujesz z tytułem Twarz Przyszłości?


Hmm, nie czuję się nikim specjalnym. Byłem bardzo zdziwiony tą nominacją. Jest to jednak szalenie miłe! Cały ten projekt pozwala też spojrzeć na nasze miasto z szerszej perspektywy. Wyrwać się na chwilę z tej gonitwy załatwiania wszystkich spraw w ciągu dnia. Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę inne osoby nominowane w ramach tego projektu. To fantastyczni ludzie, którzy budują miasto i nadają mu charakter. To zaszczyt być w takim gronie!