Na zdjęciu  Anna Królica, kuratorka projektu
?Przewodnik Taniec? poświęconego współczesnej sztuce tańca.
11/2020

Pobierz PDF

WIDZIALNOŚĆ LUDZI TAŃCA

„Ludzie tańca walczą o widzialność” – mówi Anna Królica, kuratorka projektu „Przewodnik Taniec” poświęconego współczesnej sztuce tańca. Jest częstochowianką, krytyczką tańca, prezeską Fundacji Performa. Rozmawiamy z nią m.in. o ważnej roli tańca oraz o tancerkach i tancerzach z Częstochowy, na których warto zwrócić uwagę.


Michał Wilk: Rozmawiamy w kontekście projektu „Przewodnik Taniec”, dofinansowanego w ramach programu „Kultura w sieci”. Projekt wystartował w czerwcu. Jaka idea leży u jego podstaw?


Anna Królica: Chcieliśmy stworzyć platformę z wiedzą o tańcu, promującą artystów i przybliżającą widzom zagadnienia związane z tańcem współczesnym. Mieliśmy na uwadze szerokie spektrum tematyczne. Naszym celem było stworzenie opowieści o ważnych osobowościach tańca i przybliżenie ich historii oraz dokonań artystycznych. Pragnęliśmy pokazać także twórców, których odkryliśmy w naszych kuratorskich, dość osobistych poszukiwaniach, a więc mówić także o tych, którzy w zauważalny sposób funkcjonują w obiegu kultury i sztuki. Chcieliśmy w tej opowieści przyjąć perspektywę kuratorów, nie tylko badaczy czy krytyków. Warto także przypomnieć, że kiedy powstawała w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego czy Narodowym Centrum Kultury idea programu „Kultura w sieci”, praktycznie całe życie kulturalne uległo wtedy hibernacji z powodu lockdownu. Ten program z założenia miał wspierać artystów, więc chcieliśmy zapewnić im widzialność w tym okresie, kiedy sceny i teatry były zamknięte. Chcieliśmy zachęcić ich do działania w innym medium, w przestrzeni wirtualnej.


Projekt jest bardzo rozbudowany, składa się z wielu elementów. Co dokładnie można w nim znaleźć?


Szalenie zależy mi, aby pokazywać taniec z różnych perspektyw, dlatego planowaliśmy stworzyć wielopłaszczyznową platformę, która mogłaby funkcjonować jako subiektywny przewodnik. Pierwsza jego część opiera się na rozmowach z artystami, przedstawicielami polskiej sceny tańca, których choreografie, działania artystyczne wzbudzają emocje i pobudzają do intelektualnego dialogu. Wybraliśmy zarówno artystów niezależnych, ceniących sobie intymną relację z widzami, jak i twórców związanych z instytucjami, nierzadko nimi zarządzających (Jacek Przybyłowicz, Anna Piotrowska). Nie mogło w tym przewodniku zabraknąć miejsca dla przedstawicieli nowego tańca, jak: Barbara Bujakowska, Aleksandra Osowicz, Magda Przybysz, Aurora Lubos, Anna Wańtuch.


Jak to dokładnie wygląda?


Chcieliśmy na przykład wspomnieć o tańcu butoh, japońskiej praktyce prowadzenia ciała, która od lat cieszy się w Polsce wielkim zainteresowaniem. Ukuto nawet termin „polskie butoh”. W tym kontekście musiała się odbyć rozmowa z Sylwią Hanff. Oddaliśmy też głos w wykładzie choreografce Iwonie Olszowskiej, by w sposób performatywny opowiedziała o metodzie Body Ming Centering. Olszowska jest niezwykłą postacią. Mieliśmy dylemat, czy słusznie czynimy, przenosząc ją do działu wykładów. Dzięki temu mogliśmy skorzystać z jej ogromnej specjalistycznej wiedzy, którą potrafi w przystępny sposób przekazać podczas wykładu na trawie, ale równocześnie zrezygnowaliśmy z szansy zagłębienia się w jej opowieść biograficzno-artystyczną.


„Przewodnik” to też coś więcej…


W jego ramach prowadzimy także bloga kuratorskiego. Tam przypominamy i „wyciągamy dawne historie z naszych archiwów”, opowiadamy o choreografach zagranicznych, z którymi pracowaliśmy przy okazji projektów kuratorskich. Cykl „Rozmów z artystami” ukierunkowaliśmy na polskich twórców, z kolei bloga kuratorskiego dedykowaliśmy zagranicznym. To tam są zawarte nasze świadectwa fascynacji, ale staramy się także naszkicować portrety tych niesamowitych osobowości scenicznych i recepcję ich twórczości prezentowanej na polskich scenach. Opowiadam na przykład o wieloletniej współpracy z Anną Konjtezky, niemiecką choreografką, z którą zrealizowałam bodaj osiem projektów, zdążyłyśmy też nawiązać relację przyjacielską. To ważna dla mnie artystka.


Z kolei trzeci poziom projektu to…


Trzeci poziom to krótkie rekomendacje dotyczące różnych wydarzeń, publikacji, inicjatyw artystycznych. Przynajmniej w moich wyobrażeniach te trzy poziomy wiedzy mogą ułatwić poruszanie się po świecie tańca. Oczywiście musieliśmy się ograniczyć i skoncentrować na wybranych aspektach, aby opowiedzieć jedną z wielu historii o ludziach tańca i tańcu jako takim.


A jak to wygląda w kontekście promocji tańca współczesnego w naszym kraju?


Czasy, w których żyjemy, są z pewnością okresem nadprodukcji kulturalnej, a zatem nie ma produktu czy artefaktu, który nie domagałby się zwrócenia na siebie uwagi, podkreślenia swojej rangi. O tańcu mało się dowiadujemy na poszczególnych szczeblach naszej edukacji, nie ma takich zajęć ani w szkole podstawowej, ani w liceum. Są tylko w zawodowej szkole baletowej, a przecież nie trzeba być tancerzem czy tancerką, aby dostrzegać sensy przekazywane w tańcu, albo zafascynować się tą formą sztuki. Ten rodzaj niedosłownej, metaforycznej komunikacji - nierzadko opartej na obrazie lub energiach - może znaleźć wielu zwolenników, ale z pewnością potrzebne jest wprowadzenie, aby szybciej docenić lub zrozumieć pewne aspekty i tajniki tej sztuki. Ludzie tańca walczą o widzialność i mam wrażenie, że coraz lepiej im/nam to wychodzi. Choć w porównaniu do innych sztuk, obecność tańca w mediach jest niedostateczna. Taniec z pewnością potrzebuje promocji i upowszechniania wiedzy o nim.


Obok Pani kuratorem „Przewodnika” jest jeszcze Adam Kamiński. W opisie projektu możemy przeczytać, że Państwa drogi przecięły się w roku 2008. Jak ta współpraca wpłynęła na Panią i Pani działalność?


Praca w kulturze opiera się w dużym stopniu na tworzeniu relacji i ich pielęgnowaniu, wszyscy jesteśmy pasjonatami, więc szukamy ludzi podobnie wrażliwych, wtedy łatwiej realizuje się nam nasze zamierzenia. Możemy z ufnością wchodzić w sojusze i przy nich trwać. Adam Kamiński jest kuratorem festiwalu Mandala we Wrocławiu, poznaliśmy się w czasach, kiedy przede wszystkim zajmowałam się pisaniem o tańcu i prowadziłam portal nowytaniec.pl. Przez wiele lat byłam autorką relacji z jego festiwalu. Mieszkałam wówczas w Krakowie i po jakimś czasie zaczęłam łączyć krytyczny dyskurs z praktyką kuratorską w Cricotece, Scenie Tańca Współczesnego na Wietora i Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu. Przez jakiś czas przyglądaliśmy się swoim działaniom z życzliwością.


To z pewnością bardzo cenne...


Właściwie każde z nas - i ja, i Adam - idzie swoją ścieżką. Ja przez kilka lat byłam związana także z Instytutem Muzyki i Tańca w Warszawie, na samym początku jego powołania i wtedy, kiedy działałam w Radzie Programowej. Więc ta znajomość rozwija się falami. Na pewno współpraca z Adamem Kamińskim ma znamiona przyjaźni, opiera się na wzajemnym wsparciu, wymieniamy się informacjami, wiedzą. Komentujemy spektakle, kiedyś spotykaliśmy się na tych samych festiwalach i premierach. Dobrze jest mieć „swojego” człowieka. Gdy zakończyłam, jako niezależna kuratorka, projekt „Maszyna choreograficzna” w Cricotece, wymyśliliśmy z Adamem Kamińskim i Romą Janus, żeby stworzyć projekt o kondycji artystów. Wyszliśmy od tytułu jednego ze spektakli Kantora, przekornie go modyfikując – „Niech (nie) sczezną artyści! Exchange”. Ostatecznie program zrobiliśmy pomiędzy Wiedniem a Wrocławiem, bez udziału Cricoteki.


Projekt, o którym rozmawiamy, realizuje Fundacja Performa (fundacjaperforma.com), której Pani przewodniczy. Jakie założenia kierowały Panią przy zakładaniu tej organizacji?


Kiedy w 2008 r. zakładałam tę organizację, sytuacja w polskim tańcu była zupełnie odmienna. Brakowało gazet, magazynów otwartych na pisanie i tworzenia dyskursu o tańcu. Więc zasadniczym krokiem, zgodnym zresztą z moim wykształceniem, była chęć stworzenia takiego miejsca. Stąd pierwszym, wieloletnim projektem Fundacji, było prowadzenie portalu nowytaniec. pl i jego wersji anglojęzycznej. Mieliśmy dobry pomysł i przez pewien czas nasz portal działał, dzięki programowi Obserwatorium Kultury, Narodowego Centrum Kultury w Warszawie. Chcieliśmy idealistycznie wspierać taniec współczesny. Dzięki portalowi i fundacji bardzo szybko poznałam niemal całe środowisko taneczne w Polsce. Teraz wydaje mi się, że wyzwaniem na ten czas jest stworzenie agencji dla tancerzy i choreografów, a przede wszystkim dbanie o ich widzialność, wspieranie ich na różnych polach, bowiem świat instytucji związanych z tańcem wciąż jest nie dość szeroki.


Promuje Pani taniec, tancerki i tancerzy, również z Częstochowy. Na kogo obecnie warto zwrócić uwagę, o kim warto wspomnieć?


Obserwuję, współpracuję i piszę na temat kilku twórców z Częstochowy, np. niezwykle mnie frapuje Nina Minor, która jest absolwentką Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu (filii Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie) i niegdyś Społecznego Ogniska Baletowego Urszuli Brylewskiej w Częstochowie. Całkiem niedawno opuściła mury uczelni, ale myślę, że warto śledzić jej kroki i projekty, bo ma ogromny potencjał. Kolejną choreografką i tancerką, którą oglądam od wielu lat na scenie jest Marzena Krzemińska, obecnie mieszka i pracuje we Francji, ale pamiętam jak tańczyła „Umierającego Łabędzia” na deskach Filharmonii Częstochowskiej, wtedy jako wychowanka Społecznego Ogniska Baletowego. Wiele lat później, w 2012 r. oglądałam jej premierę „5-7-5 HAIKU” w ramach rezydencji Solo Projekt w Starym Browarze w Poznaniu, bardzo ważnym miejscu dla polskiego tańca współczesnego. Marzena Krzemińska jest absolwentką kierunku wiedzy o teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Późnej wyjechała do Amsterdamu i tam ukończyła SNDO, czyli School for New Dance Development. To radykalnie zmieniło estetykę jej tańca, od baletu do tańca współczesnego, improwizacji. Na premierze w Poznaniu byłam zaskoczona, ale i zainteresowana tym, w jaki sposób Krzemińska pracuje z głosem. Jako kuratorka, wraz Adamem Kamińskim zaprosiłam jej choreografię „Too beautiful” do naszego projektu „Piąta strona świata”, podczas warszawskiej Sceny Tańca Studio. Wtedy Marzena Krzemińska należała już do francuskiego kolektywu Propagande C. Stworzyła właśnie spektakl o tożsamości, o poznawaniu życia we Francji, poszukiwaniu swojego miejsca i potrzebie przynależności. A także w jakimś sensie o polskości, którą pewnie mocniej się odczuwa w kontekście emigracji, nawet jeśli to jest emigracja związana z rozwojem artystycznym.


Ktoś jeszcze?


Warto wspomnieć też o Michale Przybyle, który współpracował wcześniej z Teatrem Tańca Politechniki Częstochowskiej. Spotkałam go kilka lat temu jako tancerza Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu, kiedy tańczył w głównym repertuarze, między innymi w „Żniwach” w reż. Igora Gorzkowskiego, „Dziady_kopia.doc” w reż. Tomasza Bazana, „Weselu” w reż. Marcina Libera, czy „Niech żywi grzebią umarłych” z choreografią Aleksandry Dziurosz. Poza pracą w zespole wciąż szukał nowych inicjatyw artystycznych, efektem tego były projekty społeczne i niezależne produkcje. To niezwykły tancerz o silnej osobowości scenicznej, który niedawno zdecydował, że zależy mu, aby tworzyć własne choreografie oraz performance i w ten sposób kształtować swój język sceniczny. Bodaj w zeszłym roku zdecydował się odejść z legendarnego Polskiego Teatru Tańca, założonego w 1973 r. przez Conrada Drzewieckiego, a obecnie prowadzonego przez Iwonę Pasińską. Jeszcze w czasie pracy w PTT stworzył spektakl „Bromance” z Dominikiem Więckiem. Po odejściu z teatru rzucił się w wir pracy i powstał spektakl „Symetria” z Dominikiem Więckiem i Danielą Komęderą. Niedawno Przybyła wyjechał na rezydencję artystyczną w Kolonii. Jest też zaangażowany w działania społeczne i prowadzi warsztaty z osobami z niepełnosprawnością oraz tancerzami. Niedawno brał udział w „Holenderskim oknie” - projekcie Krakowskiego Teatru Tańca, dotykającym kondycji artysty.


Działa bardzo wszechstronnie.


Obserwuję go od kilku lat i mogę potwierdzić, że Michał idzie jak burza. Działa mobilnie w różnych miejscach, miastach i krajach, pomiędzy projektami, procesami twórczymi, na jednym oddechu. Będąc choreografem w Polsce, raczej trudno związać się z jednym miejscem, ruch jest wpisany w ten zawód, w wielu znaczeniach i kontekstach. Czekam na moment, kiedy będzie można Michała Przybyłę, Marzenę Krzemińską czy Ninę Minor zobaczyć na scenie w rodzinnym mieście, czyli w Częstochowie. Oni reprezentują różne pokolenia, ale zbliżoną estetykę tańca. Nawet czasem przychodzi mi do głowy pomysł, aby spróbować zorganizować takie wydarzenie w Częstochowie; na pewno miałoby to wielką wartość artystyczną, ale dla wielu mieszkańców – także emocjonalną.


{fot. Kamila Buturla Photography}