Grafika zestawiająca częstochowskie prace street artowe różnych stylów
1/2021

Pobierz PDF

RÓŻNE OBLICZA CZĘSTOCHOWSKIEJ SZTUKI ULICY

Dziś już chyba nikt nie ma wątpliwości, że sztuki wizualne to dziki żywioł. Lubią wymykać się z zamkniętych przestrzeni galerii i pracowni artystycznych, by wylewać się na ulice oraz wchodzić w interakcję z przypadkowymi przechodniami. Zapraszam na krótki przegląd ukazujący, jak to wygląda w Częstochowie i jaką sztuką oddychają ulice naszego miasta.


Pisząc o street arcie, łatwo zaplątać się w spory definicyjne. Ugrzęznąć przy próbie określenia, czym właściwie on jest, jakie ma granice i gdzie pokrywa się z tzw. sztuką ulicy, czy sztuką w przestrzeni publicznej, a gdzie zachowuje odrębność. Nie wspominając nawet o bardziej fundamentalnych kwestiach, takich jak pytanie o to, kiedy przynależy on do dziedziny sztuk pięknych, a kiedy jest wulgarnym wandalizmem lub manifestacją polityczną - i czy koniecznie musi się to wykluczać. Żeby nazbyt nie komplikować sprawy, pominę te definicyjne dyskusje i spróbuję spojrzeć na street art jak najszerzej, by zmieścić w nim różne artystyczne praktyki, które istotnie wpływają na tkankę miasta i kształtują jej charakter. Mam nadzieję, że w ten sposób uda mi się nakreślić pewne ramy, w obrębie których warto dyskutować o sztuce ulicy.


Korzenie


O street arcie jako takim zaczęto mówić dopiero w dwóch ostatnich dekadach XX w. Oczywiście nie znaczy to, że wcześniej sztuki wizualne nie interesowały się przestrzenią publiczną. Był to obszar, który zawsze pociągał twórców. Sztuka od samego początku była tu obecna w sposób naturalny: architektura, rzeźba plenerowa, sztuka użytkowa... Jednak, odkąd przestrzeń publiczna, w której żyjemy, zaczęła się dynamicznie zmieniać, odkąd masowo zaczęliśmy mieszkać w coraz większych metropoliach, musiał też ewoluować język rozbrzmiewającej tu twórczości. Najpierw robili to artyści związani z Pierwszą i Drugą Awangardą XX w., a później pojawili się twórcy, którzy zaczęli traktować miasto jak wielki szkicownik. Wszyscy oni jednak, w mniejszym lub większym stopniu, byli zapatrzeni w przeszłość i artystyczną tradycję.


Piszę o tym, ponieważ chciałbym zachęcić, by w dyskusji o częstochowskim street arcie pamiętać o artystach, którzy inspirowali i estetycznie wychowali dzisiejszych twórców sztuki ulicy. Warto wybrać się na spacer i dokładnie przyjrzeć się mozaice Włodzimierza Ściegiennego, widniejącej na „Cepelii”, czy też jego „Pani Kowalskiej” na skwerze Solidarności. Zobaczyć mozaiki Stanisława Łyszczarza na elewacjach Szkoły Podstawowej nr 21 przy ulicy Sabinowskiej, hali sportowej Politechniki Częstochowskiej czy budynku Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. Jana Długosza przy alei Armii Krajowej, a także jego sgrafitto na ścianie pływalni KB oraz rzeźbiarskie smoki na Północy. Po drodze trzeba koniecznie rzucić okiem na zaprojektowane przez Władysława Wagnera sgraffito na budynku Liceum im. Mikołaja Kopernika. Bardziej wnikliwi badacze tematu z łatwością znajdą też w archiwach i Internecie ślady innych mozaik, rzeźb plenerowych oraz malarstwa wielkoformatowego czasów PRLu (zarówno propagandowego, jak i artystycznego). To wszystko było estetyką, która kształtowała przestrzeń tamtych czasów i stała się ważnym punktem odniesienia do tego, co przyszło później.


Czas wandali


Street art wywodzi się wprost od nielegalnego graffiti. Po pierwsze jest to związek personalny, tzn. spora część artystów tworząca dziś legalne dzieła w przestrzeni publicznej zaczynała jako grafficiarze. Zjawisko to wybuchło w Polsce jeszcze w latach 80. XX w. - zaczęło się od politycznie zaangażowanych szablonów i napisów na murach. Jednak, tuż po przełomie systemowym, nurt ten zmienił się w znany doskonale z innych zakątków świata dziki pęd ku typograficznemu wandalizmowi. Młodzi ludzie ruszyli w miasto z puszkami z farbą w sprayu, by postawić tam po sobie ślady. Czasami wybierali do tego celu zniszczone, zaniedbane ściany i budynki, innym razem padało na nowe elewacje i wagony PKP. Na przełomie wieków Częstochowa, podobnie jak inne polskie miasta, została pieczołowicie „zamazana”. Najczęściej były to „smarowane” energicznie podpisy (tzw. „tagi”), często jednak pojawiały się również finezyjne kompozycje typograficzne oraz graficzne. I choć można zrozumieć, że graffiti jest owocem konkretnych zjawisk społecznych (socjologowie napisali już na ten temat wiele analiz), to jednak koszt finansowy zniszczeń dokonanych przez wandali ze sprayami jest przytłaczający. Z czasem dla części grafficiarzy ambicja, by „zamazać” całe miasto i adrenalina związana z nielegalnym działaniem stały się niewystarczające. Zaczęli wykorzystywać swój język graficzny i warsztat do większych projektów, coraz śmielej zapuszczając się w rejony przynależne tradycyjnej sztuce.


Drugi poziom wspólny dla street artu i graffiti to idea walki o odzyskanie przestrzeni publicznej. We współczesnych miastach ludzie zmuszeni są żyć w natłoku komunikatów reklamowych, komercyjnych i urzędowych. Estetyka przestrzeni publicznej jest im narzucona z góry, według reguł dyktowanych przez aspekt ekonomiczny. Prowadzi to w prosty sposób do poczucia alienacji, bezradności i frustracji. W efekcie przestrzeń wspólna staje się tak naprawdę przestrzenią obcą. W tym kontekście graffiti można odczytywać jako odruchowy, brutalny i wulgarny bunt przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Street art wyrasta z tego samego sprzeciwu, proponuje jednak bardziej wysublimowaną grę z rzeczywistością. Artyści ulicy zastawiają na przechodniów wizualne pułapki, które z jednej strony przynoszą trochę estetycznego oddechu, a z drugiej mają wybijać z rutyny, popychać do samodzielnego myślenia i uświadamiać, jak komercyjne mechanizmy wypaczają nasze miasta. W historii częstochowskich ulic było sporo tak działających artystów - by wspomnieć tylko kolektywy Eno Ho No czy Monstfur (i jego słyną galerię na kładce nad ulicą Ogrodową).


Malarstwo wielkoformatowe


Na początku XXI w. dotarła do nas moda na olbrzymie murale na ścianach budynków. Artyści mniej lub bardziej związani ze street artem coraz śmielej zaczęli traktować elewacje jako płótna. Oczywiście mniejsze prace pojawiały się w Częstochowie już wcześniej, ale pierwsze naprawdę wielkoformatowe murale powstały w 2013 r. Najpierw, w ramach 10. Nocy Kulturalnej, Cezary Łopaciński stworzył „Nieskończoność” na ścianie budynku Stacji Pogotowia Ratunkowego, przy ulicy Kilińskiego. Chwilę później powstał mural na budynku przy ulicy Szymanowskiego, według projektu Tomasza Sętowskiego (któremu tak spodobała się ta zabawa, że z czasem dołożył do puli jeszcze „Wieżę Babel” na placu Biegańskiego i „Strażnika Czasu” przy Dworcu PKP). Kolejne prace wysypały się jak z worka. Na wieżowcu przy ulicy Goszczyńskiego pojawiła się „Świtezianka” Michała Błacha, przy alei Wolności poetyckie „Miasto” Emilii Dudziec i Agaty Lankamer, przy ulicy Nowowiejskiego „Our Rust” Monstfura. Dwa murale powstały też w ramach miejskiej akcji „Aleje - tu się dzieje”: wspomniana już „Wieża Babel” Tomasza Sętowskiego i „Oko Cyklopa” Jacka Sztuki. Obaj artyści zazwyczaj tworzą w obrębie tradycyjnego malarstwa, jednak okazało się, że ich prace doskonale dają sobie radę również na ulicy. Wielkoformatowe obrazy na elewacjach szybko zyskały popularność wśród mieszkańców Częstochowy, a ich fotografie regularnie zalewają portale społecznościowe.


Warto jednak zaznaczyć, że od kilku lat w świecie street artu toczy się gorąca dyskusja wokół murali. Padają pytania, czy coś, co miało być lekarstwem na wizualny chaos współczesności, ostatecznie tylko go nie potęguje? Czy twórcy murali zawsze dbają o to, by ich pracy komponowały się z otoczeniem? Pojawiają się wobec tego nurtu sztuki ulicy oskarżenia o popadanie w rutynę, sztampę oraz o ambicję, by pełnić jedynie funkcje dekoratywne. Dlatego też twórcy ulicznego malarstwa wielkoformatowego coraz częściej sięgają po eksperymenty formalne i tematy zaangażowane społecznie, nierzadko budzące kontrowersje - warto tutaj zwrócić uwagę na powstałe w Częstochowie prace artysty ukrywającego się pod pseudonimem Simpson.


Sztuka zaangażowana


Street art kojarzy się przede wszystkim z farbami w sprayu, co oczywiście nie oznacza, że jest to jedyne narzędzie, jakim posługują się artyści na ulicach. Ogromne zasługi w unaocznianiu częstochowianom, jak różnorodne strategie przyjmują twórcy w tej przestrzeni, ma Festiwal Sztuki Współczesnej w Przestrzeni Publicznej Arteria, wymyślony przez Martę Frej i Tomasza Kosińskiego. Pierwsza edycja tej imprezy odbyła się w 2011 r. i opierała się na pomyśle, by sztukę współczesną pokazywać w witrynach sklepów przy al. NMP. Szybko jednak idea Arterii zaczęła ewoluować w kierunku przeglądu twórczości, która wykorzystuje przestrzeń publiczną (przede wszystkim ulice, place, skwery, parki) do mówienia o rzeczach ważnych społecznie. Przez siedem edycji festiwalu (ostatnia, niestety, odsłona Arterii w Częstochowie miała miejsce w 2017 r.) na ulicach naszego miasta pokazała się prawdziwa plejada młodych polskich artystów. Wykorzystywali oni otwartą formułę festiwalu, by w teorii i praktyce dyskutować o tym, czy sztuka może i powinna zmieniać świat, czym jest dobro wspólne i odpowiedzialność artystów wobec społeczeństwa. Podczas tej imprezy twórcy przeplatali języki właściwe dla instalacji artystycznych, działań performatywnych, akcji społecznych, malarstwa, wideo czy nawet rzeźby – tworząc na ulicach Częstochowy żywą i zaangażowaną galerię sztuki.


Charakterystyczne było to, że na Arterie w większości składały się dzieła ulotne. Trzeba było znaleźć się w odpowiednim momencie i miejscu. Na przekór obiegowej opinii, że sztuka współczesna jest trudna, wymagająca wprowadzenia, „oprowadzania za rączkę”, twórcy związani z festiwalem udowadniali, że doskonale czuje się ona i sprawdza w przestrzeni miejskiej. W momencie, w którym wychodzi z galerii i konfrontuje się z przypadkowymi przechodniami, otwierają się przed nią zupełnie nowe perspektywy. Wysoki poziom abstrakcji, hermetyczny język twórczy, z jednej strony mogły wystraszyć, a z drugiej zwracały i przyciągały uwagę. Był to festiwal, który udowadniał, że sztuka na ulicy może mieć zdecydowanie większe ambicje, niż tylko sprawienie, żeby „było ładniej”.


Warto przy okazji wspomnieć, że podobny cel przyświecał organizatorom Festiwalu Iron Oxide (jego dwie pierwsze edycje w latach 2016 i 2017 miały klasyczną formułę skupioną na tworzeniu wielkoformatowych dzieł, od 2018 r. skoncentrowany jest przede wszystkim na warsztatach i pracy z młodzieżą). Zapraszali oni twórców bardziej kojarzonych z klasycznym street artem, ale ich dobór był nieprzypadkowy. Pojawiali się tu artyści, których nie interesuje upiększanie miasta, ale raczej „wgryzienie się” w jego tkankę i dekonstrukcja sztuki ulicy.


Street art przyszłości


Nie chcę bawić się w art-futurystę, czy też udawać, że przyszłość street artu jest pewna. Twórczość artystyczna należy bowiem do tych dziedzin ludzkiego życia, które najtrudniej przewidywać. Chciałbym jednak podkreślić swe przeświadczenie o tym, że - jeśli sztuka uciekła już z galerii na ulice - to nie sposób będzie ją z nich usunąć. I to właśnie na ulicach będą się działy kolejne artystyczne rewolucje. To wspólna, publiczna przestrzeń - obok tej wirtualnej - będzie kluczowa dla kształtowania się estetyki przyszłości. Dlatego warto śledzić wnikliwie artystów, gdy wychodzą na ulice i wsłuchiwać się uważnie w to, co mają do powiedzenia.


af

full-streetartowa_wspolnynaglowek.jpg