Zdjęcie muralu Michała Błacha "Świtezianka"
1/2021

Pobierz PDF

CHCĘ ZOSTAWIĆ NA ŚCIANIE CZĄSTKĘ SIEBIE

Graffiti i murale – dla jednych przejaw wandalizmu, dla innych twórczość artystyczna. A, jak udowadnia Michał Błach, częstochowski artysta, street art może być stylem życia oraz sposobem myślenia o sztuce i przestrzeni miejskiej.


Michał Wilk: Street art pojawił się w Twoim życiu dość wcześnie. Dlaczego akurat sztuka uliczna?


Michał Błach: Miałem wtedy 15 lat, fascynowała mnie kultura hip-hop. Moje pierwsze graffiti w 1997 r. przedstawiało ksywkę mojego kolegi: „GONZO”. Wtedy traktowałem to jako wybryk i możliwość zaimponowania dziewczynom, ale opinie na temat tego obrazka były bardzo pochlebne, więc postanowiłem iść za ciosem.


Z czasem przyszła edukacja artystyczna i studia. Nie ogranicza to sztuki ulicznej, uznawanej właściwie za działalność niczym nieskrępowaną?


Wybór studiów na kierunku malarstwa był dość oczywisty. Dzięki kilkorgu przychylnie mi nastawionym profesorkom i profesorom udało mi się nawet te studia skończyć! Na szczęście pozwalali mi na malowanie aerozolem, nie zmuszali do używania pędzla. Sztuka uliczna i malarstwo sztalugowe to dwie odmienne sprawy, ale w moim przypadku jedno bez drugiego nie istnieje. Bardzo sobie cenię nauki prof. Włodzimierza Kuleja i prof. Beaty Karankiewicz, którzy zdjęli ze mnie jarzmo niedoścignionych mistrzów. Pokazali mi, jak cieszyć się malarstwem i pomogli przeskoczyć niemoc. Dr Dorota Berezińska zaraziła mnie miłością do historii sztuki, nauczyła ciężkiej pracy i systematyczności. Okres studiów wspominam z rozrzewnieniem. Graffiti nie jest niczym nieskrępowane, wręcz odwrotnie! Presja rówieśnicza, nurty i trendy są bardzo widoczne. Samo stwierdzenie, że jest uznawane za nieskrępowane, paradoksalnie je zawęża, upraszcza. Ja podchodzę do street artu bardzo introwertycznie, marzę o choćby tygodniu zamknięcia w odosobnieniu i tworzeniu głównie poprzez wykluczenie, obranie sobie celu i sukcesywne doń dążenie. Nie istnieje dla mnie sztuka bez rzemiosła, a street art, murale czy graffiti są bez wątpienia sztuką.


Kiedyś graffiti służyło raczej jako wyraz sprzeciwu, oporu, buntu, dziś pewnie się to zmieniło. Co można powiedzieć o współczesnym street arcie?


Oczywiście, kiedyś to był wyraz buntu, a dla mnie przez pewien okres po prostu sport. Może się to wydawać śmieszne, ale nielegalne malowanie zmusza do szybkich biegów. Adrenalina, podwórkowa sława – to powoduje, że bardzo łatwo można się od graffiti uzależnić. Różnica między graffiti kiedyś a teraz jest taka, że kiedyś po ulicach malowali artyści, którzy udawali dawniej gangsterów, dziś często gangsterzy udają artystów. Niestety, pierwotny zamysł przyświecający artystom z Bronxu, który ja rozumiałem jako ucieczkę od otaczającego zgiełku, narkotyków i przemocy, został przez te czynniki zdominowany.


I czym dla Ciebie jest sztuka uliczna?


Życiem.


Właśnie, uważasz się za grafficiarza czy muralistę, a może w street arcie to rozróżnienie nie ma znaczenia?


Graffiti i street art to nazwy, które zostały nadane przez krytyków, dziennikarzy po to, by jakoś zaszufladkować ten nurt. Pionierzy graffiti nazywali siebie „writers”. Nie ma dla mnie znaczenia, do której szufladki zostanę wpakowany i sam też nie mogę się określać, jest to zadanie dla krytyków, a już długo po mojej śmierci – dla historyków sztuki. Jeśli w ogóle uda się nam przetrwać następną dekadę i jeżeli następne pokolenie będzie jeszcze potrafiło pisać.


W informacjach na temat Twojej twórczości można często spotkać się z określeniem „tradycyjne graffiti”. Podkreślasz też, że nie stosujesz projektora czy szablonu. Dlaczego?


Bo zajmuję się malarstwem, a nie fotografią! Uznawany za twórcę fotorealizmu – Chuck Close nie ukrywał swej pogardy dla malowania od rzutnika. Projektora używam bardzo rzadko i tylko przy zleceniach czysto komercyjnych, kiedy ścigam się z czasem i każda godzina oznacza stratę gotówki. Nie korzystam z rzutnika, bo chcę zostawić na ścianie coś swojego, jakąś cząstkę siebie – czynnik ludzki. Jeśli chodzi o szablon, to coraz bardziej zaczynam się do niego przekonywać. Kiedyś mniej obeznani koledzy zarzucali mi, że krzywo wycinam szablony, albo posługuję się kartką papieru po to, by wydobyć ostrą krawędź. Strasznie mnie to irytowało, ponieważ wszystko, absolutnie wszystko, wykonywałem od ręki! Doceniłem szablon wtedy, gdy przestudiowałem jego historię i rolę, jaką odegrał w PRL. To jest dla mnie kwintesencja street artu!


A jest coś jeszcze w Twoim artystycznym zestawie narzędzi poza puszką farby w aerozolu?


Po latach malowania aerozolem wystąpił u mnie bardzo silny odczyn alergiczny na tę farbę, dlatego stosuję ją tylko na świeżym powietrzu – z obawy o zdrowie. Coraz częściej korzystam z pędzla i farb akrylowych. I bardzo mi się to podoba.


Wiem, że interesuje Cię kultura Japonii. W jakim stopniu Cię ona inspiruje?


W bardzo dużym. Podejście japońskich grafików z XIX w. do sztuki – jako nieustanne dążenie do perfekcji – ogromnie mi odpowiada. Lubię się zmęczyć przy ścianie, zostawić w niej pot, krew i łzy – nie dosłownie oczywiście (śmiech). Z drugiej strony, byłby to niesamowity performance - płakać, spoconym ocierając się o ścianę i malować prosto z żyły…


W Częstochowie można spotkać sporo Twoich prac, zarówno tych wielkoformatowych, takich jak „Świtezianka” (ul. Goszczyńskiego), „Włosy” (al. Armii Krajowej), „Janosik” (ul. Perepeczki), jak i tych mniejszych, rozsianych po niemal całym mieście. Oglądając je, można odnieść wrażenie, że chyba najczęściej wykonujesz portrety...


Tak. Bardzo lubię malować portrety. Kiedy już jako „emerytowany wandal” odstawiłem litery, zająłem się portretami. Jeden zdobi nawet okładkę hiphopowego składu – Centrum Strona. Projektowałem też debiutancką płytę Żurka (drugą zresztą także), którą kończyłem w bardzo przykrych okolicznościach, gdy autor płyty walczył o życie po ciężkim wypadku. Ponoć portret z frontu okładki (narysowany przeze mnie na tydzień przed wypadkiem) odzwierciedlał dokładnie wygląd Mirka po tym przykrym zdarzeniu. Dotychczas wielką radość sprawiało mi odwzorowanie w stu procentach podobizny modela, teraz staram się tworzyć własne buźki, z własnym bagażem, charakterem i historią.


W naszym mieście pojawia się też wiele murali i graffiti innych twórców. Jak Twoim zdaniem wygląda częstochowski street art z perspektywy ostatnich kilku, kilkunastu lat?


Poza dwoma ogromnymi muralami Tomasza Sętowskiego nie ma tych prac aż tak dużo. Częstochowa to wielki, niewykorzystany potencjał! Pociągi z pracami częstochowskich writerów są znane i jeżdżą po całej Polsce. W naszym mieście poza garażami na ul. Szajnowicza-Iwanowa nie ma specjalnie miejsc do malowania, a nieznajdujący innego ujścia zapał realizuje się na prywatnych kamienicach i miejskich blokach.


Masz jakieś szczególne plany na najbliższą przyszłość? Jest jakaś powierzchnia w Częstochowie, którą szczególnie chciałbyś zamalować?


Wiesz, z planami jest ciężko... Mam kilka pomysłów, ale zawsze na drodze stają pieniądze. Koszt muralu na 3–piętrowej ścianie kamienicy to minimum kilka tysięcy złotych. Jeśli chcę zrobić coś swojego, muszę sam za to zapłacić, a jeśli znajdzie się sponsor, to zawsze ingeruje on w projekt, co finalnie doprowadza mnie do szału i na tym się kończy.


Właśnie, poza działaniami czysto artystycznymi, przyjmujesz też komercyjne zlecenia. Rozumiem, że jesteś otwarty na wszelką współpracę…


Tak. Parę lat temu myślałem, że to kwestia czasu, kiedy murale zajmą miejsce szpetnych billboardów. Tak się niestety u nas w mieście nie stało. Inwestorzy nie są jeszcze gotowi na finansowanie sztuki ulicznej. Boją się eksperymentować. Największy w mieście komercyjny mural, ten naprzeciwko pogotowia na ul. Kilińskiego, był tworzony przez firmę z Warszawy. Dlaczego oni mogą namalować setki metrów kwadratowych malowidła, które chyba po dwóch miesiącach zostało zamalowane, a żadna częstochowska firma nie interesuje się szansą, by zrealizować taką reklamę na ładnych parę lat, może nawet dekad? Liczę, że to się zmieni – jest światełko w tunelu. Widać sprzyjający trend, coraz więcej projektów budowlanych jest już od początku zaopatrywanych w murale. W Częstochowie od dawna sprzyja muralom Śródmiejska Spółdzielnia Mieszkaniowa, to dzięki niej udało mi się zrealizować swoje najbardziej znane dzieło – „Świteziankę”. Bardzo serdecznie Spółdzielni za to dziękuję.


Więcej informacji na temat Michała Błacha i jego działalności można znaleźć na stronie internetowej: graffikon.com i profilu facebookowym: facebook.com/Graffikon

full-streetartowa_wspolnynaglowek.jpg