Rysunek prezentujący uliczne prace ENO HO NO
1/2021

Pobierz PDF

TROPEM ENO HO NO

Street art wywołuje różne emocje. Ja tym razem postanowiłem skupić się tylko na tych ciepłych. Zdecydowałem się odszukać lokalnych artystów, którzy budzili spontaniczny uśmiech na twarzy przypadkowych przechodniów. Jako że sztuka ulicy jest ulotną formą ekspresji, udałem się jej tropem do Internetu. Trafiłem tam na dokumentację działalności enigmatycznego tworu Eno Ho No. Jestem przekonany, że wielu częstochowian pamięta jeszcze tę kolorową twórczość.


Pierwsze wzmianki, które udało mi się wytropić, pochodzą z lokalnego wydania „Gazety Wyborczej” z 2004 r. Prasa wspomina, że na na sygnalizatorach świetlnych w pobliżu ulic Okulickiego i Łódzkiej pojawiły się poprzyklejane kubki jednorazowe. Oczywiście były one odpowiednio ozdobione np. wizerunkami uśmiechniętych twarzy, statkiem walczącym z falami czy napisem „Czego się patrzysz”. Ulubionym kubkiem redaktora został ten pieczołowicie przyozdobiony kropkami, z wyjaśnieniem „gęsia skórka”. Autor lub autorzy podpisywali się „Eno Ho No” lub skrótowo - po prostu „Eno”.


Tropiąc dalej, dotarłem na stronę enohono.dbs.pl przedstawiającą działalność z lat 2006-2007. Fotografie dokumentują liczne prace z okolic al. Armii Krajowej, nieopodal Politechniki Częstochowskiej. Czyżby twórca był wówczas studentem? Pobliski pasaż handlowy miał w swej elewacji małą dziurę, którą przerobiono na wylot z gniazda. Opuszczało go stado żółtych ptaków z gatunku tych kreskówkowych. Nie były to jednak jedyne okazy lokalnej fauny. Tuż obok, przy drodze dla rowerów, pojawiły się żółwie o skorupach stworzonych z pokryw kanalizacyjnych. Jeden, w okularach przeciwsłonecznych, wygrzewał się w słońcu, a drugi z podziwem i otwartym pyszczkiem obserwował tego letnika. Warto zaznaczyć, że żółwie błyskawicznie rozeszły się po bliższej i dalszej okolicy. Z kolei w 2007 r. street artowa zwierzęca rodzina powiększyła się o urocze krety, które drążyły tunele pod Tysiącleciem i wystawiały łebki, raz przy ul. Dekabrystów, innym razem przy al. Armii Krajowej czy al. Jana Pawła II.


Barierki przy ul. Obrońców Westerplatte, przypominające stojaki na rowery, najprawdopodobniej musiały pilnować czegoś więcej, niż tylko prób wtargnięcia rowerzystów na jezdnię i kierowców na chodnik, zostały bowiem wykorzystane do stworzenia olbrzymich kłódek. Klucze do nich leżały na okolicznym deptaku. Innym razem Eno owinęło papierem prezentowym z kokardką jedną z ukrytych za żywopłotem rozdzielni elektrycznych. W pewnym momencie chyba musiało poczuć się zmęczone tkanką miejską, wyruszyło bowiem na podbój jurajskich okolic. Trudno powiedzieć, czy planowo, czy z przypadku zatrzymało się w jednym z wapiennych kamieniołomów i przemieniło bloki wapienia (wielkości człowieka) w kości do gry.


Eno Ho No było kolorowym zjawiskiem w tkance naszego miasta. Czy twórca lub twórcy przyjechali do Częstochowy na studia i wyjechali po kilku latach? Czy był to może przejaw młodzieńczego buntu, który przeminął? A może ani jedno, ani drugie? Może był to jeden człowiek, a może spontaniczny, społeczno-artystyczny kolektyw niezależnych twórców? Tego chyba nie wie nikt… A jeśli ktoś wie, niech nic nie mówi. Pozwólmy legendzie pozostać legendą.


Daniel Zalejski

full-streetartowa_wspolnynaglowek.jpg