Piosenkarka Clödie na scenie
1/2021

Pobierz PDF

CLÖDIE I KLAUDIA TRZEPIZUR W JEDNYM

Na scenie zaskakuje nas energią i silnym głosem z charakterystyczną chrypką - to Clödie. Poza estradą jest wrażliwą, skromną dziewczyną czyli Klaudią Trzepizur. Na co dzień sprawnie godzi ze sobą te osobowości i podbija rockową sceną muzyczną nie tylko w Polsce. Zawsze jednak z tras koncertowych wraca do Częstochowy.


Magda Fijołek: Na początek zaryzykuję stwierdzenie, że masz dwie twarze: jedna to petarda muzyczna, a druga to spokojna, miła i wrażliwa dziewczyna. Clödie to alter ego Klaudii Trzepizur?


Klaudia Trzepizur: Można tak powiedzieć, że Clödie to właśnie taka druga ja. Jest pewną siebie dziewczyną, śmiałą, twardo stąpającą po ziemi, ale też skromną i wrażliwą. Klaudia natomiast wciąż jeszcze walczy o tę pewność siebie i ogromnie stresuje się wywiadami. Kiedyś byłam przekonana, że rock’n’rollowa dziewczyna nie może być delikatna. To przecież jest rock’n’roll! Ale na szczęście człowiek dorasta, dojrzewa i zmienia swoje przekonania. Teraz, kiedy trzeba, umiem pokazać pazur i różki, a na co dzień jestem naprawdę spokojną dziewczyną. Co do określenia „wrażliwa”, to czasami jestem taka aż za bardzo. Chciałabym uratować cały świat!


Twoim muzycznym znakiem rozpoznawczym jest silny głos z charakterystyczną chrypką. Jakim sposobem Twój delikatny głos zmienia się na scenie w głos lwicy? To wyćwiczony zabieg?


Ze mną było tak, iż w pewnym momencie odkryłam, że gdy wchodzę na pewne rejestry, to pojawia się u mnie chrypa. Swoją drogą cieszę się, że spostrzegłam to na początku mojej przygody ze śpiewaniem. Właśnie wtedy zaczęłam szukać piosenek, w których będę mogła wykorzystać ten dar. Potrafiłam całe dnie - szczególnie w wakacje - siedzieć w pokoju przed ekranem monitora i śpiewać w kółko z Lee Arron. Dziś śmieję się, że to ona nauczyła mnie śpiewać.


Mocno stoisz obiema nogami w Częstochowie, jesteś doskonale znana w naszym środowisku muzycznym. Tymczasem, kiedy zajrzymy na Twój kanał na YT, okazuje się, że masz fanów w różnych zakątkach świata. Jak to się stało?


Wróciłam do Częstochowy już kilka lat temu i tutaj - wraz z mężczyzną mojego życia - tworzę dla Was muzykę. To jest fantastyczne uczucie, kiedy brama się otwiera i wychodzisz ze swoją muzyką na świat; zaczęło się to wszystko od coveru utworu „Zombie”.


Czemu wybrałaś akurat tę piosenkę?


Ponieważ jest to jeden z moich ulubionych utworów zespołu The Crannberries, ale także dlatego, że opowiada on wzruszającą historię. Zaczęliśmy nagrywać ten cover jeszcze wówczas, gdy Dolores była wśród nas, ale kiedy dowiedzieliśmy się o śmierci wokalistki, odłożyliśmy pracę nad nim. Pół roku później podjęliśmy decyzję, że zrobimy ten cover ku pamięci Dolores, w wersji akustycznej, a teledysk nakręcimy o tzw. złotej godzinie. Dodam, że każdy cover, który wykonuję, coś dla mnie znaczy.


Twój inny cover - „Meluzynę” - chwaliła Małgorzata Ostrowska, pierwsza wykonawczyni tego utworu. Były ciarki?


Oj tak, Małgosia jest ikoną, a ja jestem ogromną fanką jej oraz jej głosu. Bardzo ucieszyłam się, kiedy na swoim profilu udostępniła i pochwaliła mój głos oraz aranżację tej piosenki.


Na dodatek Twoje klipy mają milionowe wyświetlenia!!! Takie wyniki osiągają topowi wykonawcy...


Tak. To za każdym razem ogromne zaskoczenie, ponieważ nie spodziewaliśmy się aż tylu odsłon. To zasługa naszych fanów na całym świecie i za to ogromnie wszystkim dziękujemy.


Aby uniknąć stygmatyzacji coverowej dziewczyny, tworzysz wraz ze swoim zespołem oryginalne nagrania. Najbardziej znany to „GO!”. Jak wygląda praca przy tworzeniu Waszej muzyki?


Covery coverami, ale przede wszystkim zajmujemy się tworzeniem naszej autorskiej muzyki, nad którą pracujemy wspólnie z Olafem i tym samym nadajemy naszym piosenkom wstępny charakter. Później, w zależności od potrzeb, rozwijamy nasze utwory z polskimi oraz zagranicznymi producentami. To jest nasz główny cel. Niebawem ujrzy światło dzienne nasz najnowszy singiel, który będzie wyjątkowy. Inny niż te, które usłyszeliście do tej pory.


Uprawiasz gatunek muzyczny, który w tej chwili zszedł nieco do podziemia – jest to rock w czystej postaci. Co więcej, od lat jesteś mu wierna. Co Cię w nim pociąga?


Przede wszystkim emocje, jakie generuje we mnie ta muzyka i energia podczas występów na żywo. A to już ciężko opisać słowami.


Skoro na scenie brzmisz rockowo, to znaczy, że poza nią słuchasz tylko rocka?


Kiedyś słuchałam dużo cięższego heavy metalu (śmiech). A dzisiaj gustuję w naprawdę różnej muzyce. Pokochałam blues, lubię wracać do klasycznego rocka z lat 60. 70. i 80. XX w. Mojemu sercu dzisiaj najbliżej jest właśnie do klasycznego amerykańskiego rocka.


Są wokalistki, których twórczość jest dla Ciebie pewnego rodzaju kierunkowskazem?


Tak. Chyba każdy młody człowiek, który rozpoczyna swoja muzyczną drogę, ma kogoś, na kim się w jakiś sposób wzoruje. Moją inspiracją, jak już wcześniej wspomniałam, była przede wszystkim Lee Aaron - wokalistka z lat 80. XX w. Pokochałam jej styl, wygląd oraz głos, który do tej pory mnie zachwyca! Kocham również Stevena Tylera i jego osobowość sceniczną.


Wróćmy do początków. Jak to się stało, że częstochowianka Klaudia Trzepizur przeistoczyła się w Clödie – dziewczynę z pazurem na scenie? Jakie były Twoje początki?


Płynie we mnie rockowa krew i od zawsze byłam związana z tym gatunkiem muzycznym. Początki były ciężkie. Najtrudniej mi było wyjść do ludzi i przełamać wewnętrzny strach przed występami publicznymi. Rozpoczynałam w czterech ścianach pokoju, później zaczęły się pomalutku występy karaoke, aż zamarzyłam o zespole. Pierwszą kapelę stworzyłam w Częstochowie, jednak ta przygoda skończyła się dość szybko. Później wyjechałam do Krakowa i tam współtworzyłam kolejny zespół, ale nasze drogi również się rozeszły. Od 2017 r. jestem na maksa zaangażowana w tworzenie i rozwijanie swojej muzyki oraz w promowanie marki Clödie na całym świecie. Mogę już teraz powiedzieć, że jest to zarówno moja praca, jak i hobby. Cieszę się, że mogę robić to, co kocham.


Po drodze brałaś udział w programie „The Voice of Poland” i preeliminacjach do konkursu Eurowizji. Zdecydowałaś się na to, bo chciałaś się sprawdzić?


Tak. Udział w programach telewizyjnych wynikał z ogromnej chęci sprawdzenia własnych możliwości i umiejętności, był także próbą przełamania wewnętrznej niepewności. Jeśli chodzi o konkurs Eurowizji, to tak naprawdę do udziału w nim namówił nas jeden z ogromnych fanów tego konkursu. My sami wcześniej nawet nie pomyśleliśmy, aby porywać się na udział w takim wydarzeniu. Nie wiem, czy wszyscy to wiedzą, ale fani eurowizyjni to jedna z największych grup fanów muzycznych w całej Europie. I tutaj też ogromnym zaskoczeniem był tak pozytywny odbiór naszego utworu „Go!” przez tę właśnie grupę odbiorców. Została nawet wystosowana do TVP petycja w naszej sprawie - abyśmy zostali zakwalifikowani do preselekcji jako jedenasty zespół i dostali tak zwaną dziką kartę. To było wspaniałe przeżycie.


Koncertujesz nie tylko w Polsce, ale też poza jej granicami, co nie jest takim błahym osiągnięciem…


Mieliśmy przyjemność występować już na niemieckiej, norweskiej oraz amerykańskiej scenie muzycznej. Jak wszystko dobrze się ułoży, to w przyszłym roku odwiedzimy ponownie Niemcy i Norwegię oraz - po raz pierwszy - Anglię i Austrię. Mam również cichą nadzieję powrócić do USA.


Z tych muzycznych wojaży wracasz jednak zawsze do Częstochowy. Czemu?


Częstochowa to mój dom. Tutaj znajduję spokój i wyciszenie. Tu powstaje nasza muzyka. Tu wszystko się zaczęło.