Fotograf Piotr Kras i ptak podróżniczek w jego obiektywie
2/2021

Pobierz PDF

FOTOGRAFICZNA OSOBOWOŚĆ OBSESYJNA

Piotr Kras jest fotografem, którego trudno zaszufladkować. Dał się poznać przede wszystkim jako fotoreporter na licznych imprezach kulturalnych i jako miłośnik street photo. W jego portfolio znajdziemy jednak także portrety, projekty komercyjne, solarigrafię, fotografię dronową i dużo więcej. Najnowsze wyzwanie, z jakim się mierzy, to próba uwiecznienia na kliszy wszystkich gatunków ptaków występujących w Polsce.


Adam Florczyk: Piotrek, tym razem chciałbym porozmawiać z Tobą trochę o fotografii, a trochę o czasie. Dlatego na początek muszę zapytać o dwie sprawy: kiedy pierwszy raz sięgnąłeś po aparat i od jak dawna aparat jest Twoim nieodłącznym towarzyszem? Przyznam Ci się, że chyba nigdy nie widziałem Cię bez aparatu.


Piotr Kras: Pierwsza była Smiena 8. Prosty, manualny aparat masowej produkcji, jeszcze z ZSRR. Miałem wtedy siedem lat. Moim nieodłącznym towarzyszem został Zenit 12XP. To stało się jakieś trzydzieści lat temu i od tego czasu faktycznie niewiele było dni bez aparatu.


Są fotografowie, którzy robią zdjęcia zawsze z myślą o jakimś większym projekcie: wystawie, albumie, konkursie itd. Mam wrażenie, że dla Ciebie są to sprawy drugorzędne, że Ty przede wszystkim jesteś dokumentalistą. Robisz zdjęcia trochę kompulsywnie, próbując zachować chwile od zapomnienia, mniej ważne jest to, co później będzie się z tymi zdjęciami działo. Czy fotografia to Twój sposób radzenia sobie z przemijaniem?


Zaczynając od końca, to chyba jestem jeszcze za młody, żeby zaprzątać sobie głowę własnym przemijaniem. A mówiąc poważnie - fotografie wykonuję jakby na kilku płaszczyznach. Są zlecenia komercyjne, które muszą być zazwyczaj zrealizowane na już. Fotografie dokumentalne, które najlepiej działają pokazane po latach. No i oczywiście są te wykonywane dla siebie. Nigdy nie robiłem zdjęć z myślą o konkursie ani wystawie, ale jeśli mam coś ważnego lub ciekawego, to wysyłam. Przez lata sporo się tego zebrało, zarówno wyróżnień na konkursach, jak i wystaw. Niedługo będzie można chociażby zobaczyć moje fotografie chasydów, na zbiorowej wystawie we Wrocławiu. Mam nadzieję, że dojdzie też do skutku miniwystawa w „Wejściówce” naszej Miejskiej Galerii Sztuki. Planujemy to na wiosnę.


Poznałem Cię jako fotoreportera, kronikarza częstochowskiego życia kulturalnego. Nie myślałeś nigdy, żeby akurat tę część swojej twórczości zachować w jakiejś bardziej trwałej formie? To byłaby bardzo obszerna kronika tego, co przez ostatnią dekadę z hakiem działo się w naszej kulturze.


Istotnie, to był bardzo intensywny czas: „Tygodnik 42-200”, „Życie Częstochowy”, „Częstochowiak”. Można tam było znaleźć rzetelne i prawdziwe relacje z życia kulturalnego naszego miasta. Nie brakowało miejsca na duże fotorelacje. Niestety, na wszelkie bardziej trwałe formy potrzebny jest spory budżet.


Nadal zdarza Ci się wrzucać fotografie na Twojego bloga pjolo.blogspot.com, ale należysz tutaj do nielicznych wyjątków. To paradoksalne, bo dziesięć lat temu lokalne środowisko fotograficzne koncentrowało się właśnie wokół fotoblogów. Zdarza Ci się zatęsknić za tamtymi czasami?


Myślę, że nie ma za czym tęsknić, zmieniła się po prostu forma. Wtedy środowisko koncentrowało się wokół portalu fotomedaliki.pl, to tam była baza linków do blogów, cykliczne konkursy, plenery. Portal funkcjonował dzięki naprawdę tytanicznej pracy kilku osób, przede wszystkim Michała Bajora i Oli Trojak. Później niestety nikt nie dał rady tej inicjatywy przejąć. Teraz życie fotograficzne przeniosło się na grupy w portalach społecznościowych, zazwyczaj tematyczne.


Z jednej strony na Twoich zdjęciach jest pełno ludzi, ciągnie Cię do miejsc, w których coś się dzieje, gdzie jest tłum. Z drugiej jednak strony - przez lata robiłeś zdjęcia miejscom opustoszałym. Porzuconym domom, zakładom pracy. Szukałeś tam śladów, jakie pozostały po ludziach. Czułeś się przy tym trochę jak podróżnik w czasie?


O człowieku można różnie opowiadać. To, co po sobie zostawiamy, mówi wiele. Przez pięć lat fotografowałem stare, opuszczone domy na wsiach i w małych miasteczkach. Bardzo dużo wtedy jeździłem, widziałem, jak szybko takie miejsca znikają. Podobnie jest z zakładami pracy, kamienicami i pałacami. Kawał historii, który w większości pozostanie tylko na moich zdjęciach. Oglądając je, każdy będzie mógł poczuć się jak podróżnik w czasie. Jednak tak naprawdę te zdjęcia swoją prawdziwą moc będą miały za co najmniej kilkadziesiąt lat.


Lubisz grzebać w przeszłości. Udało Ci się nawet uruchomić krajowe media w poszukiwaniu ludzi odnalezionych na zdjęciach ze starego aparatu. Możesz więcej opowiedzieć o tej historii?


Historia zaczęła się od targu staroci, na którym wypatrzyłem aparat z kliszą w środku. Zaryzykowałem, kupiłem go za dziesięć złotych. Udało się wywołać, zeskanować i zrobić odbitki siedemnastu czarno-białych zdjęć rodziny na wakacjach. Dało się ustalić, że fotografie wykonane zostały w Krynicy Morskiej. Temat podchwyciły ogólnopolskie telewizje i dzienniki, dzięki czemu można było odnaleźć bohaterów zdjęć. Pani Marii z Tarnowskich Gór osobiście zawiozłem odbitki. Myślę, że to był fart, sezon ogórkowy i trochę romantyczna historia.


Przez pewien czas wciągnęła Cię solarigrafia. W jej przypadku znowu czas odgrywa kluczową rolę, bo robienie takich zdjęć to projekt długodystansowy. Co w przypadku solarigrafii jest najtrudniejsze?


Lubię eksperymentować z różnymi formami zatrzymania obrazu. W solarigrafii zdecydowanie kluczowa jest cierpliwość. Mimo, że zdjęcie można naświetlać kilka dni, prawdziwy efekt widać po upływie połowy roku. Najdłużej naświetlałem kliszę przez blisko pięć lat. Z doświadczenia już wiem, że w naszej strefie klimatycznej jest to bez sensu. Papier traci czułość po około roku. Potem dochodzą tylko efekty specjalne w formie spękań, pleśni i grzyba. W solarigrafii świetne jest też to, że trzeba aparat wykonać samemu. Od jakości jego wykonania zależy cały efekt. Niestety, obecnie niezbyt wielu ludzi ma czas i chęci na takie fotograficzne zabawy. Szkoda, bo jeśli chodzi o koszty, to chyba najtańszy rodzaj fotografii.


Solarigrafia to trochę taki powrót do korzeni fotografii. A tak na co dzień już zupełnie przeniosłeś się na sprzęt cyfrowy, czy zdarza Ci się jeszcze używać analogów?


Wciąż fotografuję analogiem. Jednak już chyba bardziej z sentymentu i dla przyjemności obcowania z manualnymi aparatami. Fotografia analogowa broni się jeszcze tylko w wielkim formacie i technikach eksperymentalnych.


full-KRAS02.jpg


Ostatnio mam wrażenie, że znów uciekasz od ludzi, bo zawładnęły Tobą tematy przyrodnicze. Czy przeskok na fotografowanie zwierząt wymagał od Ciebie jakiejś drastycznej zmiany warsztatu?


Jakoś tak fajnie zbiegło się moje znudzenie człowiekiem z koniecznością izolacji w czasie pandemii. Fotografia przyrodnicza z technicznego punktu widzenia to chyba najcięższa próba. Bardzo szybko weryfikuje nasze umiejętności. Często godzinami trzeba zachować czujność, a na zrobienie zdjęć jest kilka sekund. Sprzęt niestety nie może być jakikolwiek. Kosztuje dużo. Jest wielki i ciężki w porównaniu do innych rodzajów fotografii. Sam aparat z obiektywem waży średnio około czterech, pięciu kilogramów. Plus osprzęt i akcesoria. Nadźwigać trzeba się konkretnie, ale warto.


Czy to fotografowanie zwierząt wynikło z pasji przyrodniczej, czy na odwrót - by móc fotografować zwierzęta, musiałeś coraz więcej się o nich dowiadywać?


Przyroda interesowała mnie od zawsze. Potrafiłem odróżnić wróbla od mazurka, kawkę od wrony. Ale postanowiłem ten temat zgłębić jeszcze bardziej. Zobaczyć i sfotografować wszystkie ptaki występujące w Polsce. W ciągu roku poznałem około dwustu gatunków. To ciągła nauka, wyszukiwanie informacji, tysiące godzin w plenerze. Niektóre gatunki przebywają u nas bardzo krótko, dwa, trzy miesiące. Inne są bardzo skryte lub jest tylko kilkaset osobników. Ważne jest dla mnie jednak też to, żeby, pokazując zdjęcia, uwrażliwiać innych w kwestiach ekologicznych - dodaję opisy, zachęcam do zgłębiania informacji. Na naszych oczach giną gatunki. Kuropatwa, tak pospolita jeszcze trzydzieści lat temu, dziś zmniejszyła pogłowie o 94%. A wciąż jest na liście gatunków łownych! Wiemy, dlaczego znika, a mimo to niewiele z tym robimy. Trzeba tu radykalnych działań.


Co dalej? To znaczy, czy jest jeszcze jakiś rodzaj fotografii, który Cię pociąga, a którego nie miałeś jeszcze szansy spróbować?


Rodzaj i technikę fotografii dopasowuję raczej do tematów, które fotografuję. Pomysłów mam dużo, nie da się niestety robić wszystkiego naraz. Póki co prywatny czas będę poświęcał ptakom. Mam osobowość obsesyjną, a w tym temacie jest jeszcze dużo do zrobienia. Szczególnie polubiłem kilka gatunków, którym będę chciał poświęcić więcej czasu.

full-AAAA_GRAFIKA_NA_KONIEC.jpg