Antoni Ziut Gralak gra na trąbce
3/2021

Pobierz PDF

Energia, radość ze wspólnego grania i coś więcej…

Rozmawiamy z Antonim Ziutem Gralakiem - trębaczem, improwizatorem, kompozytorem, członkiem legendarnego zespołu Tie Break, a także składów: Sfora, Woo Boo Doo i Free Cooperation. Dziś jest liderem formacji Graal i YeShe.


Sylwia Góra: Jak czujesz jazz? Gdzie on jest? Gdzie go spotykasz?


Antoni Ziut Gralak: Czym jest jazz? Trudno powiedzieć, istnieje na ten temat tyle koncepcji, że w zasadzie ilu muzyków, tyle definicji. Ale generalnie chodzi o muzykę improwizowaną, wolną od wszelkich ograniczeń, posiadającą zdecydowany, pulsujący rytm i energię. W tym można zawrzeć jakieś podstawy, ale jazz jest czymś więcej. Dla mnie jest całym życiem. Muzyka jazzowa to sztuka obecności, relacji z innymi muzykami. Wiąże się też ze świadomością, pracą z umysłem.


A czego sam słuchasz?


Wszystkiego po trochu. Dość dużo dobrej muzyki popowej, bo trzeba wiedzieć, co młodzi knują, co mają do zaprezentowania. Oprócz tego jazz z lat 70. XX w., fusion jazz rock i sporo klasyki jazzowej, a także muzyki etnicznej: afrykańskiej i hinduskiej, trochę też współczesnej. W zasadzie całe spektrum. Łatwiej chyba powiedzieć, czego nie słucham – muzyki operowej. Przede wszystkim ze względu na ten nienaturalny dźwięk, który muszą wydobywać z siebie kobiety. Śpiewanie operowe wywodzi się z kultury eunuchów. Najpierw to oni, po kastracji, dysponowali takim dźwiękiem, który w ówczesnych, dekadenckich Włoszech na tyle się spodobał, że zaczęto kształcić w tym kierunku również kobiety. Dla mnie to brzmi dość nienaturalnie. Nie przekonuje mnie. Nie słucham też solowej pianistyki. Dla trębacza, który całe lata musiał pracować, żeby wydobyć ten jeden dźwięk, jest to wybitnie niesprawiedliwe. Pianista przychodzi, kładzie palec na klawiszu i ten dźwięk już tam jest, już na niego czeka. Powiedz, czy to jest sprawiedliwe? (śmiech)


Ale to właśnie trębacz musi się wykazać większą wirtuozerią. Nie wyobrażam sobie dziś Tie Breaku bez trąbki. Zespół narodził się w dość ponurych czasach. Z jednej strony scena była nieco „skostniała”, bo byli tacy, którzy w latach 80. i 90. XX w. uważali, że mają monopol na to, jak robić jazz i nie ma od tego odstępstw. Z drugiej – poważny problem z wyjazdami zagranicznymi, choć propozycje były. Czy z perspektywy czasu czujesz, że więcej przez to zyskaliście, czy straciliście?


Każde pokolenie się z czymś zmaga i ma to zarówno minusy, jak i plusy. Naszym bonusem było na pewno to, że ten rynek nie był jeszcze tak szeroki, a tym bardziej uprawianie jazzu. Równie dobrze moglibyśmy się zajmować wtedy komputerami, techniką cyfrową i byłoby to tak samo egzotyczne. Kilku gości w mieście Częstochowa, którzy mają podobną pasję, było czymś naprawdę wyjątkowym. Na polskim rynku funkcjonowało może kilkanaście faktycznie dobrych kapel. Dlatego nam było dużo łatwiej się przebić. W tej chwili w samej Częstochowie jest co najmniej dwóch trębaczy, którzy są na wyższym poziomie technicznym niż ja, kiedy startowałem. Pewnie w innych miastach jest podobnie. Natomiast naszym przekleństwem było to, że byliśmy niepokorni i nie wpisywaliśmy się w te kanony, dogmaty. Jazz to muzyka, która jest totalną wolnością i to jest jego największa siła. W ramach jazzu można w zasadzie zmieścić wszystko, jeśli tylko poda się to z odpowiednim smakiem, frazowaniem, pulsem. Z perspektywy czasu, jak patrzę na te wszystkie trudności, na to, że nie zostaliśmy gwiazdami, myślę, że może to dla nas lepiej. Wyobraź sobie, że włączasz TV, a tam Tie Break, włączasz radio - to samo, otwierasz lodówkę, a tam Mateoz Janiną mówią: kolego posłuchaj jeszcze tego. Ratunku! Robiliśmy wytrwale wszystko, co jest potrzebne do tego, żeby środowisko nas nie lubiło, ale byliśmy przy tym bardzo miłymi chłopcami, którzy zawsze starali się szanować innych. Nie wiem, czy te dwie rzeczy można pogodzić, ale wydaje mi się, że trochę nam się to udało.


A na czym opierał się Tie Break? Energia, radość ze wspólnego grania, ale czy to wystarczyło? Czy było coś jeszcze?


Jeśli spotka się kilku chłopaków i mają radość ze wspólnego grania, to myślę, że mogą naprawdę wiele. Choć u nas było coś więcej. Wychowywaliśmy się praktycznie w jednej dzielnicy, mieliśmy jeden język, wspólny kod. Nie musieliśmy sobie w zasadzie niczego tłumaczyć, bo wszyscy mieliśmy podobne doświadczenia – Jasna Góra, pielgrzymki, orkiestry dęte i to wszystko, co zawierało się między Złotą Górą a Jasną Górą. Częstochowa jest miastem obfitującym w szaleńców, nadających miejscu koloryt, klimat. Spotykaliśmy Jarka Kobyłkiewicza – świetnego malarza czy Krzyśka Krzywańskiego, od którego uczyłem się grać na gitarze, Wiesia Wyszyńskiego. Miasto pięknych, ale szalonych ludzi. A nasz związek… chyba nigdy się z nikim nie ścierałem tak intensywnie, jak z Janiną. Minęło 40 lat, a ja zawsze chętnie wracam do tych spotkań, rozmów. Jako zespół na pewno łączy nas coś więcej, ale chyba nie umiem tego nazwać. Żeby rozwiązać całą tę zagadkę - myślę, że to jedno życie, to trochę za mało.


To coś więcej słychać na Waszej nowej płycie „The End”, która pojawiła się w 2019 r. Mam nadzieję, że ten tytuł to nie jest żadna sugestia dla słuchaczy. Zatem koniec czego? Waszego wizerunku chuliganów jazzu? Pewnej epoki? A może czegoś bardziej osobistego?


To miał być koniec naszej działalności, aktywności, choć każde nasze spotkanie na scenie i tak jest świętem. To nie jest tak, że Tie Break istnieje dla kasy. Decydujemy się spotkać od czasu do czasu dlatego, że ważni dla nas ludzie nas zaprosili albo miejsce jest wyjątkowe. Tak jak wtedy, gdy zaprosił nas Jurek Owsiak na Poland Rock Festiwal, czy gdy mieliśmy jubileusz w Częstochowie, gdzie przyszło tysiąc uśmiechniętych, pozytywnych ludzi. Ale z drugiej strony czas upływa, a każdy z nas wędruje swoją ścieżką. Jesteśmy już innymi ludźmi i podtrzymywanie tej legendy dla samej legendy byłoby nadużyciem. Zrobiliśmy już swoje. Chociaż ta ostatnia płyta pokazała, że jednak coś tam w nas jeszcze iskrzy. Tak naprawdę, to w ogóle nie mieliśmy przygotowanego materiału, spotkaliśmy się u mnie w domu, robiliśmy próby i te próby od razu nagrywaliśmy. W ten sposób moglibyśmy robić nową płytę co pół roku. Zawsze byliśmy dość odkrywczy, krok do przodu przed innymi, a ta płyta, mimo że ją lubię, czuję, że taką nie jest. Może jestem trochę zbyt krytyczny i za dużo oczekuję? W Tie Break grają świetni muzycy, więc muzyka nie może być zła. To też wynika z naszej filozofii pełnego zaangażowania. Jednak jest już inny czas, więc żeby to miało sens, musielibyśmy się trochę przegrupować i solidniej popracować. Znam nasz potencjał i wiem, jaki dynamit tu się czai, ale obawiam się, że w tej całej paranoi życia niektórzy z nas już o tym zapomnieli.


Na płycie słyszymy też naleciałości rocka z lat 60 i 70. XX w., nieco funku, śpiew chóru przypominający gospel, a do tego teksty współczesnych poetów – Dariusza Brzóskiewicza, Jerzego Jacka Bieleńskiego. Czy jazz i poezja są dziś w podobnym miejscu – trochę na uboczu, ważne dla niewielu?


Być może, ale chyba jak każdy artysta jestem w jakiś sposób cały czas zanurzony w poezji. Bez niej bylibyśmy tylko czeladnikami. Z Darkiem Brzóskiewiczem było akurat tak, że od lat przymierzaliśmy się do jakiejś wspólnej akcji, ale zawsze jakoś odkładałem pisanie tej muzyki na później. I nadarzyła się okazja, gdy chłopaki przyjechali do mnie do domu nagrywać płytę. Pomyślałem, że może któryś połknie haczyk. Zostawiłem na komputerze otwarte teksty Brzóski. Mateusz usiadł do komputera, bo chciał coś tam podłubać, przeczytał jeden, drugi tekst i stwierdził, że to piękne i musimy zrobić do tego muzykę. Udało się, nie musiałem nikogo namawiać. Kiedy nagrywaliśmy płytę, odwiedził mnie też Jacek Bieleński, który zawsze kręcił się w orbicie Tie Breaku. My graliśmy, on usiadł i napisał świetny tekst. Czasami z jakiegoś fragmentu tekstu wyciągamy nawet nie całe zdanie, ale nastrój, klimat i do tego robimy muzykę. Te rzeczy dzieją się na granicy, nazwijmy to, kontrolowanego przypadku.


Współpraca z wieloma muzykami to Twoja specjalność. Chciałabym się cofnąć do początku lat dwutysięcznych, kiedy zainicjowałeś w Częstochowie Festiwal Garaż, który miał kilka edycji, a grali na nim najlepsi muzycy jazzowi i nie tylko.


Tak, to była idea, festiwal, który miał się rozwijać. Gdybyśmy otrzymali wtedy większe wsparcie miasta, jakie otrzymaliśmy np. od miejscowych filantropów – Iwony Denis i Wiesia Mazura, którzy dali nam biuro i sprzęt na działalność, dziś byłby to pewnie duży, międzynarodowy festiwal. Organizowaliśmy to jako pracownia, a potem Fundacja Wspierania Kultury Jasna Chmura. Te pierwsze nieśmiałe akcje wynikały z chęci pomocy naszemu przyjacielowi Krzysztofowi Stacherczakowi, który został poważnie skrzywdzony przez system. Wyszedł z więzienia i był w kiepskim stanie ducha, więc postanowiliśmy go rozruszać, dać mu kopa energii. Zorganizowaliśmy w jego lokalu, a w zasadzie w pasażu handlowym, koncerty. To była dość ekstrawagancka impreza, ale okazało się, że jest zainteresowanie i tak powstała Jasna Chmura. A sam Festiwal Garaż był zwieńczeniem tego cyklu koncertów. Pojawiło się kilka gwiazd np. Tomasz Stańko, Tymon Tymański, Stanisław Soyka, Pocket Band Maleńczuka, Bajzel i Tie Break. Przyjechali do nas ludzie z różnych stron Polski. Ten festiwal odbywał się w zasadzie tylko dzięki temu, że przychodzili na niego miłośnicy muzyki, którzy kupowali bilety. To oni byli prawdziwymi sponsorami tych wydarzeń. Byliśmy ogromnie niedofinansowani, ale na szczęście muzycy doceniali naszą pracę, szli nam na rękę i nie brali swoich standardowych stawek, a całą resztę robiliśmy z przyjaciółmi. Ale to też pokazuje, że jeśli ludzie rzeczywiście chcą coś zrobić razem, są w stanie tego dokonać. Fundacja Jasna Chmura była też impulsem do otwarcia starej Konduktorowni, w zasadzie była jej trzonem i pomysłodawcą, oczywiście przy ogromnym wsparciu Tadeusza Piersiaka. Jako jedyne miasto niewojewódzkie otrzymaliśmy możliwość tworzenia interdyscyplinarnego centrum kultury w ramach działań Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych „Zachęta”. Projekt Ministra Kultury „Znaki Czasu”. Prawdę mówiąc, były pomysły wykorzystania tej przestrzeni może z nieco większym rozmachem.


Wracając do poezji i współpracy. Masz na koncie kilka wspólnych występów z Marcinem Świetlickim.


Prześladują mnie ci poeci, to prawda. Byłem kilka razy zapraszany do nagrania płyty ze Świetlikami, brałem też udział w kilku ich projektach. I nasz przyjaciel, który organizuje koncerty na północy Polski, powiedział, że nie stać go na nas osobno, więc musimy zagrać razem. Niedługo ma się ukazać nasza wspólna płyta koncertowa, którą nagraliśmy w Poznaniu.


Całkiem niedawno ukazała się też Twoja płyta „Ganga” – nieco elektroniczna, mocno eklektyczna, inspirowana Indiami. Powstawała kilkanaście lat. Czego szukałeś w Indiach i czy to znalazłeś? No i czy słyszymy to na tej płycie?


W zasadzie znalazłem to dużo wcześniej, tu na miejscu, a do Indii pojechałem tylko sprawdzić, czy faktycznie tak jest i na pewno się nie rozczarowałem. Znalazłem po drodze też inne rzeczy. A muzycznie było tak, że najpierw nagrałem elektronikę, pewne szkice. Zabrałem mikrofon, komputer, takie podręczne studyjko, i ruszyłem do Indii ponagrywać różnych muzyków. Okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe. Mimo że to są wysokiej klasy instrumentaliści, jednak nie potrafią się odnieść do tego, co jest już zarejestrowane. To było dla mnie trochę szokiem, bo nie spodziewałem się, że natrafię na aż takie trudności. Musiałem im wchodzić na ambicję, aż w końcu zaczęli grać, ale z zastrzeżeniem, że będą grać tylko to, co potrafią. I świetnie, o to właśnie chodzi! Potem ciąłem to na fragmenty i te fragmenty miksowałem. Tak więc na tej płycie połowa to muzyka na żywo, a połowa to takie działania edytorskie, ale w całości raczej tego nie słychać. Wróciłem do domu, posłuchałem nagrań i wrzuciłem je do szuflady. Po kilku latach znów odsłuchałem materiał i stwierdziłem, że jednak nie jest taki zły. Zmiksowaliśmy to w profesjonalnym studio Adama Celińskiego i wydawało mi się, że jest ok. Ale jak tylko wróciłem ze studia, poczułem, że to nie to - niby brzmiało dobrze, ale zabiliśmy ducha Indii, cały ten etniczny wątek. I materiał znowu wylądował w szufladzie. Po jakimś czasie znowu wróciłem do tej pierwszej, surowej wersji demo i stwierdziłem, że jest najlepsza. Kiedy jednak nałożyłem na siebie te dwie rzeczy, dopiero wtedy zabrzmiały jak należy. Nie rozumiem, co się stało, jakieś mikroprzesunięcie? To według praw akustyki w ogóle nie powinno brzmieć, a było świetne. O tej płycie można byłoby napisać powieść.


A czego jeszcze możemy się spodziewać od Ciebie w najbliższym czasie, na co możemy czekać?


Ostatnio związałem się z niezwykłą, śląską załogą 100nką. Świetnie mi się z nimi gra. Nagraliśmy już razem jeden materiał, który pojawi się we wrześniu tego roku. Teraz pracujemy nad następnym, który będzie mocniejszy, bardziej elektryczny. Na pewno w najbliższym czasie zrobimy razem dużo muzyki. Otworzysz lodówkę, a tam Gralak mówi: o, o, posłuchaj jeszcze tego, kolego. To jest jedna rzecz, a druga to moje Jasnogórskie wspomnienia. Piszę trochę o moim dzieciństwie, o tym, jak kiedyś wyglądała Częstochowa. Świat, którego już nie ma, a który był z jednej strony peerelowsko-siermiężny, ale z drugiej pełen pięknych, barwnych ludzi. W głowie wyświetla się kilka cudnych obrazków i, choć mam świadomość swoich ograniczeń pisarskich, myślę, że warto podzielić się z młodszym pokoleniem tym, jak na naszych oczach niewiarygodnie zmienił się świat. Czy na lepsze?


fot. Joanna Barchetto

full-GRAFIKA_NA_KONIEC.jpg