Mateusz Pospieszalski gra na saksofonie nad jeziorem
3/2021

Pobierz PDF

KOSMOS SPADŁ NA ZIEMIĘ

„Tam i sam” to solowa płyta Mateusza Pospieszalskiego, która została wydana w grudniu zeszłego roku. Jest ascetyczna. Muzyk łączy na niej dźwięki saksofonu z dźwiękami natury.


Magda Fijołek: Twoja najnowsza płyta „Tam i sam” została zakwalifikowana przez krytyków jako płyta jazzowa. Zgadzasz się z tą opinią?


Mateusz Pospieszalski: Po części tak. Na początku może się wydawać, że to tylko czysta improwizacja, ale każdy z odcinków muzycznych jest zbudowany w konkretnej formie. Kompletnie nie planowałem i nie myślałem o stylistyce, czy ma to być ambient, czy muzyka relaksacyjna. Po prostu stanąłem i zagrałem w zgodzie z własnym sumieniem. Jeżeli ktoś chce kwalifikować płytę do konkretnego rodzaju muzyki, proponuję stworzyć nowy gatunek: nature music (śmiech).


To jest Twój album solowy, najczęściej jednak grasz w zespołach, zawsze z kimś. To, że taka płyta powstała, to wynik sytuacji, w której znaleźliśmy się w zeszłym roku, czy też po prostu taki miałeś pomysł?


Pośrednio ten ubiegły, pandemiczny rok miał na to wpływ. Pośrednio, bo wraz z rodziną wynajęliśmy dom na Suwalszczyźnie, na odludziu i miałem tam sporo wolnego czasu. Na pewno też nie wymyśliłem sobie tej płyty na zasadzie, że ja muszę. Pomysł zrodził się pewnego wieczoru. Stanąłem na polanie, wydałem z saksofonu dźwięk. Ten dźwięk poleciał w kosmos i wrócił do mnie na zasadzie echa, jako część wszechświata, natury. Tak to wtedy odebrałem i powiedziałem sobie, że muszę tu wrócić i to nagrać. Moim pierwszym pomysłem było zrobienie impresji nad różnymi jeziorami. Kiedy po miesiącu wróciłem w to miejsce, rozpadało się. Przyszło mi wtedy na myśl, że przecież deszcz jest częścią natury, to jest mój akompaniament i zacząłem grać. Dlaczego akurat Suwalszczyzna? Bo to teren niezadeptany, cichy i spokojny. Nie jest to też uprzemysłowiony region Polski.


Na tej płycie jest w ogóle bardzo dużo wody.


Tak, dlatego że woda niesie daleko dźwięk, ale można też sobie dopowiedzieć, że woda jest oczyszczeniem. Nie tylko monoteistyczne religie wykorzystują ją w swoich obrzędach. Jednak ten podtekst to tylko przypadek. U mnie woda daje przestrzeń. Stanowi element, który jest nieodłączną częścią życia.


Jednak płyta nie była nagrywana tylko nad jeziorami...


Rzeczywiście, grałem również nad morzem. Stanąłem na plaży przy Klifie Sopockim i, mając wiatr od morza w plecy, czułem się świetnie, mogąc akompaniować morzu. Kontynuowałem granie również pod sopockim molo. Wspaniale odbijające się fale inspirowały bez końca. Nie wiedziałem, kiedy przestać. Ocknąłem się po godzinie.


Przyznaję, że podczas słuchania tej płyty prawdziwą frajdę sprawiało mi nasłuchiwanie dźwięków z zewnątrz. Odbieranie ich oraz łączenie wszystkiego z Twoją grą na saksofonie jest niezwykłe. To rozpoznawanie, czy jest to burza, czy uderzanie fal o molo…


Te nagrania nad jeziorami bardzo mnie rozochociły, nabrałem odwagi. Na początku musiałem wpraszać się do natury, do miejsc, w których nie widziano człowieka z saksofonem. Czułem się jak złodziej. Natura sprawiała różne niespodzianki. Kiedy stałem nad jeziorem Jaczno, po drugiej stronie miałem publiczność z zachowaniem wszystkich obostrzeń pandemicznych (śmiech). Przepłynęła dryfująca łódeczka z dwoma czy trzema wędkarzami i - ponieważ woda niesie - widziałem, grając, co oni czują: że kosmos zleciał im na głowę albo ziemia stanęła do góry nogami. Myślę, że byli nieźle zszokowani, a ja czerpałem z tej sytuacji czystą radość.


Ta płyta jest zagrana w sposób bardzo ascetyczny...


Nie popisuję się na niej wachlarzem swoich umiejętności, żeby cokolwiek udowodnić. Pokazuję jedynie, że istotą muzyki jest dźwięk. Daję wybrzmieć dźwiękowi, który wypuszczam i czekam, co się z nim stanie. Za każdym razem, kiedy grałem, coś się dookoła mnie działo. W Dzierwanach pojawiły się ptaki, które słyszałem i wydawało mi się, że komentują one moją obecność. Wyobrażam sobie, że były równie zdziwione jak rybacy na łódce. Innym razem przelatywał samolot, którego dźwięk wprowadził mnie w interakcję, stworzył mi konkretną tonację. Nadleciały dzikie gęsi w kluczu, zaskoczyły mnie i w ten sposób powstała w nagraniu coda. Z kolei na molo przybłąkał się pies, który szczekał. Przy powstawaniu płyty towarzyszyła mi moja żona Iza, która wspaniale robiła dokumentację fotograficzną oraz pomagała w realizacji.


Płyta płynie od pierwszego utworu do momentu, kiedy pojawia się ten o tytule „Nikt nie zagłuszy psa”.


Pies zawsze działa zaskakująco. Mnie zaskoczył przy nagraniu, tak jak zaskakuje na płycie. Zadano mi pytanie, dlaczego ten utwór jest tak krótki? Otóż dlatego, że pies został, ku mojemu niezadowoleniu, zabrany przez właściciela i duetu nie można było kontynuować (śmiech).


Powiedzieliśmy o jednym tytule, tymczasem ja uważam, że pozostałe nazwy sprawiają, iż nagrania stają się kompletną całością.


Dla mnie te nagrania stały się swoistą podróżą, stanowią pewnego rodzaju mityczność. Stawiają wyobraźnię w innym miejscu. Dlatego tytuły utworów musiały być baśniowe, a jednocześnie nie mogły opisywać konkretnego stanu i klimatu. Nie ukrywam, że w jakimś stopniu zainspirowałem się Leśmianem, np. „Zwieczorniały” (stałem późno wieczorem, podczas deszczu i byłem przesiąknięty atmosferą), „W pobłędzie” (deszcz tak mnie zaskoczył, że na początku byłem lekko zmieszany, zaczynając rejestrację, a że działo się to wszystko nad jeziorem Pobłędzie, to już wszystko wiadomo). O reszcie tytułów nie będę mówić, gdyż nie chcę zepsuć odbiorcom zabawy wyobraźnią. Chciałbym jeszcze tylko dodać, że dwa tytuły: „Nikt nie zagłuszy psa” oraz „Dowód Tożsamości” wymyślił Janusz Palikot, któremu serdecznie dziękuję.


Cała ta płyta emanuje spokojem.


Tak, cieszę się, że udało mi się przenieść atmosferę miejsc, w których grałem. Jak powiedziałem na początku, po prostu nagrałem tę płytę w różnych sytuacjach, bardzo spontanicznych. Każda chwila, w której się znalazłem, spowodowała konkretny nastrój tej muzyki. Myślę, że dla wszystkich, którzy cenią sobie naturę i spokój, ten materiał przyniesie dużo satysfakcji. Dla mnie to fantastyczna podróż muzyczna, zagadkowa, szukająca inspiracji w przyrodzie. Dlatego zapraszam do wysłuchania płyty w skupieniu. Sugeruję wieczór z okowitą i ogniskiem, przynajmniej domowym.


fot. Iza Pospieszalska


full-GRAFIKA_NA_KONIEC.jpg