Muzyk Cyprian Baszyński
3/2021

Pobierz PDF

MUZYKA TO NIE RANKINGI

Cyprian Baszyński jest jednym z najciekawszych jazzmanów młodego pokolenia. Nie zwraca jednak uwagi na zestawienia muzyczne. Nie ściga się z innymi. Ma w swoim dorobku kilka świetnie przyjętych przez publiczność i krytykę jazzową płyt, jest też zwycięzcą wielu prestiżowych, międzynarodowych konkursów jazzowych, ale nadal priorytetem jest dla niego po prostu granie.


Magda Fijołek: Gdyby połączyć na mapie wszystkie miejsca z Twoich życiowych postojów, byłaby to bardzo kręta i długa linia. Na wybór niektórych miejsc nie miałeś wpływu, na inne zdecydowanie tak. Co Cię tak pcha w różne strony?


Cyprian Baszyński: Zdecydowanie nie miałem wpływu na to, gdzie się urodziłem i jak potoczyły się losy mojej rodziny. Jednak te wszystkie podróże zaszczepiły we mnie ciekawość świata. Uwielbiam swój zawód między innymi dlatego, że często wiąże się z podróżowaniem w najdalsze zakątki świata i poznawaniem odległych kultur - od Bałkanów po Chiny. Jest też inspiracją do tworzenia nowych rzeczy i pozwala nabrać szerszej perspektywy. Gdyby nie pandemia COVID-19, w zeszłym roku grałbym m.in. w Nowym Jorku, Tokio i Pekinie. Kolejnym ważnym dla mnie aspektem podróży są doznania kulinarne. Bardzo często po powrocie z trasy koncertowej staram się odtworzyć dania, które najbardziej przypadły mi do gustu. Dlatego też mam dosyć nieufny stosunek do ludzi, którzy nie czerpią przyjemności z jedzenia.


Urodziłeś się w Dubrovniku, tam spędziłeś pierwsze osiem lat życia. Twoi rodzice zajmowali się muzyką klasyczną. Jak to na Ciebie wpłynęło?


Kontakt z muzyką klasyczną od moich najmłodszych lat wykształcił we mnie pewną wrażliwość na sztukę i wzmocnił myślenie abstrakcyjne. Co ciekawe, podobały mi się utwory, których zupełnie nie rozumiałem i nawet nie czułem potrzeby ich analizowania, a jednak intuicyjnie mnie to wciągało. Myślę, że podobnie było z jazzem. Dlatego uważam, że słuchacz absolutnie nie ma obowiązku rozumienia formy sonatowej czy rhythm changes. Ważne jest, żebyśmy słuchali muzyki z dziecięcą ciekawością.


Twoim pierwszym instrumentem była trąbka. Czemu?


Pamiętam dokładnie, jak - będąc w przedszkolu muzycznym - oglądałem prezentację różnych instrumentów ze składu orkiestry symfonicznej w Dubrowniku. Moją uwagę przykuła trąbka. Miałem wtedy jakieś 6 lat i oznajmiłem, że będę na niej grał. Ostatecznie naukę gry na tym instrumencie zacząłem w wieku 9 lat w Państwowej Szkole Muzycznej w Częstochowie.


Do pewnego etapu życia, tak jak rodzice, podążałeś drogą muzyki klasycznej. Na studiach zrobiłeś mocny skręt od muzyki klasycznej do muzyki jazzowej, która ostatecznie Cię pochłonęła. Co takiego dla Ciebie ma w sobie jazz?


Muzyka klasyczna była obecna w moim życiu, odkąd pamiętam. Jazzem natomiast zacząłem się interesować w wieku około 14 lat i ta fascynacja stopniowo się pogłębiała. Wybierając studia klasyczne, myślałem, że w jakiś sposób uda mi się połączyć te dwa żywioły, jednak kiedy zdałem egzaminy na drugi rok, dotarło do mnie, że muszę podjąć decyzję i skupić się na rzeczy, która bardziej mnie pociąga. Wygrał jazz. Jest to dla mnie muzyka wolności, która kryje w sobie całą paletę odcieni muzycznych i ogromny ładunek energetyczny oraz sposób wypowiedzi, w którym czuję się spełniony. Paradoksalnie, pewne ograniczenia harmoniczne, rytmiczne czy stylistyczne pozwalają poczuć tę wolność, a gdy zaczynasz łamać utarte schematy, robi się naprawdę ciekawie.


Twoim głównym polem działania muzycznego jest NSI Quartet. Jak powstał ten zespół? Co kryje się pod skrótem NSI?


To, co się kryje pod skrótem NSI, nadal jest tajemnicą zespołową, więc niewiele na ten temat mogę powiedzieć. Natomiast idea zespołu powstała, gdy wraz moim przyjacielem Bartkiem Prucnalem graliśmy w big-bandzie Zbigniewa Namysłowskiego, na słynnym muzycznym campingu „Kalatówki”. Z Bartkiem mieliśmy wspólne fascynacje muzyczne i świetnie się zgrywaliśmy, więc postanowiliśmy, że trzeba to pociągnąć dalej. Zaczęliśmy pisać kompozycje i robić próby. Pierwszy koncert NSI Quartet odbył się bodajże w 2011 r. w krakowskim Harrisie, jednak ostateczny skład wyklarował się rok później. Obecnie grają w nim, oprócz wspomnianego Bartka Prucnala, Dawid Fortuna i Maciej Adamczak, a na poprzedniej płycie wystąpił gościnnie Dominik Wania. Uwielbiam z nimi grać, nawet jeśli nie widujemy się dłuższy czas, bo gdy się spotykamy, zawsze jest między nami świetna energia i porozumienie bez słów. W skrócie - dream team.


Sięgnijmy do Waszych krakowskich początków. Można zaryzykować stwierdzenie, że byliście uczniami Muniaka?


Granie w słynnym klubie „U Muniaka” było niesamowitą lekcją historii i pokory. Jednak „bycie uczniami Muniaka” to zbyt ogólne stwierdzenie, ponieważ granie standardów jazzowych stanowiło tylko część naszych zainteresowań muzycznych. Środowisko, które tworzyliśmy, było bardziej zorientowane na tworzenie autorskiej i nowoczesnej muzyki jazzowej, co też robiliśmy, grając ze sobą w przeróżnych konfiguracjach.


Kto jest dla Ciebie muzycznym Mistrzem?


Louis Armstrong, Clark Terry, Lee Morgan, Freddie Hubbard, Woody Shaw, Miles Davis, Don Cherry, Tomasz Stańko… Ta lista spokojnie zmieściłaby kilkadziesiąt nazwisk, o których nie sposób tutaj napisać. Nie mam jednej osoby, którą postawiłbym na pierwszym miejscu, z tego względu, że w każdej z podziwianych przeze mnie postaci cenię coś zupełnie innego, ale zawsze jest to coś, co mnie nieustannie inspiruje.


Co dzieje się z NSI Quartet w obecnym trudnym dla muzyków czasie? Przygotowujecie jakąś nową płytę?


Rzeczywiście, czas dla ludzi związanych z muzyką jest obecnie bardzo trudny. Pocieszające jest to, że i w muzykach i w słuchaczach rośnie coraz większe pragnienie muzyki na żywo, nie tylko w formie koncertów online. Jeśli chodzi o NSI Quartet, można powiedzieć, że budzi się ze snu zimowego. Minęło już trochę czasu od naszego ostatniego albumu i zaczęliśmy pracę nad kolejnym, który, jeśli sytuacja będzie sprzyjająca, wyjdzie jesienią lub zimą tego roku. W tym momencie mamy już kilka kompozycji na nowy krążek i myślę, że okaże się to naprawdę interesującym materiałem. W kwestii czysto muzycznej będzie to na pewno kontynuacja stylistyczna poprzednich płyt, natomiast wracamy do idei kwartetu bez instrumentu harmonicznego, czyli fortepianu, jak to miało miejsce na „The Look Of Cobra”. W tym roku powinna również ukazać się płyta z muzyką do wierszy Haliny Poświatowskiej w interpretacji Agnieszki Łopackiej, do której to płyty miałem przyjemność pisać i nagrywać muzykę wraz z Mateuszem Pospieszalskim, Januszem Yaniną Iwańskim i Krzysztofem Majchrzakiem. Jesienią powinna także wyjść płyta, którą nagrałem z zespołem Damiana Pietrasika. Zapowiada się dosyć interesujący rok, mam tylko nadzieję, że będzie możliwość zaprezentowania tego wszystkiego na koncertach.


Nie żyjesz tylko i wyłącznie NSI Quartet, grałeś z Leszkiem Możdżerem, Marcinem i Mateuszem Pospieszalskimi, Wojtkiem Mazolewskim, Yaniną Iwańskim, Nikolą Kołodziejczykiem. Te nazwiska robią wrażenie. Granie z nimi to nauka warsztatu, czy też współpraca muzyków?


Granie z każdym z nich to zupełnie inne doświadczenie. Będąc zapraszanym do różnych projektów, spotykam się co chwilę z nowymi wyzwaniami stylistycznymi, zawsze jednak działa to na zasadzie współpracy, bo muzyka zespołowa bez interakcji nie istnieje. W momencie, w którym na scenie zapominasz o warsztacie i zaczynasz myśleć o muzyce, rozpoczyna się tak naprawdę zabawa i… profesjonalizm. Na pracę nad warsztatem jest czas przy ćwiczeniu. Warsztat jest niezbędny do kształtowania muzycznej osobowości, pozwala wyrażać ekspresję, stanowi język, którym się posługujesz, natomiast to, co dzięki niemu powiesz, to już kreacja.


Nazywany jesteś jednym z najciekawszych muzyków młodego pokolenia. Czujesz ciężar tego tytułu? Czy też po prostu robisz swoje i grasz?


Nie czuję żadnego ciężaru i robię swoje. Staram się nie oglądać za siebie. Niemniej jest mi miło, przede wszystkim dlatego, że ktoś zauważa to, co robię. To dla mnie dużo, tym bardziej, że projekty, które tworzę, nie należą do prostych w odbiorze. Uważam jednak, że muzyka to nie wyścigi i dlatego wszelkie rankingi, szufladkowanie, szukanie często stosowanych przez krytykę górnolotnych określeń, tak naprawdę niewiele wnoszą do istoty muzyki.


Podobno większość Twoich przyjazdów do Częstochowy kończy się szalonymi jam sessions z przyjaciółmi?


Tak, to prawda. Dodam tylko, że z przyjaciółmi i rodziną. Szukam każdej okazji, żeby pograć, a że mam tu wielu przyjaciół, którzy są świetnymi muzykami, to większość naszych spotkań kończy się w ten sposób. Z tego też powodu uwielbiam tu przyjeżdżać.


fot. Sisi Cecylia

full-GRAFIKA_NA_KONIEC.jpg