Aktor Wojciech Kowalski
4/2021

Pobierz PDF

ROBIĘ TEATR ŻEBY LUDZIOM DAWAĆ RADOŚĆ

Rozmawiamy z Wojtkiem Kowalskim – aktorem, reżyserem teatralnym, współtwórcą Teatru From Poland, twórcą TEATRU Wojtka Kowalskiego z Częstochowy, laureatem wielu ogólnopolskich nagród za swoje autorskie monodramy.


Sylwia Góra: Jesteś człowiekiem-orkiestrą: aktorstwo, reżyseria, gra na saksofonie, współtworzenie Teatru From Poland i tworzenie teatru autorskiego. Czy to wszystko się spina, czy jest jednak jakieś centrum Twoich działań, na którym najmocniej się koncentrujesz?


Wojtek Kowalski: Moje działania można podzielić na trzy etapy. Pierwszym był teatr studencki WiFiFi od roku 1990 do 2000, czyli przez dziesięć lat. Drugi etap to Teatr From Poland od 2000 r. do tej pory, choć nie jest powiedziane, że to już naprawdę koniec. A trzeci etap to TEATR Wojtka Kowalskiego z Częstochowy. I to jest teatr autorski, w którym robię tylko monodramy, reżyseruję i czasami współpracuję z muzykami. Na dzień dzisiejszy teatrem, z którym się najmocniej utożsamiam, jest ten ostatni. Co roku robię premierę, jeżdżę pod tą nazwą po Polsce, zdobywam nagrody.


Powiedziałeś, że Twoje początki to teatr studencki na Uniwersytecie Humanistyczno-Przyrodniczym im. Jana Długosza w Częstochowie, wówczas Wyższej Szkole Pedagogicznej. Jak to się zaczęło?


Przez kilkanaście lat grałem na saksofonie w przeróżnych składach, z tych bardziej znanych np. w Milicji Narodów, THC Habakuk. I wtedy już zaangażowałem się w teatr WiFiFi. Były lata 90. XX w. i to był bardzo dobry czas dla teatru. Jeździliśmy sporo po Polsce i wystawialiśmy. Habakuk też coraz więcej jeździł i nie dało się już tych dwóch rzeczy pogodzić, musiałem wybrać. Nie czułem, że jestem wybitnym saksofonistą, więc wybrałem teatr. Miałem wrażenie, że tam mogę więcej zrobić niż jako muzyk. Do teatru trafiłem całkowicie przypadkowo. Studiowałem filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie i Artur Witoszek oraz Jarek Filipski, którzy tworzyli wspomniany studencki teatr, zauważyli mnie, jak biegam z saksofonem. Zaprosili mnie, żebym zagrał na koniec spektaklu „Summer time” i nie dość, że zagrałem na saksofonie, to jeszcze dostałem jedną z głównych ról w spektaklu, który wówczas przygotowywali. I tak zakochałem się w teatrze. Studia skończyłem w roku 1995. Teatr WiFiFi jeszcze wtedy trochę trwał, zanim się rozpadł tuż przed końcem dekady. Każdy poszedł w swoją stronę, bo teatr nie generował zysków, z których można było się utrzymać. Ale w 2000 r., z inicjatywy Jarka Filipskiego i mojej, powstał Teatr From Poland.


Ten, który zmienił się później w kultową miejscówkę?


Ludzie kojarzą TFP bardziej jako miejsce – knajpę, pub, niż spektakle. Teatr w formie stacjonarnej zaczął działać w czerwcu 2005 r. i pierwsza jego siedziba mieściła się przy ulicy Zaułek Wieluński 2. Tam był szereg inicjatyw. W środy pokaz filmów niezależnych, w czwartki spektakle, w piątki i soboty koncerty. Niestety, po dwóch latach działalności zbankrutowaliśmy, ponieważ czynsz był zbyt wysoki. Prezydentem Częstochowy był wtedy Tadeusz Wrona, umówiłem się z nim na spotkanie i powiedziałem, że jest grupa kilkunastu osób, które, mówiąc kolokwialnie, chcą robić w mieście kulturę, ale nie mają gdzie. Po trzech miesiącach ówczesny Naczelnik Wydziału Kultury – Ireneusz Kozera – zadzwonił do mnie z informacją, że możemy skorzystać z lokalu przy al. Najświętszej Maryi Panny 2, gdzie kiedyś mieścił się „Klub Jazzowy Paradoks”. Stan techniczny tego lokalu był katastrofalny, ale zaczęliśmy przysposabiać go do działania. Dzięki sprzedaży za barem byliśmy w stanie zarobić na opłaty. Przez trzynaście lat budowaliśmy infrastrukturę TFP, robiąc przeróżne rzeczy. Dobrym duchem i osobą zawiadującą działaniami kulturalnymi była Anita Grobelak. Grały u nas takie zespoły, jak Hey, Voo Voo, Lao Che, Kazik i wiele innych. Niestety, z końcem zeszłego roku miejsce znane jako Teatr From Poland przestało istnieć. Z jednej strony oczywiście przyczyniła się do tego pandemia i brak funduszy na działanie, z drugiej – od dwóch lat dostawaliśmy z częstochowskiego ZGM TBS pisma z dopiskiem: budynek do wyburzenia. Jeśli natomiast chodzi o TFP jako inicjatywę sceniczną, naszym pierwszym przedstawieniem był „Saksofonista”, którego scenariusz napisał Jarek. Ten spektakl był wymieniony w 2001 r. w miesięczniku „Teatr” jako najlepsza adaptacja teatralna na scenie. Dostaliśmy wówczas za niego wszystkie możliwe nagrody, jakie można było zdobyć. Do tej pory pamiętam premierę tego przedstawienia – 20 czerwca, w dawnej restauracji Prohibicja, o godzinie 20.00. Ten spektakl jest od dwudziestu jeden lat cały czas wystawiany. Zagrałem go więcej niż 250 razy.


Wspomniałeś „Saksofonistę”. Czy w takim razie darzysz ten spektakl największym sentymentem?


Każdy darzę dużym sentymentem. Jednak „Saksofonista” pokazał mnie jako aktora, udowodnił, że ludzie mnie kupują, że jestem dobry na scenie. Utwierdził mnie w przekonaniu, żeby w tym wytrwać. Głównym powodem, dla którego robię teatr, jest dawanie ludziom radości i wzruszenia – to mnie w teatrze interesuje najbardziej. I dlatego wszystkie spektakle, które robię jako TEATR Wojtka Kowalskiego z Częstochowy, mają nutę humoru. Sam nie jestem ponurakiem i dlatego nie chciałbym robić teatru, który byłby żałobny, depresyjny, przygnębiający.


Trochę już odpowiedziałeś na moje kolejne pytanie – jakie emocje wiążą się dla Ciebie z teatrem?


Dla mnie teatr ma wywoływać radość, być optymistyczny. Oczywiście drugie dno też jest ważne, bo to nie jest tak, że robię kabaret - zresztą moim zdaniem kabaret w Polsce skończył się kilkanaście lat temu. Drugie dno było ważne, gdy robiłem „Porady dobrego wojaka Szwejka”, potem „3xtak Rudnicki”, „Homosovieticus” itd. W moim teatrze autorskim Janusz Rudnicki jest zresztą postacią bardzo ważną jako autor. Uważam go za jednego z najważniejszych współczesnych polskich pisarzy i jego teksty często pojawiają się w moich spektaklach, choćby w ostatnim „Uwolnić słowa – MIŁOŚĆ”. A piosenki napisał tu Janusz Jano Mielczarek. Wspominam o nim, bo to on zainspirował mnie do stworzenia spektaklu, który obecnie przygotowuję na podstawie prozy Bohumila Hrabala. Mam z tego niesamowitą frajdę. Tworzę TEATR Wojtka Kowalskiego z Częstochowy z Olą Nykowską, która robi scenografię, ale jest też moją muzą i świetlikiem, a prywatnie partnerką. Mam więc takie rodzinne wsparcie. Razem tworzymy tę teatralną rzeczywistość.


W Teatrze From Poland zainicjowałeś też Ogólnopolski Przegląd Monodramów „42-200 MONODRAM”.


Tak, odbyło się trzynaście edycji tego przeglądu. Opierał się na prostej zasadzie, że co roku pisałem na niego projekty i pozyskiwałem pieniądze. Przegląd miał formę konkursu. Było jury, które składało się z osób dobrze znających się na teatrze. Monodramiści przyjeżdżali z całej Polski i prezentowali swoje spektakle. Przyznawaliśmy zawsze tylko jedną, główną nagrodę pieniężną w wysokości kilku tysięcy złotych. W ten sposób jesienią każdego roku do Częstochowy przyjeżdżali naprawdę dobrzy aktorzy i była publiczność, która na to czekała. Myślałem, żeby do tego wrócić, wskrzesić ten przegląd.


Wracając do Twojego teatru autorskiego – czy jest jakaś rola, która jest dla Ciebie zarówno największym marzeniem, jak i wyzwaniem?


Na chwilę obecną jest to rola młodego Hrabala, który opowiada o swoim dzieciństwie. Przez cały spektakl będę się wcielał w rolę dziecka. Ale to jest tak, że każda kolejna rzecz, którą decyduję się robić, jest dla mnie ważna. I im jestem starszy, tym więcej od siebie wymagam. Po sukcesie spektaklu „3xtak Rudnicki” myślałem, że to już jest wszystko. Gdy zacząłem robić „Homosovieticusa”, poprzeczka poszła jeszcze wyżej i tak samo stało się przy „Uwolnić słowa – MIŁOŚĆ”. Każdy kolejny spektakl jest wyzwaniem, bo staram się, żeby był lepszy od poprzedniego. Uwielbiam patrzeć na publiczność zza kulis – jak wchodzą i jak wychodzą ze spektaklu zmienieni.


A czy masz swoją metodę pracy z tekstem, ciałem?


Na pewnym etapie zawsze pracuję z kamerą i rejestruję to, co gram, a później się oglądam. Dużo podpowiada mi też Ola. Ona zna te wszystkie spektakle i czuwa nad tym, żebym „nie grał” poprzednimi postaciami. Jeżeli tekst jest już opanowany, zaczyna się praca z ruchem, muzyką, światłem. Wszystko razem musi „siedzieć”. Zwykle czuję, że to już dojrzało. Najkrócej spektakl przygotowywałem trzy miesiące, a najdłużej rok. Chcę, żeby premiera była czymś, co mnie satysfakcjonuje i z czego mam frajdę.


Czy po tylu latach na scenie masz jeszcze tremę?


Tak, mam. Mam problem polegający na tym, że jak już zagram premierę, to mam straszną kluchę w gardle, wzruszam się nieprawdopodobnie, nie jestem w stanie nic powiedzieć. Bo ze mnie jest jednak trochę wrażliwiec. Bardzo przeżywam to, co robię. Przez 30 lat, które jestem na scenie, wszystko podporządkowałem teatrowi. Przez pandemię mam bardzo ciężki czas – jestem niczym tygrys w klatce. Udało mi się w tym czasie zagrać jedynie dwa razy, ale tylko do kamery, bez publiczności. Dlatego strasznie tęsknię za sceną i za tym, żeby zagrać dla ludzi.


full-teatralna_wspolnynaglowek.jpg