Aktorka Magdalena Cielecka przed mikrofonem
7/2021

Pobierz PDF

Gotowa na wszystko

Aż trudno uwierzyć, że Magdalenę Cielecką oglądamy na ekranie już od ponad 25 lat. Wszystko zaczęło się od filmu Barbary Sass „Pokuszenie” i nagrody na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Od tamtego czasu Magdalena Cielecka wciąż jest aktorką poszukującą w swym zawodzie różnorakich odcieni i niestroniącą od zmiany wizerunku.


Magda Fijołek: Aktorzy zgodnie mówią, że po lockdownie mają dużo energii twórczej, czy tak też jest w Pani przypadku?


Magdalena Cielecka: Trzeba rozróżnić teatr i plan filmowy, ponieważ rzeczywiście w teatrze praktycznie nie mogliśmy grać przez cały okres pandemii. Były takie malutkie „okna pogodowe” - jak ja to nazywam - i wtedy można było zagrać kilka spektakli. Mogliśmy co prawda prowadzić próby, ale nie zawsze miało to sens, bo sytuacja była dynamiczna i zmieniała się z miesiąca na miesiąc. Do teatru rzeczywiście wracamy bardzo stęsknieni sceny, publiczności, wspólnego grania spektakli, ale także spotykania się po nich. Byłam też spragniona teatru jako widz i teraz mogę ponownie zasiąść na widowni, a to sprawia wielką przyjemność. Natomiast plany filmowe nie były w zastoju pandemicznym, choć oczywiście praca na nich toczyła się w różnych konfiguracjach i w różnym rytmie. Ja sama zrobiłam w tym czasie dwa sezony serialu „Chyłka”. Można zatem powiedzieć, że byłam mocno zajęta, choć muszę przyznać, że jestem bardzo stęskniona kinowej fabuły.


Właśnie, ostatni film pełnometrażowy, w którym Pani zagrała, to „Ciemno, prawie noc” z 2019 roku. Czy teraz możemy się spodziewać jakiejś nowej produkcji z Pani udziałem?


To jest bardzo niewygodne pytanie, bo nie mogę mówić o filmach, które nie są jeszcze w produkcji. Jeśli jednak wszystko pójdzie dobrze, to wkrótce zacznę pracę nad trzema projektami filmowymi. Proszę trzymać kciuki, aby przynajmniej jeden z nich udało się zrealizować. Porozmawiajmy zatem o produkcji serialowej, która zdobyła ostatnio dużą popularność wśród widzów.


Pani chyba także lubi rolę Chyłki...


Rzeczywiście lubię tę postać. Czuję, że do niej pasuję, że w jej przypadku nie robię nic na siłę, niczego nie udaję. Choć w moim zawodzie z tym lubieniem postaci bywa różnie - można lubić pracować nad rolą, a samą postać niekoniecznie darzyć sympatią. Można też lubić postać, a nie lubić nad nią pracować, bo nastręcza kłopotów lub tryb pracy jest niewygodny, niewdzięczny. We wrześniu wchodzę na plan piątej i ostatniej dla mnie odsłony Chyłki. Rozstaję się z tą postacią dla higieny psychicznej, dla własnego rozwoju i płodozmianu. Wydaje mi się, że dużo Chyłce dałam i ona mnie też, ale energia po obu stronach jest już na wyczerpaniu, wiec teraz każda z nas musi już iść w swoją stronę. Obiecuję jednak, że w tej ostatniej dla mnie serii dam z siebie wszystko.


Widzowie będą pewnie zawiedzeni, że to koniec. Tym bardziej, że w serialu czuć ekranową chemię pomiędzy Panią a Filipem Pławiakiem czy Jakubem Gierszałem. Wygląda na to, że jest to udana współpraca...


Tak, super się z nimi gra. Są bardzo różni, grają różne postacie, jednak wszyscy jesteśmy bardzo dobrze skonfigurowani. Jeśli chodzi o Filipa Pławiaka - już na zdjęciach próbnych coś między nami kliknęło. Mogę o nas powiedzieć, że jesteśmy samosprawdzającym się duetem. Co ciekawe, nigdy razem nie pracowaliśmy. Chociaż - tu anegdotka – Filip przypomniał mi, że zagrał malusieńką rolę w „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego, gdzie jako młody kleryk podawał mi kawę, czego w ogóle nie pamiętałam. Jeśli natomiast chodzi o Kubę Gierszała, to spotkaliśmy się już wcześniej na planie: w „Moralności Pani Dulskiej” i w „Najlepszym”. Poza tym znamy się z Kubą prywatnie, więc między nami też nie było żadnych barier do pokonania. Uważam, że jest on w tym serialu świetnie obsadzony, bo gra zło o pięknej i niewinnej twarzy.


W Pani rolach serialowych przeważają postacie zimnych blondynek. Domyślam się, że nie lubi Pani takiego szufladkowania i stąd poszukiwanie w fabule innych typów charakterologicznych.


To jest nasze oczywiste zadanie, aby nie dać się włożyć w szufladkę i zamknąć na kluczyk. Chociaż oczywiście jest to też część tego zawodu, szczególnie kiedy zagramy jakąś rolę wiarygodnie. Od razu jesteśmy wtedy sklasyfikowani jako taki, a nie inny typ. My, aktorzy o tym wiemy i świadomie korzystamy z warunków, którymi obdarzyła nas natura. Jednak każdy poszukujący aktor chce się zmierzyć z innymi kolorami samego siebie. Tylko w ten sposób można się rozwijać, zaprzeczając z góry narzuconemu wizerunkowi. Choć oczywiście najczęściej dostajemy role po literze. Nie unika Pani też zmiany wizerunku fizycznego. W filmie Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne Kobiety” jest Pani zniszczona życiem, zaniedbana, wręcz odrażająca, z kolei w „Najlepszym” jest kobietą przysadzistą. Dla mnie jest to świadome wchodzenie w postać tak, żeby widz w nią uwierzył. Nie chodzi o to, że mam ambicję czy ochotę pokazać się z innej strony. Każdy myślący i kreatywny aktor marzy o tym, żeby zawsze być jak najbliżej postaci. Nie ma też nic przyjemniejszego, bardziej kręcącego, niż zagrać - tak jak Pani mówiła - nieatrakcyjną, zaniedbaną kobietę, a potem pokazać się na premierze tego samego filmu w atrakcyjnej odsłonie. Można wtedy pokazać, że rola jest rolą, a my, aktorzy prywatnie jesteśmy kompletnie inni.


Nie wszystkie aktorki tak daleko się posuwają w zmianach wizerunku fizycznego w filmie...


Życzyłabym sobie więcej takich możliwości zmian. Dziwię się tym aktorkom, które tego nie robią i wyglądają w każdej postaci tak samo. Są jednak i takie, które się tego kompletnie nie boją: Agata Kulesza, Kinga Preis, Agata Buzek, Dorota Kolak. Inspiruje mnie to.


Czasami przy okazji którejś z amerykańskich premier ujawnia się, że w ramach przygotowań do roli aktor musiał przebywać w jakimś obcym dla siebie środowisku. Czy Pani też tak robi, czy w kreowaniu roli kieruje się raczej wyczuciem?


To zależy, jaki to film - czasami wystarczy wyczucie, tak jak Pani powiedziała i wejście mentalne, ale czasami trzeba coś przećwiczyć. Już nie mówię o sytuacjach, kiedy czegoś nie umiemy - ja na przykład musiałam nauczyć się nurkować na potrzeby „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego. Z wodą jestem trochę na bakier, a w filmie była scena, że ratuję synka z podwodnych głębin. Musiałam się tego nauczyć i było to dla mnie dosyć trudne zadanie, ale zrobiłam to. Kiedy mówi Pani o przebywaniu w obcym dla siebie środowisku i wspomina o „Pitbullu”, to rzeczywiście przed tą pracą spędziłam weekend w Ostrowi Mazowieckiej, przez trzy noce z rzędu patrolując z policjantami tamtejsze ulice. Muszę powiedzieć, iż naoglądałam się wtedy takich rzeczy, że naładowałam tak zwany skarbczyk aktorski na kilka innych ról. To doświadczenie było nie do przecenienia – świat, jaki zobaczyłam, ogromne spektrum ludzkich zachowań i losu


Wracając do samych filmów - ma Pani ich na koncie bardzo dużo. Czuje się Pani aktorką rozchwytywaną? Reżyserzy składają Pani propozycje, czy też musi się Pani starać o rolę?


Raczej dostaję propozycje bezpośrednio od reżyserów. Jednak dzisiejsza sytuacja branżowa wygląda w ten sposób, że i tak idzie się na zdjęcia próbne. O tym, czy dana propozycja castingowa reżysera
przejdzie, decyduje szereg ludzi na różnych szczeblach. Mnie samej także wielokrotnie zdarzało się odmówić przyjęcia jakiejś propozycji, z różnych względów. Zawsze jednak na końcu jest moja decyzja:
czy biorę w czymś udział, czy jest mi z tym nie po drodze .


Powróćmy do początków Pani kariery w filmie. Miała Pani bardzo dobry debiut w „Pokuszeniu” Barbary Sass. Została Pani za tę rolę nagrodzona Złotymi Lwami. Zdradzi Pani tajemnicę pracy z tą reżyserką na planie filmowym? Miała Pani już wtedy poczucie, że to będzie aż tak ważny film?


Nie wiedziałam, czym jest film i czego mogę się po nim spodziewać. Byłam kompletnie zielona i to było ogromne wyzwanie. Niósł mnie wtedy raczej brak świadomości. Ryzyko obsadzenia w jednej z głównych ról kogoś kompletnie świeżego było po stronie reżyserki i po stronie producentów. Barbara znana była z tego, że do swoich filmów lubiła odkrywać nowe twarze, że nie sięgała po znane aktorki. Oczywiście na początku strasznie się bałam, poddałam się jednak całkowicie władzy, sugestiom i prowadzeniu przez Barbarę. Pierwsze dni na planie były jak nauka jazdy na rowerze, a potem samochodem. Byłam prowadzona za rękę, zapoznawana z technologią planu zdjęciowego, uczyłam się, jak się zachowywać, jak pracować z kamerą. Jednocześnie czułam się akceptowana, wiedziałam, że nie ma wątpliwości co do tego, że to jestem ja. Te trzydzieści dni ochrzciło mnie i spowodowało, że przeszłam poligon doświadczalny. W żadnej szkole filmowej czy teatralnej nie miałabym szansy tyle się nauczyć, co u Barbary.


Przeglądając Pani dorobek filmowy, niewiele znajdziemy ról w komediach romantycznych. Unika ich Pani, czy nie otrzymuje takich propozycji?


Zagrałam w „Zakochanych”, pierwszej polskiej komedii romantycznej i - można powiedzieć - rozpoczęłam ten cykl. To mi wystarczy. Kolejne odsłony komedii romantycznych, które się pojawiają, już mnie nie interesują. Ale nie zamykam się, życzyłabym sobie zagrać w jakiejś fajnej komedii romantycznej – takiej, jakie się ogląda w zagranicznych produkcjach. Natomiast do tej pory nic mnie nie porwało na tyle, żeby poświęcić temu czas i energię.


Ostatnio wzięła Pani udział w nietypowej produkcji, wielokrotnie nagradzanej animacji „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Jak doszło do Pani udziału w tym filmie? Wiadomo, że pojawiają się tam głosy nieżyjących twórców np. Andrzeja Wajdy, Ireny Kwiatkowskiej, których kwestie były specjalnie dopasowywane. Jak było w Pani przypadku?


Mariusz Wilczyński, tworząc ten film przez wiele, wiele lat, sukcesywnie zapraszał do zagrania głosem poszczególnych ról osoby, które mu energetycznie pasowały do danej treści. Wymarzył sobie Andrzeja Wajdę, Irenę Kwiatkowską, potem obsadził Krystynę Jandę, Andrzeja Chyrę, Maję Ostaszewską - zrobił po prostu obsadę do wykreowanych przez siebie historii i postaci. Parę lat temu zadzwonił
również do mnie z taką propozycją. Zrobiliśmy nagranie, a później nawet o tym filmie zapomniałam. Minęło ładnych parę lat i teraz, gdy go zobaczyłam, byłam urzeczona! Film zrobił na mnie ogromne wrażenie, bardzo mnie wzruszył. Jest dla mnie skończonym dziełem artystycznym i jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam wziąć w nim udział.


Zajmuje się Pani także dubbingiem. To zupełnie inny rodzaj gry aktorskiej. Dla Pani to zabawa czy ciężka praca?


Dla mnie raczej ciężka praca. Muszę powiedzieć, że nie jestem jakąś wielką admiratorką dubbingu. Czasami rzeczywiście go robię, najczęściej jestem głosem albo Angeliny Jolie, albo Cate Blanchett, co mi oczywiście bardzo schlebia. Wolałabym jednak osobiście grać role, które one dostają, a nie tylko je dubbingować. Dubbing polega na tym, że gra się trochę pod kogoś i wchodzi się wtedy w nie swoje buty. Trzeba naśladować sposób grania, temperament, artykulację i energię tych aktorek, ale dużo mocniej, co mi trochę przeszkadza. Gdybym grała to w żywym planie, robiłabym to nieco delikatnej.


Utrzymuje Pani kontakt z Markiem Ślosarskim, który przygotowywał Panią do egzaminów na studia?


Tak. I zawsze z ogromną przyjemnością oraz wdzięcznością mówię, że mój sukces na egzaminach wstępnych do szkoły teatralnej to jest absolutnie jego zasługa. Gdyby nie on, nie rozmawiałybyśmy teraz.


fot. Adam Golec


full-GRAFIKA_NA_KONIEClipiec.jpg