Twórca dokumentów Krzysztof Kasprzak
7/2021

Pobierz PDF

CHCIAŁBYM, ŻEBY LUDZIE, WYCHODZĄC Z KINA, BYLI UŚMIECHNIĘCI...

Rozmawiamy z Krzysztofem Kasprzakiem - szefem wytwórni Kas Film, filmowcem, dokumentalistą, autorem cyklu filmów dokumentalnych o historii Częstochowy.


Sylwia Góra: Skąd ta fascynacja Częstochową? Lubi Pan to miasto, jest Pan lokalnym patriotą?


Krzysztof Kasprzak: Tak, lubię. Jestem zakochany w Częstochowie. Co prawda, nie urodziłem się tutaj, przyjechałem z Dzierżoniowa, ale mój tata pochodzi spod Częstochowy. Spędziłem tu dzieciństwo, tu była moja szkoła średnia, studia wyższe. I wszystko to dobrze wspominam, nie było złych rzeczy. Dlatego przywiązałem się do naszego miasta i dlatego robię filmy historyczne o Częstochowie. Najpierw zacząłem zbierać widokówki, potem robiłem zdjęcia miejsc, które powoli znikały, na przykład burzonych kamienic czy domów. Od tego się zaczęło. Później zacząłem robić filmy dla telewizji RTL7, Telekuriera i tam były często potrzebne materiały archiwalne, które były nieosiągalne. Działo się to na przełomie 1989 i 1990 roku. Wcześniej przy wielu uczelniach i zakładach pracy działały grupy filmowe, a ponieważ były już kasety VHS, to te stare filmy ludzie wyrzucali, a ja zacząłem je zbierać. Czasem udało mi się je gdzieś kupić czy wyprosić i dzięki temu zdobywałem materiały. Teraz mam swoją własną filmotekę. Warto byłoby to wszystko przegrać, zeskanować. Rozmawiam z instytucjami, które mogłyby to przejąć, ale na razie nie ma wielkiego zainteresowania. Liczę trochę na złożony na Uniwersytecie im. Jana Długosza projekt, który ma na celu digitalizację archiwów. Wówczas byłyby to materiały dostępne dla wszystkich.

Kilka lat temu odebrał Pan na Festiwalu Filmów Optymistycznych Multimedia Happy End honorową Złotą Rybę – nagrodę za całą dotychczasową działalność. Czy coś się od tego czasu zmieniło?


Nadal robię filmy (śmiech). Oczywiście każda nagroda cieszy, podbudowuje, motywuje do dalszej pracy i zachęca do planowania. I ja tych planów mam bardzo dużo, ale z realizacją jest trochę gorzej, bo nie ma na to finansów. Pozyskujemy sponsorów, lecz teraz jest o to jeszcze trudniej.


Opowiada Pan o mieście, które w świadomości większości osób to w zasadzie tylko Jasna Góra. Pan odkrywa je na nowo, nie tylko dla mieszkańców, ale też dla turystów, ludzi spoza Częstochowy. Jakie było i jest nasze miasto w pańskim obiektywie?


To zależy, dla kogo robię film, bo każdy film tworzy się dla konkretnych odbiorców i trzeba się nad tym zastanowić. Kiedy wybieramy widza, wiemy jak kręcić, jak robić zdjęcia. Dwanaście lat temu zrobiłem „Spacer po Częstochowie” z Piotrem Machalicą i to był film dla osób z zewnątrz, które nie znają miasta, a nie dla częstochowian. Akurat Piotr Machalica został dyrektorem artystycznym Teatru im. Adama Mickiewicza, więc nadarzyła się okazja, aby zaprosić go do współpracy. Film cieszył się popularnością, sprzedał się w dziesięciu tysiącach egzemplarzy i został przetłumaczony na pięć języków. Była to promocja Częstochowy dla człowieka z zewnątrz. Natomiast filmy historyczne o Częstochowie są kierowane raczej do mieszkańców naszego miasta. Teraz chciałbym zrobić film „Z przewodnikiem po Częstochowie”, ale nie bardzo wiem, do kogo go kierować. Chciałbym bowiem wnieść coś nowego, a nie powtarzać to, co już wiemy. Mam z tym pewien problem, dlatego jest to jeszcze projekt na etapie planów.


Traktuje Pan swoje filmy trochę jak przewodniki po mieście?


Tak, przewodniki historyczne. Kupują je zresztą mieszkańcy miasta, którzy chcą poznać lepiej jego historię, ale także osoby mieszkające za granicą, związane w jakiś sposób z Częstochową. Teraz mieszkają np. w Anglii czy USA, ale pamiętają miasto z lat dziecięcych czy młodzieńczych i chcą tę swoją pamięć zestawić z historią. Tutaj mamy dekadę ukazaną w ciągu, powiedzmy, pół godziny, więc pokazujemy tylko najciekawsze czy najważniejsze wydarzenia. Natomiast zachęcamy przez te filmy do tego, aby sięgnąć po książki. Jest dużo opracowań historycznych, są „Almanachy Częstochowy”, gdzie można pogłębić temat, który kogoś zainteresuje.


Jak jest z materiałem filmowym? Czy opowiadając o Częstochowie z lat wojennych, a potem z kolejnych dekad: lat 50., 60., 70., 80., 90. XX w., musiał Pan dokonywać selekcji, czy raczej widział jakieś miejsca, tematy, które pozostaną nieopowiedziane?


Mnie interesują przede wszystkim materiały filmowe, ale podpieram się też oczywiście zdjęciami, bo tych materiałów filmowych niestety nie ma aż tyle. Im głębiej wchodzi się w historię, tym jest ich mniej. Do filmu, który chcę zrobić teraz, w ogóle ich nie ma. To Częstochowa z okresu od roku 1220 do czasu zaborów. I jakoś trzeba sobie będzie z tym poradzić. Pomaga nam Filmoteka Narodowa, udostępniając swoje materiały o Częstochowie. Zdjęć jest zwykle dość dużo. Robiąc filmy o wojnie, miałem kilka tysięcy zdjęć i wtedy musiałem wybierać.


A jak zmieniała się Częstochowa przez kolejne dekady? I czy, a jeśli tak, to jak zmieniało się Pana spojrzenie na miasto?


Zmieniała się zarówno Częstochowa, jak i moje spojrzenie na nią. Kiedyś odbył się pokaz wszystkich moich filmów o Częstochowie pod rząd i wtedy było to najwyraźniej widać. Nadmienię, że nie kręciłem tych filmów według kolejności. Plan zakładał trzy filmy: Częstochowa przedwojenna, w czasie wojny i powojenna. Ta koncepcja się jednak zmieniła. Miałem duży materiał filmowy dotyczący roku 1962, więc zrobiłem film o tym konkretnym roku. To się ludziom spodobało, bo lata 60. XX w. były pełne optymizmu, powstawały nowe miejsca, było coraz więcej imprez. Po premierze zaczęły się pojawiać pytania o inne, kolejne lata. Miałem sporo materiałów z amatorskich klubów filmowych z lat 70., więc to był kolejny okres, a potem dalej: lata 80. i 90. XX w. Dopiero później wróciłem do lat 60. i zrobiłem już całą dekadę, lata 50. XX w. i okres międzywojenny oraz lata 1939-1945. Żeby zamknąć historię, został nam film o Częstochowie od roku 1220 aż do czasów zaborów. Ukazać pięćset lat w pół godziny będzie trudno, ale dużą rolę odegra tu animacja komputerowa. Chcemy pokazać, jak wyglądał Stary Rynek, Rynek Wieluński, jak powstawała Jasna Góra. Scenariusz filmu już jest, bo przed śmiercią zdążył go napisać Zbisław Janikowski, ale koszty produkcji są bardzo duże. Zostanie jeszcze do zrobienia film o Częstochowie pod zaborami i w latach 1945-1950. I wtedy już naprawdę będzie wszystko. Choć jest jeszcze pomysł, żeby wziąć na warsztat okres 2000-2010, ale nie wiem, czy to nie jest zbyt współczesne.


Rozumiem, że woli Pan patrzeć z dalszej perspektywy? Tylko wtedy możnazobaczyć więcej, z dystansu czasowego?


Robię filmy pod kątem widza, więc jeżeli będzie zainteresowanie, to ja zrobię taki film. Moja postawa jako twórcy wobec miasta jest cały czas taka sama. Pokazuję to, co się działo, nie ubarwiam, staram się nie komentować, pewne rzeczy zostawiam widzowi. Oczywiście z perspektywy lat widać, kto i jak rządził tym miastem – lepiej czy gorzej, czy Częstochowa się rozwijała czy nie, a to pozwala wyciągać
pewne wnioski na przyszłość.


Ile osób pracuje przy produkcji filmu i jak długo to tak naprawdę trwa?


Zaangażowanych jest dużo osób, zawsze wymieniamy je w napisach końcowych. Teraz robimy film na 50-lecie Uniwersytetu im. Jana Długosza i tu też pracuje spory zespół. Na przykład za scenariusz odpowiadali Tadeusz Piersiak, Marek Makowski i ja. Przygotowanie filmu trwa czasem kilka miesięcy, ale potrafi też zająć parę lat. Wszystko zależy od materiału. Jeżeli są to materiały filmowe, jest to łatwiejsze, przy zdjęciach trwa to dłużej, bo trzeba je „ożywić”. Trzeba też dodatkowo przygotować dźwięk, muzykę, do tego lektor. Teraz szukamy animatora, który zająłby się animacją w filmie o Częstochowie od roku 1220 do zaborów; najlepiej, żeby był z naszego miasta.


Czy ma Pan poczucie, że w ostatnich latach wzrosło zainteresowanie historią lokalną czy rodzinną?


Tak, ludzie często zaczepiają mnie i oferują swoje rodzinne zdjęcia sprzed dekad i jeżeli jakiś film jest w planach, to bardzo często korzystamy z takich materiałów. Ludzie coraz chętniej szukają swoich korzeni i są takie możliwości, bo wiele rzeczy można znaleźć cyfrowo, korzystając z internetu.


Udało się Panu w ten sposób natrafić kiedyś na prawdziwą perełkę, skarb filmowy?


Tak, znalazłem film z 3 maja 1927 r., zrealizowany przez braci Krzemińskich, którzy mieli kamerę, swoje kino i kręcili kroniki miejskie, wyświetlane w kinie przez tydzień. Tych kronik było bardzo dużo, ale niestety zachowało się tylko kilka i ja znalazłem jedną z nich. Była w idealnym stanie, zeskanowaliśmy ją, ale uważam, że takie perełki powinny być w Filomotece Narodowej. Oczywiście takie znaleziska bardzo cieszą. Jest też w Yad Vashem inny film braci Krzemińskich, z otwarcia szpitala na Zawodziu, który próbuję ściągnąć do nas właśnie przez Filmotekę Narodową.


A jak Pan sobie radził w czasie pandemii? Widziałam, że chętnie dzielił się Pan filmami w mediach społecznościowych w ramach cyklu „Kino domowe”.


Tak, był też na to spory odzew. Oglądalność była różna – od kilkuset do kilkunastu tysięcy wyświetleń. Dużą popularnością cieszył się na przykład film o Marku Perepeczce.


No właśnie. Oprócz kronik, dokumentów interesują Pana jeszcze inne obszary filmowe?


Mam w planach fabułę, ale oczywiście wiąże się to z dużymi kosztami. Chciałbym wyprodukować taki film, nawet nie muszę być reżyserem, bo chyba bym się tego trochę bał. Oczywiście trzeba zacząć od dobrego scenariusza, którego cały czas szukam. Chciałbym, żeby to był film z humorem, żeby nieco podnieść ludzi na duchu. Sam nie robię filmów, które dobijają, dramatów. Chciałbym, żeby ludzie, wychodząc z kina, byli zadowoleni. Akcja oczywiście osadzona byłaby w Częstochowie.


fot. Janusz Mielczarek

full-GRAFIKA_NA_KONIEClipiec.jpg