Aktor Sambor Czarnota
7/2021

Pobierz PDF

AKTOR ZE SPORTOWYM ZACIĘCIEM

Magda Fijołek: Czemu aktor, a nie koszykarz?


Sambor Czarnota: Dobre pytanie (śmiech). Z perspektywy czasu mogę z całą pewnością powiedzieć, że gdybym nie został aktorem, poszedłbym w sport. W wieku 44 lat wciąż daje mi o sobie znać gen sportowca. Jednak, kiedy podejmowałem decyzję, w jakim kierunku podążać w życiu, posłuchałem mojego taty, który zawsze był i jest dla mnie autorytetem. Powiedział: „W sporcie możesz złapać kontuzję, to ryzykowny wybór.” I w ten sposób zostałem aktorem, zamiast pójść na prawo, medycynę, ekonomię - choć tacie pewnie o to chodziło (śmiech).


Wspomniał Pan, że koszykówka jest wciąż obecna w Pana życiu...


Tak, to prawda. Zawsze mam piłkę w bagażniku swojego samochodu. Kiedy jadę na plan filmowy, a mam zapas czasu i widzę po drodze boisko do koszykówki, to staję, aby trochę porzucać.


Musi Pan przyznać, że i aktorstwo, i sport mają wspólny mianownik – ryzyko. Czyżby lubił Pan być ryzykantem?


W życiu wyznaję zasadę: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jednak ryzyko podejmuję w granicach przyzwoitości. Pewnie dlatego postanowiłem spróbować sił w reżyserii. Po latach grania stwierdziłem, że skoro już tyle wiem o pracy aktora, to trzeba spróbować stanąć po drugiej strony sceny.


I jak idzie?


Jestem pełen dobrej energii. Wydaje mi się, że lata doświadczeń aktorskich wpływają na moją pracę. Wiem, jak przekazać swoją intencję i jak motywować. Powtarzam moim kolegom aktorom i pozostałym członkom ekipy, że to jest nasze wspólne dzieło, że gramy do jednej bramki.


Czyli do jednego kosza?


Tak (śmiech).


Kiedy premiera?


Ja pracuję systemem sportowym (śmiech). Po dwóch miesiącach prób zabieram zespół poza Warszawę i tam mamy, jak ja to nazywam, obóz kondycyjno–przygotowawczy. Składamy spektakl ostatecznie: dodajemy scenografię, kostiumy, dźwięk. Po pięciu dniach takich prób kończymy wszystko małą premierą. Później jedziemy w trasę, aby aktorzy się rozegrali (czyli mamy mecze towarzyskie) i w listopadzie odpalamy główną premierę w Warszawie na Scenie Relax.


Ujawni Pan tytuł przedstawienia?


„La bombe”. To jest bardzo dobra obyczajowa sztuka - o kryzysie w związku i trochę o kryzysie wieku średniego. Niby jest to prosta historia, ale niezwykle wiarygodna i prawdziwa życiowo. Nasz widz może się z treścią sztuki identyfikować lub podpatrywać pokazany świat i czerpać coś dla siebie.


Rozumiem, jest Pan po czterdziestce, urodził się Panu syn...


Trochę tak. Bycie ojcem od trzech lat daje mi inny bagaż doświadczeń. Pokazuje, co jest w życiu ważne, a co mniej. Czasami niepotrzebnie przykładamy do czegoś za dużo wagi, a życie jest zbyt krótkie .


Co zmieniło się w Pana postrzeganiu zawodu aktora od momentu dostania się do szkoły aktorskiej?


Idąc do szkoły teatralnej, byłem totalnym żółtodziobem. 19-letnim chłopakiem, który szukał swojego miejsca w życiu. Kiedy nie dostałem się za pierwszym razem, myślałem, że jeśli nie uda się za kolejnym, to odpuszczę. Los sprawił jednak, że dostałem drugą szansę. A ponieważ jestem z tych ambitnych, to dawałem z siebie wszystko i w niczym nie odpuszczałem. Po drodze było sporo zakrętów, jak w każdym zawodzie, ale te zakręty uczyły mnie, jak wychodzić z trudnych sytuacji, pomagały wyciągnąć wnioski.


Powiedział Pan, że jest osobą ambitną. Czy stąd bierze się łączenie roli reżysera z zawodem aktora teatralnego, filmowego i serialowego oraz aukcjonera dzieł sztuki?


No właśnie. Próbuję zawodu na wielu polach. Wychodzę z założenia, że jeśli czegoś nie sprawdzę, nie będę wiedział, jak to smakuje. Pozostanie mi tylko asekuracja, a tej nie lubię.


A co ma najlepszy smak?


Najlepszy jest smak siebie w życiu. Siebie szczęśliwego i spełnionego.


A zawodowo?


Każde z działań w moim zawodzie, bo każde jest inne. Teatr ma swoje zalety, ponieważ jest na żywo, kurtyna idzie w górę i Orient Express rusza - zatrzyma się dopiero na końcowej stacji. Z kolei przed kamerami jest innego rodzaju mobilizacja. Filmu czy serialu czasami nie kręci się chronologicznie. Musimy wtedy pamiętać o konsekwencji w przebiegu psychologicznym postaci. To jest zupełnie innego rodzaju umiejętność.


Miał Pan ciekawy debiut filmowy. „Biała sukienka” spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem.


Do dziś, kiedy telewizja emituje ten film, docierają do mnie głosy, że ludzie to oglądają, że cenią sobie edukacyjny aspekt pokazywanej tam historii. Fajnie jest po tych 15 latach słyszeć, że ludzie do tego wracają. To miłe.


Jak Pan wspomina ówczesną pracę na planie? Był Pan wtedy na początku swojej drogi aktorskiej.


Wspaniale. To była główna rola. Inaczej myślałem o swoim zawodzie i życiu, nie miałem bagażu doświadczeń, który teraz posiadam. To było rzucenie się na bardzo głęboką wodę, musiałem całkowicie zaufać reżyserowi. Rola była mi bliska, ponieważ bohater był w moim wieku i był buntownikiem.


Każdy z filmów, w którym brał Pan udział, jest inny...


Rzeczywiście, jest komedia romantyczna, jest produkcja historyczna i biograficzna. Przy przyjmowaniu roli staram się, żeby było zróżnicowanie. Lubię zmianę. Oddaję każdej postaci całe serce, bez względu na to, czy są to czarne charaktery, czy też odwrotnie. Zawsze przepuszczam je przez swoją wrażliwość.


A praca na planie serialu „Leśniczówka”?


Lubię swojego bohatera, a także sam serial, bo mamy głównie plenery, nie ma sztucznych dekoracji. Ja osobiście lubię być na łonie przyrody, lubię jezioro, morze, góry. W serialu mam też fajny wątek z Jolą Fraszyńską, która jest utalentowaną aktorką. Jest między nami dobra energia. Traktujemy naszą grę bardzo serio.


Pana rodzimą sceną teatralną jest Teatr im. Jaracza w Łodzi.


To jest moja scena matka. Tu debiutowałem i dostałem pracę zaraz po studiach. Tu miałem okazję zagrać szereg ról we wspaniałych przedstawieniach: w „Romeo i Julii”, „Śmierci komiwojażera”, „Ożenku” i wielu innych. Jednak nie tylko tu grywam. Pojawiłem się na scenie w Częstochowie, gram we Wrocławiu, w kilku teatrach w Warszawie. Dla mnie jako aktora ważne jest miejsce, ale jeszcze ważniejsi są ludzie, z którymi się spotykam. Te zawodowe spotkania zawsze mnie wzbogacają. Bez względu na to, czy gram w dramacie, komedii czy w farsie. Dzięki takiemu zróżnicowaniu, wiem o sobie więcej jako o aktorze, jestem sprawniejszy warsztatowo.


Zauważyłam, że kilkakrotnie współpracował Pan z reżyserką Agatą Dudą-Gracz...


Tak, razem realizowaliśmy Gogola i Szekspira. To chyba oznacza, że dobrze się Państwu współpracuje. Tak, bardzo, chociaż nazwałbym to „szorstką przyjaźnią”. Ale nie w złym sensie, my się ze sobą ścieramy w kwestiach budowania roli i spektaklu. To zawsze wychodzi przedstawieniu na dobre. Nie lubię, gdy jest letnio w pracy, bo wtedy efekt na scenie jest letni. Wolę, jak współpraca jest twórcza i czuć, że rodzi się coś ciekawego - z Agatą tak mamy.


Widziałam Pana na scenie kilkakrotnie i - moim zdaniem - jest Pan prawdziwym zwierzęciem scenicznym...


Lubię na sobie poeksperymentować. Pomimo bagażu doświadczeń, wciąż szukam w sobie pokładów niewiadomej. Uważam, że nie jest wstydem poddawać w wątpliwość to, co robimy. Pamiętam, jak razem z Agatą, w „Ożenku” Gogola, na trzy godziny przed premierą dokonywaliśmy zmian w spektaklu. To było szaleństwo twórcze, ale wtedy w tym szaleństwie była metoda.


Z tego, co Pan mówi wynika, że wciąż jest Pan aktorem poszukującym i głodnym doświadczeń.


Zdecydowanie, inaczej musiałbym zrezygnować z tego zawodu. Rozmawiałem kiedyś z jednym ze swoich mistrzów - Januszem Gajosem. Zadałem mu pytanie: „Po tylu latach pewnie nie ma Pan już takiego stresu przy tworzeniu roli?”. Odpowiedział: „Mam jeszcze większy z powodu tych lat, bo mocniej przeżywam. Jeśli nie czułbym adrenaliny i poczułbym rutynę, to byłby pierwszy sygnał, żeby wycofać się z zawodu. Aktorstwo musi być żywe, aktywne, z pasją.” I ja pod tą myślą też się podpisuję.


full-GRAFIKA_NA_KONIEClipiec.jpg