Logo miesięcznika CGK

SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
Pisarz Łukasz Suskiewicz
8/2021

Pobierz PDF

ODPALIĆ MAKSIMUM ŁADUNKU

Łukasz Suskiewicz to prozaik, który ma na koncie trzy książki („Egri Bikaver”, „Zależności”, „Mikroelementy”), publikacje w wielu magazynach literackich oraz antologiach współczesnych polskich opowiadań. Rozmawiamy z nim o sile krótkiej formy, poszukiwaniu adekwatnego języka i relacji autor - czytelnicy.


CGK: Opowiadanie to Twoja ulubiona forma wyrazu. Najlepiej się w niej czujesz. Pewnie z kilku powodów.


Łukasz Suskiewicz: Opowiadanie to najbardziej niedoceniona forma w polskiej literaturze. Przykładowo w literaturze anglojęzycznej wygląda to inaczej. U nas opowiadanie sprawdza się w pismach literackich, ale jest traktowane jako „próbka” pisarska, a nie pełnowartościowa literatura. A tak się przewrotnie złożyło, że jest to forma, która mnie odpowiada najbardziej. Lubię na kilku stronach odpalić maksimum ładunku. Przekazać jedną, acz mocną, emocję. Wiąże się to też z samym procesem pisania – zaczynam mówić językiem narratora/bohatera, myśleć jak on, czuć jak on, i przerzucam – zwykle jednym ciągiem – jego historię na papier. Nie da się tak pisać powieści. Tylko opowiadania. Ale właśnie dlatego opowiadania są mocniejsze od powieści. Bardziej prawdziwe.


Nie ma pisania bez czytania. Co ostatnio było dla Ciebie taką pożywką lekturową, co Cię poruszyło?


Czytam chimerycznie i chaotycznie. Zwykle kilka pozycji jednocześnie. Niestety nie potrafię już czytać dla przyjemności, pozwolić prowadzić się tekstowi. Wszystko, co przeczytam, chcę wykorzystać. Przetworzyć to dla własnych potrzeb. Nie mówię o kopiowaniu, bo historie, które opisuję, są moje. Ale potrzebuję iskry, aby je wydobyć. Słowa, zdania, myśli. Właśnie takich iskier szukam w literaturze. To, co czytam jednocześnie, bywa skrajnie różne. Mogę czytać Huntera S. Thompsona i przeplatać Sebaldem albo Durrellem. Czasem myślę, że to przybiera niezdrowe rozmiary.


Jak bardzo skupiasz się na języku, tworząc prozę? Szukasz własnego stylu? Gdzie go znaleźć, zachowując czytelność przekazu?


Poszukiwania formalne są – moim zdaniem – konieczne. Literatura nie może stać w miejscu. Nie może być przezroczystym nośnikiem „fajnych” opowieści. Jako taka nie jest w stanie konkurować z nowoczesnymi nośnikami, takimi jak choćby seriale. Literatura musi poruszać struny, do których inne nośniki nie mają dostępu. Wykorzystać swoją intymność. Bo czytanie mimo wszystko jest bardziej intymne niż Netflix. Do tego potrzebne są poszukiwania formalne. Poszukiwanie języka adekwatnego do labilnej rzeczywistości.


Sporo w Twojej prozie gorzkich obserwacji, pesymizmu co do kondycji człowieka. Z czym ma pozostać czytelnik po lekturze? Chcesz wstrząsnąć odbiorcą, pomóc mu w przeżyciu swoistego katharsis?


W ogóle nie myślę o czytelnikach, kiedy piszę. Nawet nie wiem, czy są jacyś czytelnicy. Pisanie to moja frajda. Jest mi to potrzebne, żeby mieć wrażenie, że jednak robi się w życiu coś wartościowego, ciekawego. A pesymizm? Na pewno nie chcę opierać pisania na czarnym, przygnębiającym pesymizmie. Chciałbym, żeby było to pisanie zrównoważone, smutne i śmieszne jednocześnie. Tak postrzegam życie. I tak chcę pisać.


Pracujesz z różnymi bohaterami, wcielasz się w wielu bohaterów. Masz jakiegoś ulubionego, czy raczej wszystkich łączy pewna wspólna cecha?


Pani Bovary to ja, że zacytuję klasyka. Bohaterowie się różnią, czasami diametralnie, ale wszyscy – tak czy inaczej – pozostają mną. Jesteśmy złożonym konglomeratem emocji, myśli, pragnień. Każdego dnia jesteśmy trochę inną osobą. Czasami nie przypominamy samych siebie i, jeśli uda nam się wyjrzeć zza własnego ego, możemy to dostrzec. Tak powstają głosy moich narratorów – to różne wariacje mnie samego. Nawet jeśli piszę głosem zgorzkniałej kobiety albo zdemoralizowanego bandyty, to jest to nikt inny, tylko ja.


Poza pisaniem jesteś aktywnym uczestnikiem życia literackiego w Częstochowie, prowadzisz spotkania autorskie, bywasz jurorem Turnieju Jednego Wiersza. Jak postrzegasz literacko nasze miasto?


Jestem raczej introwertycznym i trudnym typem, więc nie funkcjonuję w żadnych grupach. Ale rzeczywiście chodzę na wspomniane przez Ciebie imprezy i bardzo cenię te spotkania oraz ludzi, którzy w nich uczestniczą. Mnie to dobrze robi, kiedy – raz na jakiś czas – pogadam o literaturze z ludźmi, których kręci to tak samo, jak mnie. A czasami na afterparty wytwarza się taki ferment intelektualny i dyskusje przybierają tak zaskakujące obroty, że wracam do domu uwznioślony. Ładuję w ten sposób baterie. To moja forma życia społecznego.


fot. Łukasz Kolewiński


full-literacka_czestochowa.jpg