Muzyk Krzysztof Niedźwiecki
9/2021

Pobierz PDF

Facet z gitarą opowiada historie

„Kiedy gram piosenkę, czuję czyjąś obecność i przeżywam coś, czego w żadnej innej sytuacji nie czuję” – opowiada Krzysztof Niedźwiecki, częstochowski gitarzysta i piosenkarz, dla którego scena to wyjątkowe miejsce spotkania.


Michał Wilk: Podobno gitara pojawiła się w Twoich rękach, kiedy byłeś małym dzieckiem... Zatem, jak to wszystko się zaczęło?


Krzysztof Niedźwiecki: To prawda. W latach osiemdziesiątych często wyjeżdżałem do byłej Jugosławii, gdzie w hotelach grał do tańca zespół mojego taty – Arka Band. Rodzice kupili mi plastikową gitarę. Wychodziłem na scenę i udając, że gram, wyginałem się do muzyki. Pamiętam, że popisowym numerem był „Johny B. Goode” w wersji Petera Tosha. Natomiast prawdziwą gitarę wziąłem do rąk w roku 1991, ponieważ chciałem nauczyć się grać „Cud niepamięci” Stanisława Sojki. Piosenka była w tonacji C-moll i dużo czasu zajęło mi, aby ją opanować. W muzyce spodobało mi się (dziś tak to rozumiem) to, że grając, nie byłem osamotniony i że przeżywałem coś, czego w żadnej innej sytuacji nie czułem. Podejrzewam też, że dlatego uczyłem się sam. W szkole muzycznej wytrzymałem rok. Pewnie byłem też potwornym leniem, ale na moim odejściu ze szkoły zaważyło głównie to, że na koniec roku odbywały się tzw. „popisy”. W samym słowie „popis” wietrzyłem podstęp i było to zaprzeczenie idei, jaka przyświecała (zresztą przyświeca do dziś) mojemu uderzaniu w sześć nylonowych strun.


Pierwsze poważne muzyczne kroki stawiałeś w zespole Habakuk.


Do Habakuka chłopaki zaprosili mnie w 1998 roku i od razu była trasa koncertowa po Wybrzeżu, a chwilę później nagranie pierwszej płyty pt. „Mniam mniam reggae”. Miałem duże szczęście, bo była to ekipa bardzo zgrana i zdecydowanie miała już swoją publiczność. Szkoła życia. No i przepadłem (uśmiech). Potem były kolejne płyty i wiele koncertów. Dzisiaj miło to wspominam. Bardzo dużo się wówczas nauczyłem, również jeśli chodzi o pracę w studiu. To dzięki Adasiowi Celińskiemu potrafię sam sobie nagrać demo piosenki, a także całkiem znośnie zmiksować nagranie w profesjonalnym studiu.


Zacząłeś występować na scenie jeszcze przed studiami, ale skończyłeś szkołę filmową, zarówno w Łodzi, jak i w Warszawie. Dlaczego?


Nieznajomość nut wykluczała jakiekolwiek studia muzyczne, natomiast najbliżej artystycznego nauczania (tak to nazwijmy) były właśnie te szkoły, o których wspominasz. Był jeszcze jeden dość pragmatyczny powód - po prostu groziła mi służba wojskowa. Nie muszę dodawać, że i wtedy, i dzisiaj uważam, że w wojsku oszalałbym. Czyli - mówiąc delikatnie – nie było to dla mnie. Przy czym muszę dodać, że dyplom otrzymałem tylko w tej warszawskiej, prywatnej szkole. Studia w łódzkiej Filmówce przerwałem przed czwartym rokiem.


Potem współpracowałeś z różnymi zespołami i artystami, a pewien zwrot w Twojej karierze przyniosła chyba piosenka autorska i współpraca z Andrzejem Grabowskim, prawda?


Piosenka „Jestem jak motyl” w wykonaniu Andrzeja Grabowskiego wylądowała na pierwszym miejscu listy przebojów kultowej Trójki i faktycznie dodało mi to wiary, że potrafię ułożyć utwór, którego chcą słuchać ludzie. Piosenka powstała z dużym udziałem pana Bogusława Chraboty i Marcina Lamcha. Niemniej sam tzw. chwytliwy refren powstał w mojej głowie. Na podstawie tego delikatnego sukcesu napisałem dla Andrzeja dwie płyty. W sumie kilka utworów wyszło nam całkiem nieźle. Była też ładna piosenka napisana dla Hanny Banaszak „Może to sen”. Hania śpiewa ją do dziś, o czym wiem ze stron ZAiKS-u (uśmiech).


Z czasem jednak postawiłeś na karierę solową. Wolisz samemu „grać i śpiewać piosenki”?


Nie tyle „postawiłem na karierę solową”, co po prostu powolutku działam w temacie wykonywania piosenek w stylu wczesnych bluesmanów. Samotny facet z gitarą opowiada jakieś historie. Zagrałem wiele takich koncertów i wiem, że są ludzie, którzy – podobnie jak ja - widzą w tym sens. Jak już wspominałem, kiedy gram piosenkę, czuję czyjąś obecność. Trudno to wytłumaczyć. Granie solówek wydaje mi się wstydliwe i niepoważne, a w kwestii solowych koncertów z pewnością chcę się rozwijać.


W Twojej biografii ważnym elementem jest też animacja kultury – byłeś zaangażowany w działalność Klubu Zero w Częstochowie. Jak z tej perspektywy patrzysz na swoją karierę?


Jeśli mam być zupełnie szczery, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że prowadzenie klubu – najdelikatniej mówiąc – nie zgadza się z moją wrażliwością. Niemniej miło wspominam dziesiątki koncertów, które zorganizowałem. Lubię to miasto i tutejszych ludzi, więc był to fajnie spędzony czas – mam na to dowody. Nauczyłem się być w tłumie, choć wolę pianie koguta i natury ciszę (śmiech).


A jak z tej perspektywy wygląda obecna Częstochowa?


W ciągu ostatnich lat pewnie wiele się zmieniło. Na pewno zmienił się mój stosunek do Częstochowy. Dzisiaj uwielbiam tu być. Uważam, że mamy wspaniałych artystów w każdej dziedzinie. Jeśli tylko my sami potrafimy nadać sens pewnym sytuacjom i zdarzeniom, to można tutaj bardzo treściwie żyć. Może mnie jest łatwiej tak mówić, bo bardzo dużo jeżdżę po Polsce. Ekonomicznie niekoniecznie jest najlepiej, ale na tym się kompletnie nie znam. Kumaci ludzie, którzy nas odwiedzają, lubią tu przyjeżdżać.


Spędziłeś już ponad 20 lat na scenie muzycznej. Jesteś gitarzystą, właściwie multiinstrumentalistą, wokalistą, tekściarzem, zajmujesz się wieloma dziedzinami… Są przed Tobą jeszcze jakieś obszary artystyczne, które chcesz zbadać?


Mój plan jest taki, że codziennie staram się uczyć nowych piosenek, napisać jakiś wers swojej myśli, dodać melodię. Nie chcę zbyt wybiegać w przyszłość, bo pandemia pokazała, że „wszystkie plany tak niewiele znaczą”. Na pewno chcę grać solowe koncerty, z czasem poszerzając skład o dwóch, trzech muzyków, ale cały czas w konwencji „polskiej piosenki z tekstem”. Lubię wynajdywać w polskiej bogatej bazie piosenek coś, co mogę przez siebie przepuścić i nadać temu jakiś przefiltrowany przeze mnie sens. Dziwnie mi się o tym mówi, w sumie nie umiem tego nazwać. Chcę szukać ludzi, którzy chcieliby tego posłuchać. Nie interesuje mnie tłum skaczący przed sceną. Wolę siedzącą publiczność, może to być tylko 50 osób, ale szczerze zainteresowanych.


Masz więc jakieś konkretne plany na przyszłość?


Wolę wspomnieć o konkretach, które miały miejsce w ostatnim czasie. Nie tak dawno nagrałem dwie bardzo udane płyty. Z Piotrem Strojnowskim, współzałożycielem i wokalistą Daabu, nagraliśmy zgrabną płytę „Wolność serc”. Z kolei z Jerzym Mercikiem, pod szyldem The Old Paroots, nagraliśmy szanty w aranżacjach reggae. Obie płyty są w streamingu i bardzo je polecam. Nawet udały się tam solówki na gitarze.


fot. Marcin Szpądrowski