Muzyk Jarosław Woszczyna z saksofonem na scenie
9/2021

Pobierz PDF

Cieszę się energią, jaka tkwi w muzyce

Rozmawiamy z Jarosławem Woszczyną – klarnecistą, saksofonistą, kompozytorem, absolwentem Akademii Muzycznej we Wrocławiu, od lat 80. XX w. związanym z czołówką polskich zespołów i wykonawców, zarówno rockowych, jak i jazzowych.


Sylwia Góra: Pochodzi Pan z rodziny muzyków – czy to ułatwiało, czy raczej utrudniało wybór drogi zawodowej?


Jarosław Woszczyna: Mój tato Mieczysław Woszczyna przez trzydzieści lat był klarnecistą w Filharmonii Częstochowskiej, gdzie grał również na klarnecie basowym i saksofonie. Dziadek Bolesław Woszczyna grał na kilku instrumentach (m.in. skrzypcach, saksofonie, gitarze), ale najważniejszy był dla niego akordeon, o którym wiedział wszystko i który potrafił w doskonały sposób naprawiać, nastroić, modyfikować i ulepszać. Dziadek był kapelmistrzem orkiestry dętej w Wyczerpach Górnych - zachowały się dokumenty i legitymacje z tamtych czasów. Pracował też w częstochowskiej fabryce instrumentów muzycznych. Tata i dziadek byli doświadczonymi muzykami, z racji stażu posiadającymi praktyczną wiedzę, którą nieformalnie i nie zawsze wprost mi przekazywali. Zawdzięczam im wiele cennych wskazówek, związanych ogólnie mówiąc z muzyką. Kieruję się nimi do dziś. Nie mogę tu ani pominąć, ani przecenić ich kapitalnych uwag i ostrzeżeń dotyczących używek, „rozrywkowego” i mało higienicznego trybu życia muzyków oraz śmiertelnych zagrożeń, jakie to ze sobą niesie. W pewnych kręgach do dziś humorystycznie pamięta mi się, jak to, będąc młodym muzykiem rockowym, oprócz saksofonu zawsze woziłem ze sobą szczoteczkę do zębów i piżamę. A tak na serio, pozwoliło mi to i dalej (już ponad 40 lat!) pozwala grać na saksofonach z własnymi zębami, co ma niebagatelny wpływ na brzmienie instrumentów. Dbałość o higienę jamy ustnej i braki w uzębieniu nie były tak ważne dla perkusisty czy gitarzysty w kapelach, które potrafiły balangować non stop. Za to saksofonista bez uzębienia? Takich po prostu nie ma! Dzięki tacie i dziadkowi prawie od zawsze rozumiałem też, że aby móc swobodnie wypowiadać się przy pomocy muzyki, trzeba poznać jej podstawy, tajniki i nie wystarczy ciągle powtarzać kilku ulubionych dźwięków. Co prawda po drodze buntowałem się, że inni mogą przyjemniej spędzać czas, a ja muszę ćwiczyć na instrumencie, ale w końcu udało mi się skończyć średnią szkołę muzyczną, a potem Akademię Muzyczną we Wrocławiu.


Jak się zaczęła Pańska przygoda z muzyką?


Łatwo się domyślić, że muzyka towarzyszyła mi od zawsze i była bardzo różnorodna. W domu, od najmłodszych lat, słyszałem wykonywane na żywo przez dziadka, tatę i czasem ich kolegów m.in. tanga, walce, polki, oberki. Nie brakowało też aktualnych wtedy przebojów muzyki rozrywkowej czy standardów jazzowych znanych z anteny radiowej, najczęściej tej niedozwolonej i oficjalnie zagłuszanej. W domu właściwie zawsze grała lampowa radiola taty - radio z gramofonem w jednej obudowie z magicznym okiem! A u dziadka, który mieszkał obok i miał odbiornik tv, najważniejsze były wszelkie koncerty, programy i filmy muzyczne, których cała rodzina z uwagą słuchała, komentowała i analizowała. Były to dla mnie pierwsze, bardzo ważne lekcje muzyki, które niewątpliwie wywarły silny wpływ na całe moje późniejsze życie muzyczne. Tato był etatowym muzykiem w filharmonii, która była wtedy, bez nadużywania wielkich słów, świątynią muzyki i sztuki. Dzięki temu mogłem osobiście uczestniczyć w wielu interesujących imprezach i koncertach, zarówno symfonicznych, jak i tych o lżejszym charakterze, np. operetkowych, rozrywkowych, a nawet rockowych. Ze swych bardzo młodych lat pamiętam wykonania orkiestrowe m.in. „Krzesanego” W. Kilara czy „Obrazków z wystawy” M. Musorgskiego, ale były też inne, np. musical „My Fair Lady” czy koncerty zespołu Breakout w roku 1969 oraz wspólny koncert Budki Suflera i Locomotiv GT, chyba w roku 1975. Dzięki tym tak różnym doznaniom koncertowym poznawałem oblicza muzyki i doświadczałem na własnej skórze, jak mocno muzyka może działać na młodego człowieka, którym wtedy byłem. Do grania nikt mnie nie zmuszał, ani specjalnie nie musiał zachęcać. Naturalnym wyborem było dla mnie wtedy granie na klarnecie, co od początku przychodziło mi dość łatwo. Oczywiście tato chciał, żebym skupił się na szkole muzycznej i tzw. muzyce poważnej, jednak mnie - choć zawsze miałem szacunek do tej muzyki - bardzo interesowały też inne brzmienia. Nie odrzucałem sonat i koncertów, które musiałem ćwiczyć i grać w średniej szkole muzycznej, a potem na studiach, ale od czasów licealnych grałem również w zespołach rockowych i moje serce biło wtedy żywiej do tej muzyki.


W roku 1981 był Pan wraz z zespołem Opozycja na I Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie. Te początki dalekie są od Pana dzisiejszych wyborów muzycznych?


Mój pierwszy Jarocin to było wielkie przeżycie i dla mnie, i dla kolegów z zespołu. Był to bardzo ważny krok na mojej muzycznej drodze, mimo że pozornie nic tam nie wygraliśmy. Za to zdobyliśmy cenne doświadczenia. To było coś, czego wtedy nie mogliśmy przeżyć w Częstochowie. Na festiwalu działo się tyle ciekawych rzeczy, choćby to, że na naszych oczach powstał zespół TSA z Piekarczykiem (wcześniej grali bez wokalu!), grały Dżem i Maanam. Można było wypróbować instrumenty i wzmacniacze, a także - co najważniejsze - porównać się z innymi zespołami. To były moje początki gry na saksofonie, a przecież trudno jest mierzyć kogoś, kto choć już co nieco ogólnie o muzyce wie, ale gra na instrumencie od niedawna i jeszcze musi się dużo nauczyć, z kimś z wieloletnim doświadczeniem, które jest nieosiągalne dla początkującego muzyka, jakim wtedy byłem. Od tego czasu zagrałem tak dużo różnej muzyki, tyle różnych dźwięków, wiele przeżyłem. A więc te początki są bardzo dalekie od tego, w jakim miejscu jestem muzycznie teraz i jak dziś odczuwam muzykę. Jednak moja muzyczna droga zatoczyła duże koło, bo już od ponad trzech lat współpracuję z częstochowskim blues-rockowym zespołem The Storks, który wykonuje własne kompozycje i znowu cieszę się energią, jaka tkwi w tej muzyce, podobnie jak miało to miejsce na początku lat osiemdziesiątych.


Dwa lata później, wraz z zespołem T.Love, znów znalazł się Pan w Jarocinie. Czy tym razem był to przełom w Pana karierze?


Tak, to był przełom. Jako saksofonista byłem wtedy już w zupełnie innym miejscu. W czasie pomiędzy Jarocinami ‚81 a ‚83 grałem i koncertowałem z dobrymi muzykami, studiowałem i intensywnie rozwijałem się muzycznie. Młody, debiutujący zespół T.Love z Częstochowy odniósł w Jarocinie wielki sukces wśród publiczności, która żywo zareagowała na nasz występ i - co ważniejsze - nagrała go sobie na popularne wtedy magnetofony kasetowe. Po powrocie do domów nie skasowała tych nagrań, tylko nauczyła się ich tak, że gdy pojechaliśmy do Jarocina w roku 1984, to - z wyjątkiem nowych utworów - wszystkie wcześniejsze śpiewała z nami chórem! Mówiono mi wtedy, że do sukcesu kapeli w dużej mierze przyczynił się mój saksofon, co zostało zauważone przez DAAB – warszawski zespół reggae, od którego dostałem zaproszenie do stałej współpracy. Dalej grałem koncerty z T.Love, a odtąd jeszcze z DAAB-em, który działał już półprofesjonalnie przy Klubie Riviera Remont. Koncertowaliśmy w całym kraju, a nawet udało się zorganizować trasę koncertową do Paryża, Amsterdamu i Zurychu (w tym ostatnim jednak ostatecznie nie zagraliśmy). Mieliśmy własny samochód, którym jeździł zespół i sprzęt, nagrywaliśmy dla programu III PR, wydaliśmy singiel oraz płytę. Nasz utwór „W moim ogrodzie” doszedł do drugiego miejsca listy przebojów Marka Niedźwiedzkiego. Poznałem też wiele osób związanych z branżą muzyczną tamtych lat.


Czy te początki, mocno rockowe, miały być odskocznią od klasyki, gry na klarnecie? Szukał Pan w nich czegoś innego, nowego?


Po pierwszych „sukcesach” na samym początku nauki w szkole muzycznej przyszły pierwsze rozczarowania. Sztywne podejście do nauczania, nieporozumienia z nauczycielem klarnetu i atmosfera, jaka panowała w szkole, z roku na rok zaczęły mnie zniechęcać do dalszej nauki i tylko dzięki wsparciu całej rodziny nie zarzuciłem gry całkowicie. Paradoksalnie dopiero gra w zespołach rockowych, czy nawet tych punkowych, przywróciła mi przyjemność z grania i spowodowała, że wróciłem do regularnego ćwiczenia muzyki poważnej. Z kolei studia muzyczne dały mi bardzo dużo, m.in. umiejętność ćwiczenia, pracy nad materiałem muzycznym, nauczyły mnie wrażliwości, dyscypliny i jeszcze wielu innych elementów, które dziś są niedoceniane lub wręcz pomijane - moim zdaniem ze szkodą dla muzyki.


A jak wyglądała z Pana perspektywy scena muzyczna lat 80. XX w.?


Próbując w kilku zdaniach opisać te lata, muszę powiedzieć, że to były wspaniałe czasy dla muzyki niezależnej, dla rodzącej się wolności wyrażanej przez bunt muzyki młodzieżowej. Jarocin i inne festiwale pozwalały młodym ludziom wykrzyczeć to, co ich boli i z czym się nie zgadzają. Może i były to głosy naiwne, ale jednocześnie szczere i nieskażone komercją. Młodzi ludzie z niespotykaną dotąd energią tworzyli nowe zespoły i poprzez muzykę ze sceny mówili, co ich obchodzi. Do Jarocina co roku zgłaszało się po kilkaset zespołów z całego kraju, chcących skonfrontować się z tą publicznością. Był to fenomen, którego ani wcześniej, ani później nie obserwowano w innych krajach. Moim zdaniem szkoda, że młodzi ludzie dziś nie buntują się tak jak wtedy. Podobno bunt jest nieodłącznym elementem dorastania. Czyżby dzisiejsza młodzież nie miała przeciwko czemu się buntować, a może ma zamiar buntować się dopiero na starość?


Po rockowych doświadczeniach był zespół Ya Hozna czy Sami Swoi. W Pańskim życiu zaczynają się pojawiać blues, jazz i nagle porzuca Pan rock właśnie dla jazzu. Czy wydarzyło się coś konkretnego, co spowodowało tę zmianę?


Wszystko działo się płynnie i naturalnie. Jazzu słuchałem i interesowałem się nim już od początku studiów, czyli od roku 1980. Zespoły, w których grałem, właściwie wymuszały, aby dostosować się do ich potrzeb, a ja z przyjemnością podejmowałem kolejne wyzwania. Niczego nie porzucałem, ani nie odwracałem się od niczego. Po prostu tak się naturalnie wydarzyło, że najpierw grałem w zespole punkrockowym czyli T.Love, potem było reggae z DAAB-em, a następnie rozpocząłem współpracę z Teatrem Współczesnym we Wrocławiu. Kolejny etap to zespoły Formacja Nieżywych Schabuff, Ya Hozna (m.in. z Renatą Przemyk), Sami Swoi Orchestra, współpraca z Ewą Błaszczyk. Od roku 2000 współpracowałem z Gliwickim Teatrem Muzycznym - aż do jego rozwiązania w 2017 r. Miałem wówczas okazję brać udział w wielu świetnych przedstawieniach. Od dawna współpracuję też z Aleksandrem Maliszewskim i jego Alex Bandem, co za każdy razem jest dużym wyzwaniem i sprawdzianem, a jednocześnie daje wiele radości z pracy z doskonałymi muzykami i szefem - profesjonalistą o niezwykłej osobowości. Nie wymieniłem wszystkich, ale praca przy każdym z projektów dawała mi nowe doświadczenia, przynosiła nie tylko kolejne wyzwania, ale i satysfakcję, co mobilizowało do dalszych działań.


Bardzo często gra Pan z zespołami, gości na różnych płytach. Lepiej czuje się Pan w zespole niż solo?


To zależy od tego, z kim gram i od rodzaju muzyki. Bardzo lubię duże orkiestrowe brzmienia, ale i mniejsze składy. Jeśli wykonują dobrze napisane aranżacje, dają mi wiele satysfakcji. Grania z muzykami nie da się niczym zastąpić. Drugi człowiek jest inspiracją, niewiadomą, a jego wypowiedź muzyczna zależy od wielu czynników, nawet od tego, co zjadł na obiad, jak się czuje i jaki ma aktualnie humor. Tak więc efekt grania w zespole składającym się z „żywych” muzyków zawsze jest wypadkową wielu czynników, elementów, z których finalnie powstanie nagranie lub publiczne wykonanie danego utworu. Granie solo jest bardzo osobistą sprawą, wymaga dużego skupienia i kreatywności w konstruowaniu wypowiedzi. Ważne jest też to, jakie treści się przekazuje, czym dzieli się ze słuchaczem.


Jak Pan czuje jazz? Gdzie go szuka?


Z muzyką jest tak, że jeśli jest wykonywana żarliwie, z miłością, a więc szczerze, to wtedy dobrze ją czujemy i chyba nie ma tu znaczenia, czy to jest jazz, czy coś innego. Niczego nie trzeba tłumaczyć, czy wyjaśniać. Można się długo zastanawiać: co to jest jazz? Czy swing jest nieodłącznym elementem jazzu, a może improwizacja? A czy ja szukam jazzu? To chyba raczej jazz szuka nas i jest wspaniale, kiedy odnajduje i do nas dociera. Nie uważam się za jazzmana. Owszem, grałem w zespołach jazzowych, wykonywaliśmy standardy jazzowe, improwizowałem. Jednak nie chciałbym się ograniczać tylko do grania jazzu, choć jest to wspaniała muzyka. Moim zdaniem jazzman jest trochę jak ortodoksyjny mnich, który składa śluby czystości, czyli zobowiązuje się do grania tylko tego jednego gatunku, a nawet stylu, bo tak go sobie ukochał. Ja nie wytrwałbym w takich ślubach, zawsze obok najpiękniejszych standardów jazzowych będą mnie kusiły inne utwory, takie jak: „W moim ogrodzie”, „Babę zesłał Bóg”, „Baboki” i jeszcze wiele, wiele innych, pięknych melodii...


A czego sam Pan słucha?


Od dłuższego czasu słucham więcej tzw. muzyki poważnej. Uwielbiam m.in. Fryderyka Chopina. Lubię sięgnąć po płyty z jazzem. Mam bardzo dużo przeróżnej muzyki i w zależności od nastroju wybieram to, co mi aktualnie odpowiada. Generalnie słucham mniej niż kiedyś, ale podobno jesteśmy jak magnetofon i do 45 roku życia rejestrujemy, a potem odtwarzamy wszystko, przetworzone przez nasz wewnętrzny, subiektywny filtr.


Czego możemy spodziewać się od Pana muzycznie w najbliższym czasie?


Po przymusowej przerwie spowodowanej pandemią kończymy nagrywać pierwszą płytę zespołu The Storks, zatytułowaną „Pierwszy lot”. Myślę, że dźwięki mojego saksofonu będą na niej ważne i przypadną do gustu słuchaczom.


full-grafika.jpg