Dyrektor Filharmonii Częstochowskiej Adam Klocek grający na wiolonczeli
11/2021

Pobierz PDF

MUZYKA KLASYCZNA DAJE WYTCHNIENIE

Rozmawiamy z Adamem Klockiem – wiolonczelistą, dyrygentem, kompozytorem, pedagogiem, w latach 2006–2020 dyrektorem Filharmonii Kaliskiej, od roku 2020 dyrektorem Filharmonii Częstochowskiej im. Bronisława Hubermana.


Sylwia Góra: Jak można podsumować ostatni sezon naszej Filharmonii?


Adam Klocek: Sezon 75-lecia, przedłużony ze względu na pandemię, mimo bardzo trudnych warunków, uważam za udany. Zrobiliśmy wiele nagrań, odbyło się też kilka koncertów na żywo. Jak na te warunki, był to dość pozytywny sezon artystyczny, również dla samych muzyków. Zaczęliśmy grać więcej muzyki kameralnej, której w normalnych okolicznościach jest mniej. Poza tym pojawiła się nowa inicjatywa w postaci Letniego Jurajskiego Festiwalu Muzycznego, który zdecydowanie podobał się publiczności. Mieliśmy pełne sale koncertowe w postaci kościołów czy w plenerach. Tak że mimo wszystkich zewnętrznych warunków, ten sezon można ocenić jako pozytywny. Natomiast finansowo było bardzo trudno, ponieważ pandemia spowodowała, że nie mamy możliwości wynajmu sali.


A jak się sprawdziła działalność online? Bo koncerty były transmitowane.


Nie robiliśmy transmisji na żywo, zawsze nagrywaliśmy koncert dzień wcześniej ze względu na chęć zapewnienia słuchaczom jak najlepszej jakości, choćby pod względem montażu, ale postawiłem na nagrywanie jeden do jednego, więc np. od strony akustycznej staraliśmy się to nagrać jednym dobrym mikrofonem z takiej odległości, gdzie siedzi zwykle przeciętny odbiorca, żeby zostawić wrażenie naturalności i nie udawać warunków studyjnych. Te nagrania cieszyły się dość dużym powodzeniem, szczególnie na początku. Mieliśmy po kilka tysięcy wejść na YouTube. Myślę, że to jest dobry wynik i wiem, że była z nami publiczność nie tylko z Częstochowy, ale także z różnych miejsc na świecie. Natomiast koncert na żywo i obcowanie z muzykami jest chyba najbardziej przekonującą formą doświadczania muzyki.


Z Filharmonią w Częstochowie jest Pan związany już kilka lat. Urodził się Pan jednak w Krakowie, studiował w Warszawie, potem w Berlinie, następnie objął Pan stanowisko dyrektora naczelnego Filharmonii w Kaliszu. Czy te wybory jakoś z siebie wynikały, czy zdecydował przypadek?


Zawsze jest trochę przypadku, ale to, co dzieje się w życiu zawodowym wcześniej, jakoś wpływa na kolejne wybory. Z Częstochową jestem związany od 2012 r. jako dyrektor artystyczny, a od ubiegłego roku jako dyrektor naczelny. Jestem bardzo szczęśliwy, bo Częstochowa to fajne miasto do życia. Piękny budynek Filharmonii, bardzo dobra orkiestra i chór. To są podstawowe rzeczy, jeżeli chodzi o potrzeby dyrygenta i dyrektora instytucji. I one są spełnione. Oczywiście byłoby cudownie, gdyby budżet był dla nas bardziej łaskawy, ale mam nadzieję, że gdy minie pandemia, tak się stanie.


Powiedział Pan, że z Częstochową jest związany od roku 2012, ale mieszkankom i mieszkańcom naszego miasta dał się Pan poznać dużo wcześniej, bo już w 1999 r. na koncercie, na którym okrzyknięto Pana przyszłością polskiej instrumentalistyki. Jako dyrygent poprowadził Pan częstochowską orkiestrę po raz pierwszy wiele lat temu, potem znów miał Pan taką okazję, dzięki temu przyglądał się jej Pan w kilkuletnich odstępach. Jak widzi ją Pan dzisiaj?


Tak, w roku 1999 graliśmy na Festiwalu Wiolinistycznym im. Bronisława Hubermana, z orkiestrą Sinfonia Varsovia, w międzynarodowym składzie. Potem, w drugiej połowie lat dwutysięcznych, faktycznie dyrygowałem orkiestrą w Częstochowie, będąc szefem kaliskiej Filharmonii. To zawsze była bardzo dobra orkiestra, natomiast teraz mamy dużo młodych muzyków na naprawdę imponującym poziomie. W połączeniu z muzykami z wielkim doświadczeniem, z tej nieco starszej generacji, daje to zespół na wysokim poziomie artystycznym.

A co ceni Pan najbardziej w częstochowskiej Filharmonii?


Przede wszystkim zespół! To są bardzo kulturalni, inteligentni ludzie. Odkąd w roku 2012 ze śp. Ireneuszem Kozerą zostaliśmy dyrektorami, atmosfera w zespole bardzo się poprawiła. Teraz to jest zespół, który z przyjemnością wykonuje swoją pracę i raczej nie ma animozji między muzykami, które zdarzają są w innych zespołach. Bardzo często dobre orkiestry mają złą atmosferę w pracy przez to, że jest zawiść i konkurencja. Myślę, że w Częstochowie tak nie jest. Druga kwestia to piękny budynek i sala koncertowa – wciąż jedna z największych w Polsce.


Sam jest Pan muzykiem, stąd moje pytanie – czy ciężko jest pogodzić bycie artystą z byciem osobą odpowiedzialną za artystów?


Jeżeli chodzi o dyrygowanie, to dla mnie bycie muzykiem instrumentalistą jest podstawą do pracy. Kiedy mówię do muzyków, szczególnie tych grających na instrumentach smyczkowych, to wiem, o czym mówię. Jestem też pedagogiem, uczę młodych wiolonczelistów w Krakowie i Warszawie. Wydaje mi się, że muzycy lepiej i chętniej przyjmują uwagi od kogoś, o kim wiedzą, że potrafi grać na instrumencie. A czasem niestety tak się zdarza, że nawet świetni dyrygenci nigdy nie grali dobrze na żadnym instrumencie, najwyżej na fortepianie. Muzycy wtedy wiedzą, że polecenia wydaje im ktoś, kto sam nie potrafi dobrze zagrać kilku nut. Myślę, że to budzi frustrację. To, że sam gram, pomaga. W czasie pandemii zasiadałem przy wiolonczeli i grałem z kolegami muzykami. Jeśli natomiast chodzi o zarządza nie instytucją jako dyrektor, robię to od wielu lat i to lubię. Od 2006 r. zbieram doświadczenia w pełnieniu tej akurat funkcji. Czasem jest faktycznie mało czasu na życie osobiste, ale ja lubię zarządzanie.


Jest Pan zatem dyrektorem, pedagogiem, dyrygentem. Wspomniał Pan, że w pandemii udało Mu się zagrać jako muzykowi, ale czy poza tą niespodziewaną sytuacją ma Pan jeszcze czas na granie na wiolonczeli?


Mam kontakt z instrumentem, ucząc studentów, ale faktycznie - będąc dyrektorem i dyrygentem, czasu na granie mam niewiele. Natomiast staram się to pielęgnować – gram regularnie z orkiestrą Baltic Neopolis Virtuosi. Jak wspomniałem, w czasie pandemii grałem z muzykami z naszej orkiestry i sprawiało mi to bardzo dużą radość. Kiedy zbyt długo nie gram na wiolonczeli, to bardzo za tym tęsknię.


A czy udało się Panu ostatnio spełnić jakieś prywatne marzenie artystyczne?


Trudne pytanie. Zajmuję się też trochę pisaniem różnej muzyki, np. takiej nieco jazzowej, filmowej. I chciałem napisać utwór na jubileusz Filharmonii, czyli dokładnie wtedy, kiedy wybuchła pandemia. Nie udało mi się go skończyć, ale mam nadzieję, że jeszcze się to uda. Moim marzeniem jest znalezienie czasu na pisanie muzyki.


Mówił już Pan o swojej obecnej pracy pedagoga, ale ma Pan także na koncie stworzenie orkiestry Młoda Polska Filharmonia. Postawił Pan na młodych ludzi. Czy wciąż jest to dla Pana ważne? Czy młodzi ludzie nadal potrafią się zakochać w muzyce klasycznej?


Oczywiście, że tak, a ta inicjatywa była wspaniała. Niestety, chwilowo jest zawieszona ze względu na brak funduszy, ponieważ projekt był realizowany wyłącznie dzięki środkom prywatnym. Młodą Polską Filharmonię robiliśmy ponad dziesięć lat, wcześniej był program Agrafka Muzyczna, z którego Młoda Polska Filharmonia wyrosła. To byli naprawdę wspaniali młodzi ludzie, a teraz to wszystko wraca, bo wciąż na swojej drodze spotykam moich wychowanków właśnie stamtąd. Często spotykam ich jako muzyków w renomowanych orkiestrach. Myślę, że granie w orkiestrze, kiedy byli nastolatkami, bardzo dobrze na nich wpłynęło.


Czy ma Pan poczucie, że w Filharmonii pojawiają się nowi słuchacze? Czy są to raczej stali bywalcy? Mam tu na myśli koncerty bardziej klasyczne.


Mamy stałych bywalców, którzy uważają, że mamy za mało koncertów symfonicznych, ale pojawiają się też nowe twarze. Natomiast wiadomo, że tu potrzeba trochę bardziej wyrafinowanej publiczności. I nie jest to kwestia tylko Częstochowy, ale generalnie Polski i chyba w ogóle świata. Na koncertach rozrywkowych zawsze będziemy mieli więcej publiczności, dlatego takie koncerty robimy i staramy się, żeby nasza orkiestra w nich uczestniczyła - ale to symfonika utrzymuje orkiestrę na najwyższym poziomie i to ona buduje elitę miasta. I tego już nie należy przeliczać na konkretną liczbę słuchaczy, ale trzeba patrzeć przez pryzmat tworzenia środowiska kulturalnego i muzycznego w mieście. W dziedzinie kultury takie instytucje, jak filharmonia czy teatr, wskazują na rangę miasta.


A czym można zachęcić publiczność do wybierania nieco trudniejszej formy kultury, jaką jest muzyka klasyczna? Czy problem polega na tym, że ludzie nie czują się wyrobionymi słuchaczami i trochę się boją tej muzyki?


Na pewno może być tak, że ludzie boją się przyjść do Filharmonii, ale znam wiele takich historii, że ktoś przyszedł na koncert i był zdziwiony, że muzyka klasyczna dała mu wytchnienie od codziennego zgiełku. Okazało się, że ta muzyka pozwala na odpoczynek, przeniesienie się do trochę innego świata. Dzięki temu możemy też odbierać świat za pomocą słuchu, wrócić do tego rodzaju chłonięcia bodźców. Żyjemy bowiem otoczeni przede wszystkim obrazami.


Jakie ma Pan plany jako dyrektor Filharmonii na najbliższe miesiące? Na co możemy czekać?


Pojawią się rzeczy bardzo różne. Będzie cykl „Dziedzictwo Hubermana”, w ramach którego wystąpią światowej rangi skrzypkowie: Nancy Zhou – jedna z wybitniejszych skrzypaczek na świecie [rozmowa odbyła się przed koncertem skrzypaczki 15 października – przyp. red]; Jakub Jakowicz, który zagra „Pory roku” Astora Piazzolli oraz „Cztery pory roku” Vivaldiego przerobione przez Maxa Richtera na wersję minimalistyczną, wręcz popową oraz Roman Kin – uznawany na całym świecie za jednego z najbardziej innowacyjnych i biegłych skrzypków naszych czasów. Ciekawy będzie też Koncert Andrzejkowy - „Tribute to The Police” w aranżacjach jazzowo-popowych. Cały czas coś się dzieje i mam nadzieję, że są to ciekawe propozycje.


full-1200x400symfoniczna.jpg