Dwie pojedyncze fotografie skrzypaczki Pauliny Kuli i jedna fotografia jej Częstochowskiego Kwartetu Smyczkowego
11/2021

Pobierz PDF

NIE WYSTARCZY BYĆ DOBRYM MUZYKIEM

Rozmawiamy z Pauliną Kulą – skrzypaczką i teoretyczką muzyki, absolwentką Zespołu Szkół Muzycznych im. Marcina Józefa Żebrowskiego w Częstochowie, Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, założycielką Częstochowskiego Kwartetu Smyczkowego.


Sylwia Góra: Jak zaczęła się Twoja przygoda ze skrzypcami?


Paulina Kula: Zaczynałam jako sześcioletnie dziecko, byłam muzykalna – lubiłam śpiewać. Zauważyli to rodzice i nauczycielki w przedszkolu. To one zaproponowały rodzicom, żeby zapisali mnie na zajęcia w tym kierunku. Najpierw były lekcje prywatne, potem szkoła muzyczna przy ulicy Jasnogórskiej - gdzie spędziłam dwanaście lat edukacji muzycznej pierwszego i drugiego stopnia, a teraz mam przyjemność tam pracować.


Czy jest jakiś konkretny wiek, kiedy dobrze jest zacząć naukę gry na instrumencie?


W polskich szkołach dzieci najczęściej zaczynają w wieku sześciu, siedmiu lat. Chociaż wiem, że w innych krajach dzieci w wieku nawet trzech lat są już różnymi metodami uczone gry. Na początku są to zabawy polegające na oswajaniu się z muzyką, instrumentem. Takie zajęcia są raczej umuzykalniające – dzieci śpiewają, uczą się, czym jest rytm. Dzisiaj już wiemy, że tzw. faza wrażliwa, czyli moment największej absorpcji muzyki, zaczyna się dużo wcześniej. Tak naprawdę już kilkumiesięczne niemowlę rozwija swój muzyczny potencjał, słysząc śpiewających i kołyszących je rodziców. Tak było w moim domu – moja rodzina jest bardzo muzykalna. I choć nikt nie ma formalnego wykształcenia muzycznego, zawsze było dużo śpiewania, grania, słuchania i tańca.


Na czym polegają trudności w nauce gry na skrzypcach u osób, które same chwyciły za instrument, a jak wyglądają u tych, które są po szkołach muzycznych?


Skrzypce są instrumentem, na którym bardzo trudno samodzielnie nauczyć się grać. Zagranie pierwszej prostej melodii wymaga wielu godzin ćwiczeń – na pianinie czy gitarze jest dużo łatwiej. Natomiast największym mankamentem naszej klasycznej edukacji muzycznej jest nastawienie na odtwórczość – czytasz nuty, interpretujesz czyjeś dzieło, nie ma miejsca na twórczość czy improwizację. Polski system edukacji produkuje potencjalnych kandydatów najpierw na akademię muzyczną, a później do orkiestry symfonicznej, gdzie trzeba grać to, o co prosi dyrygent, bez własnej ingerencji w program czy interpretację. Jednak współcześnie muzycy działają wielotorowo. Czasami w ogóle odżegnują się od klasyki. Ja uważam, że najważniejsze to być otwartym i wszechstronnym.


No właśnie, jak to jest z tą klasyką? Nauka gry na instrumencie to przede wszystkim nauka utworów muzyki klasycznej, która często uznawana jest za niezrozumiałą czy nudną. Jaki Ty masz do niej stosunek?


Mnie ona nigdy nie przeszkadzała, zawsze ją lubiłam. Szkoła muzyczna pozwala na odkrywanie tych utworów. To trochę tak jak z dziełem literackim – nie wszyscy muszą je rozumieć, ale warto je znać. Jak już się pozna jakiś utwór i nauczy się go grać na najwyższym poziomie muzycznym, to często zaczyna się go także rozumieć. Muzyka klasyczna wymaga większego intelektualnego zaangażowania. Faktycznie, młodzież często nie chce jej grać i słuchać, nudzi się – wiem to, bo uczę też historii muzyki. Ale z czasem przychodzi osłuchanie, oswojenie i świadomość pewnej ewolucji muzyki, dzięki której możemy słuchać dziś też muzyki rozrywkowej.


A sama grasz klasykę? I jak dużo czasu poświęcasz na grę?


Tak, chociaż nie zamykam się na inne rodzaje muzyki. Co do czasu poświęcanego na grę – to się oczywiście zmienia. Kiedy byłam w szkole muzycznej czy na studiach, czasu na ćwiczenie było dużo więcej. Później przyszło dorosłe życie – rodzina, praca zawodowa i tego czasu nie mam już aż tak dużo, ale staram się go zawsze znaleźć.


Każdy artysta ma swój ulubiony świat, do którego z radością wraca. Gdzie Ty czujesz się najlepiej? Z kim? A może w jakich miejscach?


Nie mam jednego miejsca, w którym czuję się najlepiej. Mogę powiedzieć, że na pewno nigdy nie chciałam być solistką. Wolę granie w orkiestrze – symfonicznej albo kameralnej, a najbardziej lubię granie w zespołach kameralnych. Mam też swój zespół – Częstochowski Kwartet Smyczkowy i to jest dla mnie najciekawsze pole. W orkiestrze jesteśmy jednak trochę anonimowi, a w kameralnym zespole jest szansa na większą indywidualność i lepsze relacje. Spotykamy się na próbach, na koncertach, a więc w pracy, ale jest to czysta przyjemność. Zupełnie wtedy nie czuję, że idę do pracy.


Jak narodził się Częstochowski Kwartet Smyczkowy?


To był mój pomysł „pandemiczny”. Kiedy już wiedziałam, że zostaję w Częstochowie, poczułam, że brakuje mi stałego składu, z którym wspólnie ćwiczymy, znamy się i czujemy. W pandemii niewiele się działo, zaproponowałam Wojtkowi Rotowi, Marcie Kotaszewskiej, Martynie Susek współpracę, na którą bardzo chętnie przystali. Zrealizowaliśmy wspólnie promocyjne nagrania w pięknym wnętrzu restauracji Dobry Rok i jesteśmy bardzo zadowoleni z rozwoju naszego pomysłu. Graliśmy już koncert w Złotym Potoku w ramach Festiwalu Juromania, a także w Gminnym Ośrodku Kultury w Miedźnie i kilka prywatnych koncertów. To jest dodatek do naszej głównej pracy, ale bardzo dla nas przyjemny.


W jakie projekty jeszcze się angażujesz?


Ostatnio zagraliśmy na płycie Marty Madejskiej, choć tam jest akurat dużo muzyki elektronicznej. Dla mnie było to także nowe doświadczenie nagrywania w studio. Wcześniej nagrywałam tylko w salach koncertowych czy ewentualnie w kościołach. Brałam też udział w teledysku, czego też wcześniej nigdy nie robiłam. Dlatego to było nowe, bardzo ciekawe doświadczenie i cieszę się, że mogłam wziąć w nim udział.


A jakie jest Twoje najlepsze muzyczne wspomnienie?


Mam dwa takie wspomnienia. Pierwsze dość zabawne – miałam epizod w zespole folklorystycznym i granie w stroju ludowym – kolejna okazja do spróbowania czegoś zupełnie nowego. Drugie bardzo ważne wspomnienie to granie pod batutą Krzysztofa Pendereckiego w czasie projektu Santander Orchestra. Miałam wtedy okazję osobiście poznać Pendereckiego i z nim porozmawiać, co było dla mnie ważne i z czego jestem dumna. No i wszystkie moje międzynarodowe wyjazdy z orkiestrami w czasie studiów. To też są bardzo dobre wspomnienia.


Jakie masz muzyczne plany na najbliższy czas?


Pandemia pokazała, że nasza muzyka idzie raczej w kierunku nagrań, co wiąże się z dobrym rozpoznaniem tego pola, nauczeniem się pewnych spraw technicznych. No i oczywiście kwestie menadżerskie, promocyjne. Już nie wystarczy dobrze grać, być dobrym muzykiem, ale trzeba się umieć dobrze zaprezentować, sprzedać, zareklamować. A w Częstochowie w najbliższym czasie dam się też poznać z nieco innej strony, bo z wykształcenia jestem nie tylko skrzypaczką, ale także teoretyczką muzyki. 12 listopada będę prowadziła koncert kameralny w Filharmonii Częstochowskiej, wprowadzając słuchaczy w kontekst i tematykę wykonywanych utworów. Wystąpią wiolonczelista Wojciech Fudala i pianista Michał Rot. Posłuchamy muzyki Ernesta Blocha, Mieczysława Wajnberga i Fryderyka Chopina.


Jaki typ występów lubisz najbardziej? Co daje Ci największą satysfakcję?


Ostatnio zauważyłam, że największą przyjemność sprawia mi występ z kwartetem nie tylko w roli skrzypaczki, ale także osoby, która opowiada o granych utworach. Bardzo rzadko zdarza się, żeby podczas koncertu muzyki klasycznej wykonawcy na scenie mówili coś do publiczności. Zwykle zajmuje się tym prelegent albo przygotowane są programy wraz z notkami o utworach i wykonawcach. A ja lubię wziąć mikrofon do ręki i „stopić lody” między sceną a publicznością. I wiem, że jest to bardzo dobrze odbierane. Czuję potrzebę przybliżania muzyki nieco trudniejszej, czasem wręcz niedostępnej dla odbiorców, bez tworzenia zbędnego dystansu. Chciałabym, żeby piękna i szlachetna muzyka klasyczna mogła czasem zejść z „piedestału”, a publiczność mogła ją zrozumieć i polubić.


fot. Ela Bednarek


full-1200x400symfoniczna.jpg