6/2020

Pobierz PDF

KONTRABASISTA

Częstochowianin Maksymilian Mucha uznawany jest za jednego z najzdolniejszych jazzmanów młodego pokolenia. Wraz ze swoim kontrabasem przemierza świat z polskimi i zagranicznymi projektami muzycznymi. Dodatkowo znajduje czas na śpiewanie dawnych polskich pieśni religijnych oraz historycznych utworów z Kurpiowszczyzny Zielonej, w zespole Monodia Polska Adama Struga.


Magda Fijołek: Debiut w zespole Mateusza Pospieszalskiego to nie byle co. Jak do tego doszło?


Maksymilian Mucha: Z Mateuszem znaliśmy się już jakiś czas, bo z Markiem, jego synem, a moim duchowym bratem, chodziliśmy razem do szkoły i już wtedy sporo razem graliśmy. Mateusz zawsze nas w tym wspierał i służył dobrą radą. Któregoś razu potrzebował na kilka koncertów basisty do swojego zespołu EMPE3, w zastępstwie za Marcina Pospieszalskiego. No i to pewnie Marek, który też w tym zespole grał, namówił go, żeby „wziął” mnie.


Stresowałeś się przed pierwszym występem z nim?


Trochę na pewno, bo to był spory festiwal, „Inne Brzmienia” w Lublinie. Granie dużego pleneru było dla mnie wtedy nowością. Ale jeśli pytasz o stres związany z samym byciem na scenie z Mateuszem, to nie jest to typ lidera, który przygniata cię swoim ego i robi klimat w stylu „lepiej, żebyś się nie pomylił”. Jest za to niesamowicie kreatywnym i pełnym energii gościem, otwartym na ludzi tak samo jak na muzykę.


Jesteś absolwentem Szkoły Muzycznej w Częstochowie. Zacząłeś w niej naukę w klasie skrzypiec, zakończyłeś jako kontrabasista. Kontrabas jest bardziej pociągający?


Skrzypce to instrument równie piękny, co wymagający - ogromnej pracy i poświęcenia, długich godzin szlifowania swojego warsztatu. I systematyczności. Ja nie miałem do tego cierpliwości, raczej ślizgałem się przez 6 lat od egzaminu do egzaminu, będąc instrumentalistą-przeciętniakiem. A naprzeciwko klasy, w której miałem lekcje skrzypiec, była klasa kontrabasu i zawsze z zazdrością patrzyłem na trochę starszych i bardziej wyrośniętych kolegów, którzy przynosili albo wynosili stamtąd te piękne instrumenty. Czyli chyba tak, kontrabas już wtedy musiał być dla mnie bardziej pociągający. Tak się jednak poukładało, że zacząłem na nim grać dopiero na początku liceum. Wylądowałem wtedy w klasie kontrabasu u Michała Konopelskiego, który, oprócz tego, że jest cudownym człowiekiem, ma też nosa do basistów. Krzysiek Pacan, Marcin Lamch czy Jacek Fedkowicz to przecież jego wychowankowie.


Czemu wybrałeś jazz jako przestrzeń Twojej aktywności muzycznej?


Ja niczego nie wybierałem, a to przestrzeń jazzu jest praktycznie nieograniczona. Pod warunkiem, że nie kłócimy się o to, gdzie ona się kończy, a gdzie zaczyna - u jazzowych muzyków i dziennikarzy to bardzo częste. Dla mnie jednak ten spór zawsze był jałowy i niepotrzebny.


Nazywany jesteś jednym z najzdolniejszych jazzmanów młodego pokolenia. To chyba zobowiązujące?


No i właśnie, nawiązując do poprzedniego pytania, nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś nazywa mnie jazzmanem czy nie. I choć cały ten „tytuł”, który przytoczyłaś w pytaniu brzmi bardzo miło, nie czuję się w związku z tym do niczego zobowiązany.


Do swoich projektów zapraszali Cie tacy twórcy, jak Tomasz Stańko, Wojciech Waglewski, Greg Osby, Maciej Obara czy Dominik Wania. To dla młodego muzyka chyba spora nobilitacja...


Oczywiście! Akurat wszyscy panowie, których wymieniłaś byli i są dla mnie bardzo ważni, słuchałem ich i podziwiałem na długo przed tym, zanim stanąłem z nimi na scenie. To niesamowite, kiedy ktoś taki dzwoni do Ciebie i pyta, czy z nim zagrasz.


Pewnie sporo się od nich uczysz?


Zdecydowanie.


Nie tak łatwo Cię złapać w Polsce, bo ze swoim kontrabasem wędrujesz muzycznie po całym świecie. Grasz od kilku lat z zespołem amerykańskiego trębacza Christiana Scott’a. Ty do niego trafiłeś, czy on Cię odnalazł?


Takie historie zawsze wyglądają podobnie. Grasz z kimś, ten ktoś poleca cię komuś, z kim gra itd. Tak było też w tym wypadku. Grając w zespole Igora Osypova, mojego kolegi ze studiów w Berlinie, poznałem saksofonistę Logana Richardsona, i zacząłem grać w jego zespole. Logan z kolei grał też w zespole Christiana. Jakieś cztery lata temu, kiedy byli w trasie po Europie, ich basista musiał wrócić do domu, zadzwonili więc do mnie. A ja rzuciłem wszystko i… od tego czasu faktycznie sporo się z nimi najeździłem.


Jesteś przede wszystkim kojarzony jako kontrabasista, tymczasem udzielasz się również wokalnie w zespole śpiewaczym Monodia Polska Adama Struga, który praktykuje dawne polskie pieśni religijne i świeckie w wariantach kurpiowskich - zupełnie inna stylistyka muzyczna. To odskocznia od jazzu, czy jeszcze coś innego?


Mam ogromne szczęście, że tam trafiłem. Zaczęło się od tego, że Szczepan Pospieszalski zwerbował mnie do Kompanii, zespołu Adama, który wykonuje jego autorską muzykę. I w tej muzyce z miejsca się zakochałem. Potem trafiłem na próbę Monodii i tam już w ogóle osłupiałem. Jak słyszysz dziesięciu chłopa śpiewających te przepiękne pieśni, w naturalnej emisji i stroju, to zaczynasz rozumieć, na czym polega piękno tej muzyki. Wcześniej znałem ją tylko w wersji uproszczonej na potrzeby taktowej kreski, najczęściej w wykonaniach zespołów pieśni i tańca, które zupełnie pozbawione są tego, co dla mnie w tej materii najważniejsze. Obcowanie z muzyką tradycyjną w czystej postaci jest dla mnie po prostu niekończącą się lekcją mojej muzycznej tożsamości.


Wróćmy do początków, czyli do Częstochowy. Przyznajesz, że duży wpływ na Ciebie wywarł zespół Tie Break i muzycy z nim związani. Co wyciągnąłeś dla siebie z ich muzyki?


Pierwszym koncertem, na którym w ogóle zetknąłem się z muzyką improwizowaną, był koncert Janusza Yaniny Iwańskiego i Krzysztofa Majchrzaka w podziemiach Ratusza, na który zabrała mnie mama. W czasach, kiedy dorastałem, w mieście często grały zespoły Tie Breakowców: Yeshe, Graal, Free Wave, Empe3. Był też nawet koncert samego Tie Breaku, pierwszy po chyba wielu latach - na świetnym festiwalu Garaż - i to była petarda. Trudno mi powiedzieć, co wyciągnąłem z ich muzyki, na pewno mnóstwo rzeczy, których nie potrafię nazwać. Natomiast zawsze byłem dumny z tego, że jestem z Częstochowy, która dzięki Tie Breakowi miała właśnie swoje własne, niepodrabialne brzmienie i zdrowy dystans do świata jazzowego establishmentu, z którym TB nigdy nie było po drodze.


Mocno identyfikujesz się z Częstochową?


No jasne. W końcu tu się wychowałem, tutaj też poznałem swoją żonę i zawiązałem mnóstwo przyjaźni. Wracam tu często, odwiedzam rodziców, teściów i bardzo odpoczywam.