7/2020

Pobierz PDF

SZPADĄ I PIÓREM

Były szpadzista, a od wielu lat szkoleniowiec w Klubie Sportowym Kmicic i dziennikarz, od kilku miesięcy zasiada w kapitule projektu Twarze Przyszłości. Poznajcie bliżej Andrzeja Zagułę.


Magda Fijołek: W kapitule projektu Twarze Przyszłości jesteś konsultantem sportowym. Wybór padł na Ciebie, ponieważ od wielu lat promujesz sport częstochowski jako dziennikarz. Skąd ten pociąg do dziennikarstwa? Trwa on, o ile się nie mylę, około 20 lat.


Andrzej Zaguła: Aż boję się głębiej nad tym zastanawiać, bo powoli zaczyna do mnie docierać, że jestem z tym pisaniem „zakolegowany” już prawie 30 lat. Zaczęło się zupełnie przypadkowo, dzięki mojemu koledze Markowi Trąbskiemu, który zaprosił mnie do projektu pod nazwą „Gazeta Częstochowska”. Na początku lat 90. tygodnik ten zmieniał się drogą ewolucyjną z organu prasowego zjednoczonej partii w gazetę o profilu społeczno-kulturalnym, oczyszczoną z pewnych złych skojarzeń związanych z poprzednim systemem. Poznałem tam wspaniałych ludzi, doświadczonych dziennikarzy, którzy pracowali w zawodzie od wielu lat. I to właściwie była dla mnie najważniejsza szkoła życia. Wspominam ją z ogromnym sentymentem. Tak jak redakcję przy ul. Kilińskiego, gdzie przed erą komputerów zdążyłem się jeszcze nauczyć pisać na maszynie.


Od zawsze zajmowałeś dziennikarstwem sportowym?


Dziennikarstwo sportowe było priorytetem, ale pisałem też o wielu innych sprawach. Sporo podróżowałem po terenie dawnego województwa częstochowskiego. Jako tygodnik regionalny staraliśmy się docierać do gmin, rozmawiać z przedstawicielami tworzącego się wówczas samorządu. Potem pracowałem jeszcze w kilku innych tytułach. W „Dzienniku Zachodnim” tematyka sportowa była tylko wycinkiem mojej działalności dziennikarskiej.


Twoje najciekawsze spotkanie dziennikarskie to…


Było ich bardzo wiele. Rozmawiałem z najlepszymi polskimi piłkarzami – Bońkiem, Latą, Szarmachem, Tomaszewskim, lekkoatletami – Korzeniowskim, Ziółkowskim, Hoffmanem, Mamińskim, czy przedstawicielami innych dyscyplin. Ale niesamowite było spotkanie z Hubertem Wagnerem, trenerem naszych mistrzów świata i mistrzów olimpijskich w siatkówce. Przez pewien czas mieszkał on bowiem w Częstochowie. Pamiętam jak dziś te kilka godzin sam na sam z Jurkiem, bo tak kazał do siebie mówić. Jego opowieść i klimat spotkania zostały na lata w mojej głowie. Strasznie mną wstrząsnęła jego niespodziewana śmierć.


Jednak, zanim pojawiło się dziennikarstwo, byłeś szpadzistą. Co przyczyniło się do wyboru tej dyscypliny?


W połowie lat 80. udało się stworzyć w Częstochowie niezwykle prężny ośrodek tego sportu. Zawdzięczaliśmy to szkoleniowcom, którzy zamieszkali w naszym mieście i podjęli tu zatrudnienie. Trafił się też sponsor. Można powiedzieć, że szermierka sama przyszła po mnie. Trenowali ją koledzy z bloku, klasy, osiedla. Gdy ją dokładnie poznałem, okazała się sportem niezwykle wymagającym.


Gdzie trenowałeś?


Jeszcze w Żaku Częstochowa. Potem był Budex Częstochowa, Olimpia Częstochowa aż wreszcie ten klub, którego byłem współzałożycielem, czyli Kmicic Częstochowa.


Sukcesów Tobie i kolegom nie brakowało...


Zdobywaliśmy medale na mistrzostwach polski w różnych kategoriach wiekowych. Startowaliśmy w pucharach i mistrzostwach świata. Choć byłem trochę młodszy od wiodącej grupy zawodników, nasz ekipa wcale nie była gorsza. Sam kilka razy startowałem w pucharach świata, zdarzały się zwycięstwa nad medalistami igrzysk olimpijskich, ale na początku lat 90. ta dyscyplina sportu w Częstochowie po prostu się zawaliła. Upadł nasz zakład opiekuńczy i właściwie tylko siłą woli założyliśmy wspomniany klub Kmicic, by ratować częstochowską szermierkę.


Szpada kojarzy mi się z szermierką. To dobry trop?


Doskonały. Szermierka jako konkurencja olimpijska podzielona jest na trzy bronie – szpadę, floret i szablę. I walczy się w niej o medale od pierwszych igrzysk olimpijskich. Szpada jest najpopularniejsza na świecie, bo najprostsza w odbiorze.


Zawodnikiem już nie jesteś, ale propagujesz ten sport wśród młodych jako trener. Daje Ci to satysfakcję?


Przede wszystkim satysfakcję. Zawsze łączyłem działalność po piórze ze sportem.


Wielu młodych częstochowian trenuje szpadę?


Po tym, jak kilka lat temu otrzymaliśmy do naszej dyspozycji salkę w kompleksie Hala Sportowa Częstochowa, nasza sytuacja się odmieniła. Nie mamy większych problemów z naborami. Trenuje u nas trzydzieścioro młodych ludzi i sukcesów rokrocznie przybywa. Teraz jesteśmy jednym z najlepszych klubów w kraju w kategorii juniora młodszego. Mamy czterech zawodników walczących na olimpiadzie młodzieży, srebrnego medalistę mistrzostw Polski młodzików, medalistów turniejów Pucharu Polski, uczestników Pucharów Europy. To efekt ostatnich lat bardzo ciężkiej pracy, w którą bezgranicznie się zaangażowałem. Pracy z zawodnikami stąd - z Częstochowy i okolic. To dla mnie niesłychanie istotne.


A gdzie powinien się zgłosić ktoś, kto chciałby spróbować białej broni? Trzeba mieć jakieś specjalne warunki fizyczne?


Od września zapraszamy na zajęcia do Hali Sportowej Częstochowa. Każdy może się sprawdzić, bez względu na to, czy jest wysoki czy niski, szczupły czy ważący trochę więcej.


Serce oddałeś szpadzie, ale czy jest to jedyna dyscyplina sportu, której jesteś sympatykiem?


Sport zawsze miałem w sercu. To zasługa mojej nauczycielki wychowania fizycznego, byłej siatkarki Częstochowianki, Barbary Wolskiej. To ona zaraziła sportem tego wysokiego, szczupłego młodego człowieka. Skoordynowała też ruchowo, za co jestem jej niezwykle wdzięczny. W pewnym momencie mocno mnie namawiano, abym grał w siatkówkę, potem trener Tomasz Skalik usilnie mnie zapraszał na treningi koszykarskie. Przez moment kopałem też piłkę w Skrze Częstochowa. Później w duchu sportowym wychowywałem mojego syna, który był reprezentantem Polski kadetów w siatkówce. Jako zawodnik „Norwida” był na mistrzostwach świata w Bahrajnie. Teraz jednak chce być lekarzem.


Wracając do Twarzy Przyszłości, czy Częstochowa ma wielu sportowców osiągających wyniki na szczeblu krajowym?


I tu jest problem. Mamy świetne klubu piłkarskie, potężny klub żużlowy, ale w zespołach ligowych wciąż jest za mało częstochowianek i częstochowian, po prostu naszych dzieci. Raków z lat 90. opierał się w dużej mierze na wychowankach, z niewielkimi tylko uzupełnieniami z zewnątrz. Tu się wychowali Jerzy Brzęczek, Jacek Magiera. Mistrz Polski w kolarstwie szosowym, Grzesiu Gronkiewicz, dziś tak jak ja szkoleniowiec młodzieży, uczył się sportu na naszych drogach. Team Zibi Casio Kolejarz tworzyli obok niego cykliści z Częstochowy: Przemek Kott, Marcin Gembicz, Krzysiek Mermer. Dlatego trzeba szkolić i jeszcze raz szkolić, bo gdy zabraknie sponsorów, to będziemy mieli casus siatkarskiego AZS-u, który po prostu zniknął ze sportowej mapy naszego kraju.


Na co zwracasz uwagę przy wyborze nominowanych do tytułu?


Na sukces w sporcie i sukces w życiu zawodowym. Cieszę się, że na przykład Adam Pietraszko - kiedyś żużlowiec Włókniarza z tytułem mistrza Polski na koncie, startujący też w lidze brytyjskiej - dziś tak świetnie radzi sobie w biznesie. A to tylko jeden z przykładów