Aktualności

6 maja 2019
JAZZ PO CZĘSTOCHOWSKU
[zdjęcie aktualności]

Rozmawiamy z Tadeuszem Orgielewskim – kornecistą, założycielem zespołu Five O’Clock Orchestra, który zdobył aż pięć „Złotych Tarek” – prestiżowych nagród dla najlepszych twórców jazzu tradycyjnego.

Sylwia Góra: Spotykamy się przy okazji jubileuszu 50-lecia zespołu Five O’Clock Orchestra, który założył Pan w 1969 roku. Jak to się robi, że przez pół wieku wciąż występuje się na scenie, nagrody na festiwalach, ma swoją publiczność?

Tadeusz Orgielewski: Ostatnio zebrało się trochę tych rocznic – zespołu, Festiwalu Hot Jazz Spring i, całkiem niedawno, moje okrągłe 70. urodziny. Ale nie mam poczucia, że upłynęło aż tyle czasu. W dziewiątej klasie mój brat dał mi w prezencie płytę amerykańskiego kornecisty „Wild” Billa Davisona i to był początek mojej wielkiej miłości do jazzu tradycyjnego. Jednak rozsądek zwyciężył i zamiast do Wyższej Szkoły Muzycznej poszedłem na Politechnikę Częstochowską. Zespół zakładałem właśnie jako jej student. Muzykowaliśmy bardzo intensywnie, ale w 1977 roku wyjechałem z Polski i zespół się rozpadł. Ponownie zagraliśmy na 50-leciu Politechniki Częstochowskiej. Wtedy, w 1999 roku, jako muzyk narodziłem się ponownie i już dwa lata później - w 2001 roku pojechaliśmy na Festiwal Old Jazz Meeting, gdzie ku zdziwieniu wszystkich – nawet naszemu – zdobyliśmy „Złotą Tarkę”. Tam poznałem doskonałego trębacza Henryka Majewskiego i wirtuoza fortepianu Wojciesława Kamińskiego, który w 2005 roku dołączył do zespołu i był z nami osiem lat. To był następny etap. Potem przyszły kolejne nagrody na festiwalach. Dzisiaj gramy w innym składzie niż na początku. Na puzonie gra Jakub Moroń, na saksofonie sopranowym Leszek Nowotarski, na kontrabasie Piotr Górka, na banjo Maciej Cichoń, na perkusji Andrzej Wardęga, który obok mnie jest jedynym muzykiem z pierwszego składu i ja na kornecie.

Podkreśla Pan, że gracie jazz tradycyjny. Jednak jako gatunek jazz ewoluował. Dzisiaj mówimy o czymś w rodzaju jego podgatunków, jak np. smooth jazz, jazz rock, jazz improwizowany. Czy to dla Pana wciąż jazz?

Jazz, który mnie interesuje i który gram, to ten obejmujący wszystko od momentu jego powstania aż do gatunku swing włącznie. Potem był Charlie Parker, od którego zaczyna się jazz nowoczesny. I dziś to właśnie tego uczą w szkołach. Louis Armstrong, Leon „Bix” Beiderbecke, Duke Ellington - to tylko rys historyczny. Niektórzy nawet trochę wstydzą się uprawiać jazz tradycyjny. Ja traktuję to jako swoją misję. Nawet Festiwal Hot Jazz Spring, który stworzyliśmy, to festiwal jazzu tradycyjnego i staramy się właśnie takich muzyków na niego zapraszać. Chcemy przybliżać go publiczności, nawet jeżeli jest to tylko garstka ludzi.

Poruszył Pan ciekawą kwestię – odbiorców muzyki jazzowej. Czasem można odnieść wrażenie, że dzisiaj jazz jest muzyką, której słuchacze trochę się boją. Nie wiedzą, jak się przy niej zachować.

Właśnie tak. Niestety u nas kuleje edukacja muzyczna. Również kilkadziesiąt lat temu rząd o wiele chętniej wspierał kulturę wysoką, a nie tylko to, co się opłaca. W latach pięćdziesiątych zespoły jazzowe miały się świetnie i wiele z nich zaczynało właśnie od jazzu tradycyjnego. Dzisiaj – mówię to z bólem – jest to raczej muzyka niszowa. Nie mogliśmy patrzeć na to, jak ta tradycja zanika i dlatego stworzyliśmy Festiwal Hot Jazz Spring. Mamy też swój klub „Five O’Clock”, gdzie w każdy czwartek organizowany jest jakiś event muzyczny i zawsze mamy na nim swoją dość liczną publiczność.

A do jakiej tradycji jazzowej odnosi się zespół Five O’Clock Orchestra? Co jest Panu najbliższe?

W jazzie tradycyjnym jest taki styl – styl chicagowski, którego przedstawicielem jest mój mistrz „Wild” Bill Davison. Jego zdjęcie do dziś wisi nad moim biurkiem. Dodatkowo dla mnie jako kornecisty ważny jest jeszcze „Muggsy” Spanier. Jako muzyka jazzowego kształtował mnie również mój mistrz, mentor i przyjaciel Henryk Majewski.

Czy obserwuje Pan młodą scenę jazzową i ma Pan może swoich ulubieńców, którym kibicuje?

17 maja, w ramach akcji „Aleje - tu się dzieje!” będziemy koncertować z młodym saksofonistą altowym Krzysztofem Srokoszem, który ma 17 lat i chce grać z nami jazz archaiczny, który grano w Nowym Orleanie w latach dwudziestych XX wieku. Marzy mi się młodzieżowy zespół jazzu tradycyjnego, któremu bardzo chętnie bym pomagał. Niestety teraz gra się głównie jazz nowoczesny, ale my konsekwentnie idziemy pod prąd. Na jam session w naszym klubie młodzi mają okazję zagrać z wielkimi mistrzami, takimi jak na przykład Wojciech Karolak. Wtedy muszą się często przestawić na ten gatunek archaiczny i może to być chwila, w której go pokochają.

A czy po tych wszystkich latach na scenie zostało Panu jeszcze jakieś jazzowe marzenie do spełnienia?

To może zacznę przewrotnie – jedno takie marzenie już spełniłem. Zagrałem ze Scottem Hamiltonem – jednym z najlepszych na świecie saksofonistów. To moje największe osiągnięcie. Jednak jest jeszcze jedna taka rzecz… chciałbym pojechać do Nowego Orleanu jako muzyk. Zagrać w Preservation Hall, gdzie koncertowali pierwsi muzycy jazzowi. Tam narodziła się ta muzyka. Legenda. Dla mnie byłoby to dopełnienie całości.