Aktualności

31 października 2019
DEKONSTRUKCJA MĘŻCZYZNY
[zdjęcie aktualności]

Andrzej Saramonowicz - scenarzysta, reżyser filmowy, producent, dziennikarz i dramaturg - debiutuje w Częstochowie jako reżyser teatralny. Do repertuaru Teatru im. A. Mickiewicza wprowadza kultowy „Testosteron”, którego jest autorem. Widzowie tytuł kojarzą przede wszystkim z jego filmowej adaptacji z 2007 r.

Magda Fijołek: Ten debiut teatralny to wyzwanie czy też raczej kusząca propozycja?

Andrzej Saramonowicz: Jedno i drugie. A przede wszystkim pragnienie, by – o ile to możliwe – przeżywać życie w jak najbardziej atrakcyjny sposób. Nie chcę się nudzić twórczo, więc staram się być nieustannie kreatywnym i dostarczać sobie nowych bodźców. A teatr fascynuje mnie od lat. Najpierw jako widza, potem autora sztuk, teraz poczułem, że chcę spróbować pracy reżysera teatralnego. Wierzę, że dzięki temu będę miał również coś ciekawego do powiedzenia. Ale zdaję też sobie sprawę, że moje subiektywne pragnienia to mało i wiem, że najważniejsza jest publiczność oraz jej satysfakcja. A już zwłaszcza w przypadku komedii. Więc obiecuję, że będzie śmiesznie, momentami też refleksyjnie, a moim największym marzeniem jest zrobić na tyle atrakcyjny spektakl, by widzowie chcieli go obejrzeć więcej niż raz. Bo naprawdę udana komedia to jest zawsze produkt wielokrotnego użytku.

Tak jak było to w przypadku inscenizacji „Testosteronu” w wielu teatrach w Polsce oraz w Czechach, Słowacji, Turcji, Bułgarii, Rosji, Austrii, Rumunii, Estonii, Litwie, Białorusi i na Węgrzech?

To prawda, wszędzie, gdzie „Testosteron” był do tej pory grany, stawał się frekwencyjnym sukcesem, choć za każdym razem reżyserował go ktoś inny. Teraz przyszedł czas na reżyserską wersję samego autora.

Czego mogą się spodziewać widzowie po Pana spektaklu, szczególnie ci, którzy widzieli już filmową wersję „Testosteronu”?

Tego, że zobaczą tę samą historię, ale zupełnie inaczej opowiedzianą. Przypominam, że film z 2007 roku był adaptacją sztuki, którą napisałem pięć lat wcześniej. Ci, którzy znają jedynie wersję filmową, zdziwią się, że jest dużo mniej bohaterów, nie ma na przykład żadnych kobiet. Moim zdaniem „Testosteron” sceniczny ma czystszą formę niż film, choćby dlatego, że idealne zachowuje klasyczną zasadę jedności czasu, miejsca i akcji – wszystko dzieje się jednej nocy, w jednym miejscu, z tymi samymi bohaterami. W częstochowskiej inscenizacji wszyscy spotykają się w japońskiej restauracji sushi, gdzie odbywa się wesele po ślubie, do którego nie doszło. W „Testosteronie” z 2019 roku poczyniłem dużo zmian w stosunku do pierwotnego tekstu sztuki sprzed siedemnastu lat i takiej wersji po liftingu nigdzie jeszcze nie było. Bardzo mi zależało, by nie był to odgrzewany kotlet, tylko całkiem nowe, świeże danie. Nie należy się spodziewać farsy z grubym chichotem, ale inteligentnej, momentami wręcz gorzkiej, komedii. Choć śmiechu będzie w niej sporo, obiecuję.

Główną myślą sztuki jest dekonstrukcja męskiego żywiołu, zdarcie z niego różnych masek. Co zatem mężczyzna skrywa pod tymi wszystkimi maskami?

Wrażliwość, delikatność i pragnienie miłości.

Czy z perspektywy 17 lat, od kiedy napisał Pan tekst sztuki, mężczyźni się zmienili? Jacy są obecnie?

Myślę, że obecnie mężczyźni – zwłaszcza młodzi – są jeszcze bardziej zdezorientowani i niepewni roli, jaką mają pełnić we współczesnym świecie niż w czasach, kiedy napisałem tę sztukę. U kobiet wzrasta silne poczucie podmiotowości, tymczasem mężczyźni zaczynają się coraz poważniej lękać, że fundament, na którym ich rola kulturowa (lider, opiekun rodziny, przewodnik itp.) została zbudowana, się wywrócił. Proszę zobaczyć, do czego to prowadzi: według ostatnich badań, współczesne młode Polki idą w kierunku liberalizmu, zaś młodzi Polacy – zwłaszcza ci słabo wykształceni - zasklepiają się w jakiejś wulgarnej wariacji neokonserwatywnej, która najchętniej ponownie zapędziłaby kobiety do kuchni, macierzyństwa, modlitwy i posługi seksualnej. To wszystko ze strachu. Bo czego się najbardziej boi młody Polak bez studiów? Wojny? Śmierci? Chorób cywilizacyjnych? Zmian klimatycznych, które utrudnią mu życie? Nie. On drży przed tęczową flagą i jakimś wyimaginowanym potworem o imieniu Dżender. Przecież to żałosne.

Pan ma liberalne poglądy?

Liberalno-konserwatywne.

Oooo, a jakie konserwatywne?

Rodzina jest dla mnie najważniejsza. To w dzisiejszym świecie bez wątpienia mocno konserwatywne stanowisko. Ale przede wszystkim jestem liberałem, który dopuszcza do istnienia bardzo wiele modeli życia społecznego i osobistego. Uważam, że o ile nie krzywdzi się innych i nic na nich nie wymusza, to wszystko jest dozwolone. I z całego serca nie znoszę żadnych fundamentalizmów, bez znaczenia, czy są prawicowe czy lewicowe.

To jest Pana kolejne spotkanie z Częstochową. Współtworzył Pan tutaj film „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, w zeszłym roku był gościem Festiwalu im. Braci Krzemińskich, teraz reżyseruje Pan spektakl...

No, a jako młody, zaangażowany katolik przychodziłem tu czterokrotnie z pielgrzymką…

Czyli można powiedzieć, że reżyserowanie spektaklu to Pana kolejna pielgrzymka do Częstochowy, a pierwsza do częstochowskiego teatru?

I mam cichą nadzieję, że nie ostatnia. Z wielką radością przyjąłem zaproszenie dyrekcji Teatru im. A. Mickiewicza - Magdaleny Piekorz i Roberta Dorosławskiego - bym właśnie w Częstochowie zadebiutował jako reżyser teatralny. I na tyle mi się ta praca spodobała, że zaraz po tutejszym „Testosteronie” biorę się za reżyserowanie kolejnego spektaklu, tym razem w warszawskim Teatrze Polonia u Krystyny Jandy. To będzie przestawienie, w którego pierwszym akcie pokażemy „Policję” Sławomira Mrożka, a w drugim moją prapremierową sztukę „Noc zatracenia”. Całość złoży się na obraz współczesnej Polski.

Czy to oznacza, że Andrzej Saramonowicz będzie teraz reżyserem teatralnym?

Jeżeli publiczność dobrze przyjmie moją pracę, to z wielką chęcią. Ale ja zawsze podkreślam, że lubię wielobój. Więc mój kolejny plan po sztuce w Teatrze Polonia, to dokończenie scenariusza i wyreżyserowanie na jego podstawie filmu. A jeśli się nie uda – bo dożyliśmy smutnych czasów, kiedy poglądy polityczne twórcy mogą mu blokować dostęp do filmowych funduszy – to może napiszę powieść? Nie wiem jeszcze, jak będzie, wiem tylko, że chcę żyć jako człowiek wewnętrznie wolny.

A może powinien Pan zrobić film historyczny?

To dziś jest w modzie. Aż tak modny to ja być nie zamierzam. Bardzo lubię historię, studiowałem ją przecież, ale nic nie będę robił na siłę. Powtarzam – najważniejsze, by żyć jako człowiek wewnętrznie wolny.

Rozumiem, że w częstochowskim teatrze nie czuje się Pan jak persona non grata?

Ależ skąd! Trudno mi sobie wyobrazić lepsze warunki do utraty teatralnego dziewictwa. Reżyseruję własną sztukę, z aktorami, których sam do niej wybrałem i którzy z poświęceniem oddają się pracy, mam przychylność dyrekcji i wspaniałych współpracowników: muzykę do spektaklu zrobił wybitny polski jazzman Marek Napiórkowski, światło ustawiał operator, z którym nakręciłem wszystkie swoje filmy, czyli Tomasz Madejski, scenografię i kostiumy przygotowała niezwykle uzdolniona Zuzanna Markiewicz, a plakat narysował mistrz Andrzej Pągowski. Mam więc nadzieję, że wysiłek tej niezwykłej ekipy spodoba się publiczności w Częstochowie. A także wszędzie indziej, gdzie trafimy z tym spektaklem. Bo jeszcze raz muszę to podkreślić: robimy to wszystko, by widzom – obojętnie gdzie się z nimi spotkamy - sprawić naszym „Testosteronem” prawdziwą frajdę.