Aktualności

15 listopada 2019
MALARSKA MEDYTACJA
[zdjęcie aktualności]

Rozmawiamy z Arkadiuszem Dzielawskim – malarzem, fotografikiem i projektantem - który jest pomysłodawcą i kuratorem Festiwalu Sztuki „Realizm, a zmysły mami”. 16 listopada Muzeum Częstochowskie zaprasza na kolejną odsłonę tego projektu.

Sylwia Góra: Spotykamy się przy okazji cyklu wystaw „Realizm, a zmysły mami”, których jesteś pomysłodawcą i kuratorem. Jak narodził się ten pomysł i jaka idea za nim stoi?

Arkadiusz Dzielawski: Pomysł pojawił się dwa lata temu, kiedy zostałem zaproszony do udziału w wystawie „Metamorfoza/magia w obrazie”, prezentującej prace nadrealistów z całej Polski. Przeglądając katalog, zacząłem liczyć, ilu z nich jest z Częstochowy. Naliczyłem siedmiu albo ośmiu i pomyślałem, że warto byłoby zrobić wystawę w naszym mieście, gdzie nadrealistów – także znanych na świecie, jak choćby Tomasz Sętowski czy Jerzy Kędziora – działa całkiem sporo. Przy okazji swojej indywidualnej wystawy podzieliłem się tym pomysłem z ówczesnym dyrektorem „Gaude Mater” Tadeuszem Piersiakiem, który utwierdził mnie w przekonaniu, że jest on wart realizacji. Początkowo myśleliśmy o szerszych działaniach – nie tylko wystawach, lecz także akcjach w przestrzeni miasta, spotkaniach z artystami, wykładach itp. Rzeczywistość to zweryfikowała i na razie zaczynamy od cyklu trzech wystaw: preludium w Ośrodku Promocji Kultury „Gaude Mater”, rozwinięciu w Muzeum Częstochowskim w Parku im. S. Staszica i finałem w Konduktorowni. Pokażemy prace siedemnaściorga artystów związanych z Częstochową. W „Gaude Mater” w oniryczny nastrój wprowadzi nas Wojciech Kołsut i jego teatr uliczny, a w Pawilonie w Parku im. S. Staszica wystąpi Teatr Tańca Włodzimierza Kucy. Będzie też miejsce dla fotografii (Małgorzata Kozakowska) czy rzeźby (Jerzy Kędziora, Mariusz Chrząstek). Malarstwo zaprezentują: Janusz Rafał Głowacki, Anastasiya Markovych, Jurij Markovych, Marian Michalik, Borys Michalik, Andrzej Sajewski, Mikołaj Sętowski, Dariusz Ślusarski, Artur Wawrzkiewicz, Arkadiusz Zając, Krzysztof Żyngiel i Arkadiusz Dzielawski. Chcielibyśmy, by była to pierwsza edycja Festiwalu jako cyklicznego wydarzenia, pojawiającegosię na mapie Częstochowy co dwa lata. Wszystko zależy od tego, z jakim przyjęciem się spotkamy, czy częstochowianie będą chcieli oglądać wystawy i uczestniczyć w festiwalu.

A jakie jest Twoje doświadczenie? Czy sztuka surrealistyczna, czy też nadrealistyczna, ma wciąż swoich odbiorców, wchodzi z nimi w dialog, jest ważnym głosem?

Moje doświadczenia pokazują, że tak. Wystawy zbiorowe, w których brałem ostatnio udział: „Metamorfoza”, „W poszukiwaniu piękna” czy „Magical Dreams V” cieszyły się dużą popularnością. W Częstochowie również odbyło się kilka wystaw, które wzbudziły wielkie zainteresowanie. W 1995 roku miała miejsce ekspozycja „Surrealiści polscy”, z tak wielkimi nazwiskami jak Kazimierz Mikulski, Jerzy Tchórzewski, Władysław Hasior, Franciszek Starowieyski, Tadeusz Brzozowski, Tadeusz Kantor, Zdzisław Beksiński czy Jerzy Nowosielski. Rok 2018 to z kolei wystawa „Salvador Dali vs Tomasz Sętowski”. Pomysłodawcą i kuratorem obu prezentacji był Marian Panek. W tym roku odbyła się szczególna dla mnie wystawa „Ojciec i syn” poświęcona twórczości Mariana i Borysa Michalików. Jeśli chodzi o dialog z odbiorcą, to chyba każdy twórca kreuje własny język symboli, metafor i znaków, który jest jednak tak czy inaczej zrozumiały dla wszystkich. Pismo obrazkowe istnieje od wieków i nadal otacza nas na każdym kroku. Nawiązanie kontaktu z odbiorcą, rozmowa z nim przez moje obrazy są dla mnie ważne. Nawet gdy poruszam tak trudne tematy, jak śmierć czy przechodzenie w inne światy, kiedy stawiam pytania o to, dokąd zmierzamy i po co to wszystko, stosując przy tym osobistą symbolikę. Okazuje się, że jest ona czytelna także dla innych. Zdarzyło się, że ktoś oglądający obrazy w mojej pracowni, nagle stanął przed jednym z nich i powiedział: „To jest moja historia, to ja”.

A na ile ten styl jest dla Ciebie ucieczką od rzeczywistości, a na ile jej kreowaniem?

Malarstwo jest dla mnie swego rodzaju autoterapią połączoną z medytacją, bardziej udoskonalaniem i korygowaniem rzeczywistości niż ucieczką od niej. Chcę, by moje obrazy były pełne dobroci, harmonii, spokoju, refleksji nad życiem przemijaniem. Na przykład wszystkie moje bramy, drzwi to rodzaje przejść. Dokąd? No właśnie – czy po drugiej stronie coś jest, czy nie ma nic? Czy wyruszamy w dalszą podróż? Przechodzimy do innej rzeczywistości, reinkarnujemy się? Opowiadam pewne historie, a odbiorcy często odczytują je na własny sposób i znajdują w nich zupełnie inne sensy. Uwielbiam być zaskakiwany czyjąś interpretacją mojego obrazu.

Powiedziałeś, że w malarstwie opowiadasz pewne historie, tłumaczysz sensy. Po II wojnie światowej mieliśmy mocneodejście od malarstwa przedstawieniowego, narracyjnego. Silna i dominująca stała się awangarda. Pozostałe nurty były trochę jakby na marginesie. Czy zatem powiedziałbyś o swoim malarstwie, że jest narracyjne?

Wydaje mi się, że ten fundamentalny podział na sztukę przedstawiającą i abstrakcyjną nie oddaje już dzisiaj istoty rzeczy. Chciałbym żeby moje obrazy ewokowały piękno, harmonię, pozytywne wartości, pełnię. Do tego, co teraz maluję, dochodziłem latami. Na studiach interesował mnie zupełnie inny język, np. idea rosyjskiego konstruktywizmu, pewien romantyzm tego konceptu, jego utopijność. Do tej pory jednym z moich ulubionych artystów jest Roman Opałka i jego obrazy liczone. Te fascynacje są na przeciwnym biegunie tego, czym się obecnie zajmuję i czym teraz jest moja sztuka. Uwielbiam przy pracy słuchać audiobooków. Do niektórych wracam po kilka razy. Kocham kino jako medium, które również tworzy opowieść. To wszystko – jakieś zdanie, obraz – nagle rezonuje w mojej wyobraźni i tworzy nową historię na płótnie. Odpowiedź na Twoje pytanie jest więc taka, że owszem – opowiadam swoimi obrazami historie.

Kończyłeś Liceum Plastyczne i Wydział Sztuki na częstochowskiej uczelni, a więc był czas, kiedy poszukiwałeś nie tylko swojego języka, ale też uczyłeś się warsztatu. Często Akademia odbierana jest jako skostniała forma „wytwarzania” artysty. Jaki jest dzisiaj Twój stosunek do studiów artystycznych? Czy to dobre miejsce do poszukiwania mistrza, swojej drogi, czy raczej ograniczające? No i jak to jest z tym warsztatem?

Myślę, że każda droga, która prowadzi do celu jest dobra, jednak większe umiejętności dają większą swobodę twórczą. W czasie studiów celowo wybrałem jako specjalizację projektowanie plastyczne, pozostawiając malarstwo wyłącznie dla siebie. A malować i myśleć o malarstwie uczyłem się jeszcze przez wiele lat, rozszerzając arsenał swoich umiejętności i zdobywając wiedzę. Lubię eksperymentować, pozostawiać jakieś znaki szczególne, wyróżniające mnie spośród innych twórców, ukazujące moją indywidualność i człowieczeństwo.

Kiedy zatem Twój obraz jest gotowy?

Bardzo często praca koncepcyjna nad obrazem trwa do samego końca. Przenoszę, zamalowuję, przemalowuję. Staram się namalować obraz najlepiej jak mogę na danym etapie życia. Czasem bywa nawet tak, że klient już zapłacił i przychodzi odebrać obraz, ale musi na niego jeszcze chwilę poczekać. To może trwać w nieskończoność, ale kiedy zauważam, że więcej zamazuję niż domalowuję, wiem, że pora powiedzieć sobie dość.

Skoro już padło słowo klient. Jak to jest z tym rynkiem sztuki w Polsce? Z odbiorcami, ale także kupującymi prace, które nie są masową produkcją, ale indywidualnym, pojedynczym dziełem? Czy artysta może być zawodem?

Sztuka ze swojej natury jest adresowana do szczególnego odbiorcy i z pewnością są w Polsce osoby, które są gotowe być jej mecenasami. Oczywiście sytuacja społeczno-polityczno-ekonomiczna naszego kraju w ostatnich kilkudziesięciu latach umiejscowiła nas na peryferiach światowego – nazwijmy to – handlu sztuką. Jednak nie jest źle, skoro wielu artystom, między innymi i mnie, udaje się żyć ze sztuki. Bardzo ważna jest promocja polskiej sztuki w kraju i za granicą. Ma temu służyć również nasz festiwal „Realizm, a zmysły mami”, umożliwiając szerszą prezentację i promocję twórczości artystów związanych z naszym miastem.