Aktualności

22 grudnia 2014
Islandia zdobyta
[zdjęcie aktualności]

Jego przypadek przekonał nas, że na tej magicznej wyspie, gdzie mieszka tyle osób co w Białymstoku, można zajmować się wieloma rzeczami i pasjami. Częstochowianin TOMASZ CHRAPEK, z wykształcenia informatyk, obecnie zasiada w radzie miejskiej Reykjaviku, rozwiązując problemy imigrantów, jest także ratownikiem górskim i islandzkim mistrzem paralotniarstwa.

Daniel Zalejski: Jak trafiłeś do tak odległego kraju?

Tomasz Chrapek: Islandia była kontynuacją moich wcześniejszych podróży, głównie do Skandynawii. W 2006 roku wraz z przyjaciółmi ze Studenckiego Turystycznego Koła Naukowego "Per Pedes & Yeti", działającego cały czas przy Politechnice Częstochowskiej, postanowiliśmy zmierzyć się z egzotyczną legendą Islandii. Przez prawie dwa miesiące przemierzyliśmy Wyspę wzdłuż i wszerz autostopem, wspięliśmy się na najwyższy szczyt i biwakowaliśmy otoczeni najpiękniejszymi krajobrazami, jakie widzieliśmy w życiu, aż pogoda uziemiła nas w Akureyri (drugim co do wielkości mieście Islandii), gdzie postanowiliśmy spróbować szczęścia na lokalnym rynku pracy. Dla podreperowanie nadszarpniętego wyprawą studenckiego budżetu przepracowałem tygodzień w przetwórni mięsa. To dość osobliwy sposób zarobkowania. Wróciłem do kraju, by po roku, z obecną żoną Izabelą, spakować cały dobytek w plecaki i za namową kolegi, który w tym czasie zdążył już przeprowadzić się z Akureyri do Reykjaviku, udać się ponownie na Islandię - tym razem bez biletu powrotnego.

 

Studia się przydały.

Pomimo tego że każdy Islandczyk posiada po dwa-trzy “wcielenia” społeczne, to i tak tych ról dla wszystkich wystarcza. Branża nowych technologii to jedna z „białych plam”, które przyciagaja pracowników.

 

Do decyzji o przeniesieniu się tam dojrzałeś dzięki twoim życiowym miłościom - podróżom i rodzinie?

Osiedlenie się za granicą w moim przypadku nie było jakąś nadzwyczaj trudną decyzją. Doświadczenie w podróży zdecydowanie przydaje się przy przenoszeniu się do innych krajów. W STKN połknąłem podróżniczego bakcyla i w ciągu kilku lat udało mi się „na stopa” przemierzyć całą Europę - od Maroka po Svalbard, od Krymu po Islandię właśnie. Doświadczenia tego typu zbliżają do siebie ludzi; przyjaźnie i związki najlepiej kwitną, gdy tworzą się na podstawie wspólnych zainteresowań i pasji. Tak było w przypadku moim i mojej żony Izabeli - wspólne wypady w góry, biwakowanie pod gołym niebem i podróże w nieznane zrobiły swoje;)

 

Masz wiele pasji, która z nich rozwinęła się najbardziej w twoim nowym domu?

Po przeprowadzce do Reykjaviku okazało się, że mogę znaleźć społeczności zorganizowane wokół każdej z moich pasji - wspinaczka i górołażenie pielęgnuję wśród grupy ratowników górskich, fotografię uprawiamy razem z klubem fotograficznym Pozytywni.is. Jednak odkąd zacząłem przygodę z paralotniarstwem (kurs pierwszego stopnia zrobiłem pod Częstochową) już nie spoglądam w niebo tak jak przedtem - żyję trochę z “głową w chmurach”. Paralotniarstwo na Islandii jest dosyć egzotycznym i wymagającym sportem, uprawianym tylko przez garstkę zapaleńców. Mimo hulających tu wiatrów i temperatur 15-17 stopni widoki z góry są wystarczającą nagrodą. W 2013 zostałem nawet mistrzem Islandii w tym sporcie. Jestem też pierwszym reprezentantem Wyspy, który stanął na podium w zawodach zagranicznych. Eksperymentuję również z łączeniem wszystkich moich pasji - często do samochodu pakuję, oprócz paralotni, rower i sprzęt do wspinaczki; latanie daje mi także niesamowitą perspektywę do fotografowania i kręcenia wideo.

 

Przy tym wszystkim jesteś również członkiem ichniejszej "armii"?

Islandia nie posiada wojska i jest jednym z najbardziej pokojowych państw na świecie. Rolę armii przejęły ochotnicze grupy ratownicze (Landsbjörg), których członkowie stanowią ok. 1% społeczeństwa i są bardzo poważani. Wymagany jest od nich intensywny trening po umiejętności nawigacji czy budowania jam śnieżnych. Ratownikami są również kobiety. Od zawsze Islandczycy zmagali się z nieprzyjaznym środowiskiem i musieli polegać na sobie, aby przetrwać na tej wulkanicznej wyspie. Ludziom z zewnątrz ciężko sobie wyobrazić, jakie warunki mogą tu panować i jakim zagrożeniem mogą być siły natury, zwłaszcza jeśli się je lekceważy. Oprócz zagrożenia wybuchem wulkanu i związanym z tym trzęsieniem ziemi lub powodzią, w każdej chwili można się spodziewać nagłego załamania pogody z huraganowym wiatrem gnającym poziomo grad lub śnieg. Większość wyspy jest niezamieszkana i ryzyko zgubienia się w dziczy jest dosyć realne. Zatem „wrogiem” jest tu osaczająca człowieka zewsząd, bezwzględna natura. Pod żadnym pozorem nie wolno, na przykład, opuszczać samochodu, który zepsuł się na drodze, ani samemu wychodzić w góry.

 

Twoja aktywność społeczna jest doceniona, zostałeś radnym Reykaviku. Jak do tego doszło?

Prawie od samego początku związany byłem z ludźmi z kręgu byłej gazetki "Fólk" wydawanej dla społeczności imigrantów. Z nimi stworzyliśmy grupę "Landnema" (Osiedleńcy"), która była ramieniem partii Socialdemokratów. Inną sprawą była działalność na rzecz tutejszej Polonii. Ze znajomymi stworzyliśmy taką młodą, uśmiechniętą i bezkompleksową twarz nowej emigracji. Założyliśmy we wrześniu 2012 ProjektPolska.is. Przez niecałe 2 lata działalności staliśmy się jednym z największych NGOsów działających na rzecz obcokrajowców, reprezentującym największą mniejszość narodową na Islandii. Zostaliśmy docenieni za promocję dialogu międzykulturowego i walkę z uprzedzeniami zarówno przez Miasto Reykjavik, jak i największą gazetę islandzką – Frettabladid. Miejsce na liście wyborczej zaproponował mi obecny burmistrz stolicy Dagur Eggertson. Do partii zapisałem się trzy dni przed wyborami.

 

Islandia jest krajem odległym nie tylko geograficznie, z pewnością też ich mentalność jest odmienna od naszej.

Islandczycy rzadko kiedy wpuszczają obcych do swoich domów, które zarezerwowane są prawie wyłącznie dla rodziny i przyjaciół. Socjalizacja odbywa się w pracy, gdzie obecność na przerwie czy wyjazd integracyjny jest o wiele bardziej wymagana niż produktywność”. Po godzinach każdy Islandczyk wciela się w inną rolę (jak tu mówią zakłada inny kapelusz), może to być pisanie książek lub granie w kapeli rockowej. To wszystko, nie wliczając sportu, który uprawia ogromna większość społeczeństwa. Znamienne jest to, że role te przenikają się, nie ma problemu z tym, aby w pracy sprzedawać swoje płyty albo żeby przyjść do firmy z dzieckiem, kiedy przedszkole jest zamknięte. Widziałem ludzi chodzących w pracy z mokrą głową i w kapciach lub skarpetkach. Tu nikogo to nie dziwi. Kolejnążnicą jest niesamowita tolerancja Islandczyków na błąd ludzki. Tu nie wskazuje się winnych palcami - częściej szuka się rozwiązań systemowych. Obcowanie z nieprzewidywalną naturą zaowocowało specyficznym podejściem do przyszłości - eufemistycznie można by stwierdzić, że naród ten raczej nie jest najmocniejszy w planowaniu. Słynny zwrot używany tu często to “þetta reddast”, czyli mniej więcej: „samo się załatwi”.

Zdjęcia: Tomasz Chrapek