Mówi, że do życia potrzebne są jej jak tlen… malo wanie, rysowanie i fotografowanie. Nieustannie próbuje też znaleźć „złoty środek”, by połączyć te dziedziny sztuki. Z nami w rozmowie o kobietach, pasji tworzenia, inspiracjach oraz nowym Miejskim Kalendarzu na 2011 rok, autorka zamieszczo nych w nim zdjęć – Justyna Warwas-Kozak.

Magda Woch: Twoja przygoda z fotografowaniem zaczęła się dosyć późno. Wcześniej była fascynacja malarstwem, grafiką… skąd taki nagły zwrot zainteresowań?
Justyna Warwas-Kozak: No faktycznie. Tak było. Fotografią zajmuję się dopiero od jakiś trzech, może czterech lat. Ta przygoda zaczęła się tak naprawdę na początku studiów. Na pierwszym i na drugim roku mieliśmy fotografię i pracę w ciemni. To właśnie wtedy mnie tak mocno wciągnęło, że po krótkim czasie sama sobie zrobiłam ciemnię w domu. Był taki okres, że cały czas tam siedziałam i robiłam odbitki.Na początku, tak jak większość zaczynających fotografować, robiłam pejzaże, fotografowałam najbliższe mi otoczenie. Później to we mnie ucichło i dopiero
po dwóch latach jakiegoś takiego uśpienia znów narodziła się we mnie chęć, żeby dalej fotografować. Tylko tym razem próbuję robić coś innego… coś, co robię też w malarstwie. Tak więc na pierwszym miejscu jest człowiek, a właściwie głównie kobieta… to ją chcę fotografować.
MW: No właśnie, fotografujesz głównie kobiety… skąd taki wybór?
JWK: Bo to one są mi najbliższe, najłatwiej mi się z nimi dogadać i przez to wydobyć na zdjęciu to, o co mi głównie chodzi. Marzę o tym, by w jednym spojrzeniu, w jednym geście potrafić ująć pewną opowieść. Najłatwiej mi to pokazać fotografując właśnie kobiety… no i przede wszystkim, nie ukrywajmy… kobiety są piękne. Nie mówię tutaj tylko o „klasycznych” pięknościach, modelkach, bo to jest piękno niezaprzeczalne… Mówię tu o pięknie, które jest swoistą tajemnicą, czymś magicznym w środku człowieka, co dopiero potem uwydatnia się na zewnątrz, i co ja mogę złapać w kadr. Poza tym, nie jest łatwo znaleźć odważnego faceta, który nie bałby się w tę często zwariowaną i teatralną stylizację wpisać (śmiech).

MW: Jak to jest najczęściej… najpierw pojawia się modelka czy jakiś koncept, wizja tego, co chcesz zrobić. Co podporządkowujesz czemu?
JWK: A to jest bardzo różnie. Bo czasami widzę jakąś twarz i wtedy pojawiają się różne pomysły… na to, co można z nią zrobić. Kadry układają mi się wtedy przed oczami zainspirowane, często nawet nieznajomą mi osobą. Czasem z kolei faktycznie jest tak, że wcześniej wymyślę sobie jakiś projekt, rozpiszę go dość szczegółowo i dopiero wtedy szukam twarzy, która by mi do niego pasowała… tak, że tu chyba nie ma reguły… i całe szczęście zresztą.
MW: Czego szukasz w swoich modelkach?
JWK: To też bardzo różnie. Ja, szczerze mówiąc, lubię takie dość mocne, surowe twarze… a nawet takie dość męskie rysy i uwielbiam tak aranżować wtedy sesję, by powstawały mocne kontrasty pomiędzy modelką, a całą stylizacją. Czasami, kiedy mi się przeje ten typ urody, to też lubię sfotografować kogoś, kto ma taką anielską buzię…Także różnie to z tym moim wyborem modelek bywa… Zawsze jednak fajnie jest fotografować modelkę z taką przysłowiową iskrą w oku.
MW: Co daje ci fotografia, czego nie dawało ci malarstwo…
JWK: U mnie fotografia i malarstwo się przeplatają. Nie mogę powiedzieć, że jedno wyklucza drugie, czy że w jednym odnajduję to, czego nie odnajduję w drugim. Te dwie rzeczy są tak połączone, że już nie mogę ich rozerwać. Ja cały czas szukam jakiegoś takiego złotego środka, żeby te techniki – fotografię, rysunek i malarstwo – połączyć. Szukam, szukam już od dobrych trzech lat, eksperymentuję i mam nadzieję, że może za jakieś dwadzieścia lat mi się to uda znaleźć… (śmiech). Myślę, że fotografia jest fajnym uzupełnieniem malarstwa, tak jak malarstwo jest uzupełnieniem fotografii. Ten kolor, który u mnie się pojawia, wziął się właśnie z malarstwa, bo gdyby nie malarstwo, to pewnie nie było by go w takiej formie, w takim przekazie, a być może nie byłoby go w ogóle.
MW: Bardziej inspiruje Cię fotografia modowa czy portretowa? Bo próbujesz i takiej i takiej?
JWK: Tak, próbuję jednej i drugiej. Ja w ogóle nie chcę się zamykać na jakąś jedną, czy dwie konwencje. Wszystko jest zależne od mojego nastroju, od humoru, no i od tego z kim akurat udało mi się nawiązać współpracę. Bo jeśli z projektantami, to wiadomo, że to ich rzeczy są dla mnie inspiracją, punktem wyjścia dla moich zdjęć. Czasem jest odwrotnie. To ja mam jakiś pomysł i staram się wyszukiwać młodych, zdolnych projektantów, których rzeczy wpisują się jakoś w ten mój projekt.

MW: Dużo tego typu modowych projektów realizujesz?
JWK: Chciałabym, żeby było ich więcej, natomiast w Częstochowie niestety nie ma aż takiego mocnego zaplecza modowego. Dlatego jeśli tylko zdarzają mi się takie projekty, to bardzo chętnie je realizuję. Wtedy zawsze bardzo mocno staram się, mimo wszystko, w tych zdjęciach przemycić jakąś cząstkę siebie. Kiedy twoje zdjęcie nie mówi twoimi słowami, to jest zmarnowanym kadrem. Marzę, by choć zbliżyć się do takiego fenomenu,jak Steven Meisel. Nikt nie potrafi w zdjęcia stricte fashionowe, w to wielkie haute-couture, wplatać wątków czysto społecznych, ekologicznych, o naprawdę mocnym wydźwięku, tak jak on! Dla mnie to prawdziwe mistrzostwo świata!
MW: Oglądając Twoje zdjęcia, można mieć wrażenie, że przenoszą nas w inne krainy, nieco oniryczne… czasem urzekająco piękne, ale czasem też nieco przerażające… Gdzie szukasz inspiracji do swoich zdjęć?
JWK: To bardzo dobrze, że ktoś te moje prace tak odbiera (śmiech), bo dla mnie to cały czas jest za mało tego klimatu, a ja rzeczywiście staram się, żeby te moje zdjęcia były takie trochę bajkowe, trochę senne. Mnie one zabierają w ten świat w trakcie samego kreowania projektu, potem w czasie jego realizacji… świetnie, gdy uda mi się również zabrać kogoś oglądającego w tę podróż.
MW: Na pewno Twoje ostatnie zdjęcia, robione na potrzeby miejskiego kalendarza, utrzymane są w podobnym klimacie…
JWK: O tak. Zdecydowanie. Wiesz, ja w ogóle uwielbiam filmy kostiumowe, odległe czasy, ich klimat, stroje. To wszystko bardzo mnie inspiruje. Inspiruje mnie mroczny charakter filmów Burtona, niepokojący świat książek Tokarczuk, malarstwa Caravaggia, rysunków Schielego, zdjęć Walkera i Newtona. Tych inspiracji jest tyle w mojej głowie, że czasem budzę się z nimi rano, a one podążają za mną cały dzień, i zasypiając też kotłują się we mnie, bym dopiero po czasie mogła wydobyć z tego tygla przeróżnych doświadczeń coś mojego. Dlatego też, myśląc o tym kalendarzu i mając gdzieś przed oczami takie subtelne portrety kobiet, to jednak chciałam do niego wrzucić taką bajkową cząstkę. Wtedy przypomniały mi się projekty Justyny (Justyny Waraczyńskiej- Varmy – dop.red), które widziałam o wiele wcześniej. One doskonale wpisały mi się w ten klimat, więc ściągnęłam Justynę aż z Poznania tutaj do Częstochowy, żeby ten projekt wspólnie zrealizować. Z czego, nie ukrywam, jestem bardzo zadowolona.

MW: To był dosyć ryzykowny pomysł, żeby do sesji na potrzeby miejskiego kalendarza użyć takich kostiumów, które są nie tylko bardzo teatralne, ale wręcz kubistyczne w formie… Ryzykowne tym bardziej, że w projekcie nie brały udziału profesjonalne modelki, a fotografowane dziewczyny są na co dzień urzędniczkami…
JWK: Owszem, to było odrobinę ryzykowne, ale ja tak sobie myślę, że sam fakt wrzucenia dziewczyn w inne, dziwne stroje, w zupełnie inny klimat, pozwolił im się nie co bardziej otworzyć. To, że podczas tej sesji zrobiliśmy coś innego, bajkowego, miało wpływ na efekt końcowy. Te dziewczyny faktycznie, kiedy przychodziły na sesję, to na początku były takimi paniami urzędniczkami, wystraszonymi, a nawet lekko zdystansowanymi do tego, co będziemy robić. Dopiero ten makijaż, te kolorowe stroje sprawiły, że się otwierały, że pozując, podejmowały jakieś ryzyko. Dlatego sądzę, że akurat to zderzenie dziewczyn urzędniczek z kostiumami Justyny wyszło bardzo na plus dla całego projektu.
MW: Nie bałaś się, że ten pomysł jednak nie wypali?
JWK: Wiesz co, ja się nadal boję (śmiech). Boję się jak to będzie odebrane. Mam trochę takiego stracha, ale warto było zaryzykować.

MW: Jak pracowało Ci się z dziewczynami, które w większości nie miały żadnego doświadczenia w modelingu?
JWK: I myślę, że to było w tym najfajniejsze…no wiesz, że nie miały żadnego doświadczenia w pozowaniu. Fajnie było obserwować je, jak się powoli rozluźniają, jak wchodzą w swoje role, próbują coś odegrać, jakąś historię… Dla mnie, jako dla fotografa, to są zawsze jakieś inspirujące rzeczy. Przychodzi dziewczyna bez żadnego doświadczenia, nigdy wcześniej nie stała przed obiektywem i zaczyna coś tworzyć, współdziałać z fotografem, otwierać się… to naprawdę fajna sprawa. Inaczej jest z modelkami, które niejedną sesję mają za sobą. One nie muszą się już „oswajać” z aparatem. Można zacząć od razu wyciągać z nich emocje. Zresztą ja mam taką metodę pracy, że proponuję jakąś konwencję zdjęć, ich nastrój, rzucam jakiś temat i czekam, aż te dziewczyny, które w danej chwili fotografuję, same spróbują go rozgryźć na różne sposoby. Staram się nie ustawiać swoich modelek.
MW: A tak podsumowując, jesteś zadowolona z końcowego efektu tego projektu, jakim była praca nad nowym miejskim kalendarzem?
JWK: Po ostatnich poprawkach, bo wiadomo, że te zdjęcia, które są w kalendarzu, gdzieś tam na etapie tego całego procesu twórczego ewoluowały, mogę powiedzieć, że tak, że jestem zadowolona z efektu końcowego. Jestem zadowolona, bo on jest taki, jaki sobie na samym początku założyłam, jaki od samego początku miałam w głowie.

MW: Słówko dla tych, którzy nie mieli wcześniej okazji poznać Ciebie i Twoich prac? Kim jest i co na co dzień porabia Justyna Warwas-Kozak, autorka zdjęć do nowego Kalendarza Urzędu Miasta na 2011 rok?
JWK: Justyna na co dzień jest niesamowicie szczęśliwym człowiekiem, człowiekiem szczęśliwym też z tego powodu, że może widzieć świat obrazami, widzieć go kadrami. Każdą wolną chwilę Justyna spędza na wprowadzaniu owych „wizji” w czyn, czyli na realizacji własnych projektów. Obecnie, na co dzień pracuje, jako asystent, na Akademii im. Jana Długosza, gdzie prowadzi zajęcia z rysunku i malarstwa. I nie ukrywa, że daje jej to dużo satysfakcji i porządnego kopniaka do własnej pracy twórczej.
MW: Dzięki za rozmowę.
Justyna Warwas -Kozak urodzona w Częstochowie. Absolwentka Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie i Akademii Fotografii w Warszawie. Na swoim koncie ma kilka wystaw zbiorowych (m.in. Pokonkursową Wystawę Triennale dla Młodych Malarzy im. Mariana Michalina, dwukrotnie IX Festiwal Sztuki Wysokiej w Bytomiu, 6 Międzynarodowe Biennale Miniatury) i indywidualnych. www.justynawarwas-kozak.com

W sesji do kalendarza miejskiego na rok 2011, oprócz 12 pięknych urzędniczek udział wzięli: Justyna Warwas-Kozak – autorka zdjęć, Justyna Waraczyńska-Varma – projektantka kostiumów, Żaneta Dereszewicz-Sobczyk – wizażystka, oraz Konrad Chęciński – fryzjer, stylista.