SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Fotomontaż: Dziondzior/ Maciej Mąka

Źródła częstochowskiego rave'u

5 czerwca 2024
Udostępnij

Materiał o korzeniach częstochowskiego rave’u mógłby spokojnie posłużyć jako podstawa do książki. Gdzie można było szukać pompy? A gdzie chodziło się na rave’y? Ostrzegam, będzie nieco sentymentalnie.

middle-middle-Rura-13.jpg

Podczas ostatniego Docs Gravity Film Festivalu premierę miał „Rave” w reżyserii Łukasza Rondudy i Dawida Nickela. Dokument skupiał się na luźno opowiedzianej historii polskiego rave’u i współczesnym obliczu sceny techno. Prawdziwym celem było pojednanie „klasowo” podzielonej Polski lat 90., w której z jednej strony techno było punkowo-artystyczną awangardą (na czele z Marcello Zamenhoffem), z drugiej symbolem dyskotek często tych rozsianych po małych miasteczkach (na czele z Ekwadorem w Manieczkach). Twórcy „Rave’u” przekonują, że właśnie ta część sceny była nie dość, że częścią ludowej historii Polski (sic!), to też drogą, która poprzez równość bitu wyrównywała nierówności społeczne.

Owszem, z jednej strony coś może w tym być, trochę działa nostalgia, bo nawet ja dziś - pomimo że w szkole pałałem do tej muzyki nienawiścią - lubię na jakiś spotkaniach z kolegami z klasy odpalić DJ Tiesto (który jednak wciąż jest dla mnie synonimem obciachu). Nie nostalgicznie, ale faktem jest, że klub Ekwador oddziałuje na nowe pokolenie, w filmie dj-ka nocnakawiarnia właśnie w Manieczkach odnajduje inspiracje do swoich setów. Z drugiej jednak strony na podobnej zasadzie próbowano rehabilitować disco-polo, a nawet w dokumencie pada porównanie wiksy z lat dziewięćdziesiątych do tego gatunku. Białe rękawiczki oraz gwizdki były ignorowane i wyśmiewane przez ludzi szczególnie tych z dużych miast, przynajmniej do dziś. Symptomatyczne dla dokumentu Rondudy i Nickela jest jednak także to, że w dokumencie nie pojawia się nikt z drugiej strony lustra - nie ma organizatorów, dj-ów, czy nawet gości dyskoteki z Manieczek i jej podobnych. Mamy perspektywę wielkomiejskich artystów, którzy odwiedzają Ekwador, odnosząc się do Józefa Wybickiego, chcących łagodzić nierówności z iście kolonizatorskim sznytem. Obie strony były i pewnie nadal będą zdystansowane wobec siebie, jednak ludzie odwiedzający Manieczki będą dla mnie dużo bardziej autentyczni niż ich współcześni naśladowcy.

Jak wyglądały lata 90. i początek lat 2000 w Częstochowie? Podziały były także tutaj. Szukając korzeni rave'u, trzeba byłoby się cofnąć do Klubu Wakans, gdzie odbywały się bodaj pierwsze imprezy z muzyką elektroniczną. To tam rodziła się klubowa kultura, tam swoje pierwsze kroki stawiało wielu dj-ów. Wakansowi zawdzięczamy zresztą nie tylko scenę elektroniczną, ale i choćby tę hip-hopową. Okolice placu Biegańskiego były miejscem, gdzie chodziło się w weekendy.

middle-Bez-nazwy.jpg

W połowie lat 90. otworzył się Don Kichot. Dyskoteka, która wzbudzała i wzbudza niemal tak duże zainteresowanie, jak kontrowersje wokół siebie. W podobnym okresie dwadzieścia kilometrów od Częstochowy otworzyła się największa i najgłośniejsza dyskoteka w regionie, czyli Viva w Truskolasach. Miejsce, które mogłoby być spokojnie bohaterem dokumentu „Rave” na miarę Manieczek. To między tymi miejscami toczyła się walka o klienta lubiącego polską pompę, czyli charakterystyczną odmianę techno. Z pojedynku - a jakże - zwycięsko wyszedł Don Kichot, pod którym nadal chodniki alejowe służą jako parking w weekendy, podczas gdy Viva jest aktywna w sieci jako miejsce do reklamowania sali weselnej oraz jako atrakcja dla fanów urbexu (skądinąd chętnie bym to sprawdził). Do „Donka” więc na przełomie wieków chodziły tłumy spragnione mocnej zabawy, w pełni znaczenia tego słowa.

Do wyboru przez lata było jednak więcej miejsc takich jak częstochowska Viva, Depo (w najbardziej, niesamowitej przestrzeni, jaką widziałem w Częstochowie tuż obok Dworca PKP) czy Ray. Jednak tam nie zamykała się społeczność fanów elektroniki.

W totalnej opozycji do Don Kichota i pozostałych byli miłośnicy tekno, czyli kolejnej odmiany techno. Przez lata miejscem, gdzie można było chodzić na imprezy był squat Elektromadonna, który mieścił się tuż obok wiaduktu na ulicy Warszawskiej wiodącego nad trasą DK-1. Scena punkowa była otwarta na elektronikę, szczególnie tę niezależną i pielęgnującą wartości punkowe. W Elektromadonnie odbywały się więc regularne imprezy, choćby spod szyldu działających do dziś „Unholy Beats”.

Tu, jeśli mogę pozwolić sobie, wtrącę osobistą wycieczkę. Nigdy nie byłem w obu tych jakby nie patrzeć legendarnych częstochowskich miejscach. Do dziś żałuję, że tak trudno było mi wyjść z Utopii, gdzie spędzałem dosłownie cały czas wolny i pojechać do Elektromadonny. Być może byłem za „grzeczny”. Nie żałuję, jednak drugiej decyzji, ponieważ nawet dokument „Rave” nie przekonał mnie do wizyty w Don Kichocie. Być może byłem/jestem za radykalny.

middle-Bez-nazwy2.jpg

Wracając do częstochowskiej sceny elektronicznej, trzecią odnogą była opcja, nazwijmy ją środkowa, czyli ta związana z gatunkami jak tech-house, house czy minimal. Scena, która była bezpośrednią spadkobierczynią tego, co działo się w Wakansie. Tu opcji było sporo. Mogę się pogubić w chronologii, jednak imprezy głównie toczyły się we Flashu, C4 i Rurze, choć nie można zapominać, że również kojarzona gitarowo Utopia gościła imprezy elektroniczne. Jednak to te trzy wymienione miejsca specjalizowały się w elektronice. Fenomenem z tej trójki było dla mnie C4, które znajdowało się na ulicy Sabinowskiej. Biorąc pod uwagę „alejocentryczność” to fakt, że przez lata klub cieszył się tak ogromną popularnością, jest niesamowity. Zaskakujące było również to, że gdy przeniósł się do lokalu właśnie w Alejach, nie udało mu się przetrwać zbyt długo. Ciekawostką z początku lat 2000 była również Membrana. Miejsce, które realnie spełniało rave’owe założenia. Było nie do końca legalne i otwarte tylko dla zaproszonych. Odbyło się tam niewiele imprez, ale w mojej świadomości wciąż widnieje jako jedna z ciekawszych częstochowskich miejscówek.

Zrobiło się nostalgicznie prawda? Z opisanych tych miejsc przetrwał tylko Don Kichot, którego nazwa, zapożyczona od Cervantesa, okazała się w sumie symboliczna - źródło drwin, na koniec pozostaje wciąż żywe. Jednak nadal są spadkobiercy i kontynuatorzy. Z „Donkiem” „walczy” Bristol. Misję Flasha, C4 i Rury samotnie kontynuuje działający od niedawna Punkt mieszczący się w dawnych Bostonie (niewymienionym tu wcześniej, ale również mającym klubowe korzenie). Klub działający niezależnie w prawdziwym tego słowa znaczeniu, krzewiący kulturę klubową. Nie pozwólmy, by zniknął z mapy miasta, bo bez niego elektroniczna scena stanie się bezdomna. Kontynuatora nie doczekała się - a, szkoda - Elektromadonna, choć „Unholy Beats”, co jakiś czas znajdują miejsce i nie poddają się w promocji ciężkiego techno.

Te wspomnienia mogły zawierać drobne pomyłki, szczególnie te chronologiczne. Pewnie zabrakło także kilku miejsc, a na pewno nazwisk i ksyw. Chciałem uniknąć również oceny jakości tych miejsce, choć wiadomo, że mój stosunek do dyskotek, wybrzmiał tu jasno. Faktem jest, że takie miejsca też są potrzebne, ponieważ to taniec od wieków jest formą nie tylko rozrywki, ale i sposobem na odreagowanie stresu (co dziś jest nieocenione). Nic nie ma takiej siły oczyszczenia jak taniec do porannych godzin czy to przy mocnym bicie, czy przy czymkolwiek innym. Być może gdzieś zapomnieliśmy o tym po okresie pandemii, ale warto do tego wrócić. Poranne słońce rozpływające się po Alejach sprawia, że można spojrzeć totalnie inaczej na życie, ale także na Częstochowę. W jednym z elektronicznych hymnów wokalistka Inner City śpiewała: Let me take you to a place I know you want to go.

It's a good life. Podejrzewam, że ten numer mógł lecieć w każdym z wymienionych miejsc, więc koniec końców, jednak może ta muzyka elektroniczna może nas połączyć.

Fot. Maciej Mąka, Dziondzior (Punkt)

Cykle CGK - Autorzy