573 lata w 50 minut
„Częstochowa 1220-1793” to pierwszy w mieście film wyprodukowany przy użyciu sztucznej inteligencji. 573 lata zamknięto w 50-minutowej opowieści. Premiera już 9 grudnia o godz. 18.00 w Klubie Politechnik. O wyjątkowym przedsięwzięciu opowiadają Krzysztof Kasprzak oraz Robert i Mateusz Nawrotowie.

Ile wspólnych projektów macie na koncie?
Krzysztof Kasprzak: Dużo! Zrobiliśmy razem już blisko 30 projektów. Jeśli chodzi o serię o „Częstochowie” to mamy za sobą okresy 1918-1939 i 1939-1945, a także lata 50., 60., 70., 80 oraz 90. Brakuje nam już tylko okresu 1945-1950. Oczywiście filmy te realizowaliśmy w różnej kolejności. Zależało to od wielu czynników, dostępności materiałów czy okoliczności. Jednym z pretekstów było np. stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości.
Pierwotnie „Częstochowa 1220-1793” także miała jubileuszowy kontekst, czyli 800-lecie pierwszej pisemnej wzmianki o Częstochowie. Niestety, pandemia pokrzyżowała nam plany. Konkretny pomysł padł już w 2019 roku, na premierę przyszło poczekać kilka lat.
Scenariusz mieliście gotowy?
K.K.: Zbisław Janikowski, który pisał zazwyczaj dla nas scenariusze, zdążył go jeszcze przygotować [pisarz zmarł w 2020 r. – przyp. red.]. Oczywiście to była pierwsza wersja, którą wielokrotnie potem zmienialiśmy.

Rzuciliście się na głęboką wodę. Dotychczas bazowaliście na materiałach, które… istnieją. To wiele ułatwia.
Robert Nawrot: W teorii było trochę łatwiej, Krzysiek gromadził materiały. Ale i tak zawsze
ich brakowało. Przy jednej produkcji brakowało ich tak bardzo, że do południa, w dniu premiery jeszcze kończyliśmy film.
K.K.: Wszystko zależało od scenariusza. Zbisław wyszukiwał różne ciekawe rzeczy, wszystko po to, by zainteresować widza. Bywało, że znajdował coś naprawdę fajnego, a my nie mieliśmy czym tego zobrazować. I wtedy albo usuwaliśmy ten fragment, albo dosłownie spod ziemi zdobywaliśmy te materiały.
Spod ziemi, czyli skąd?
K.K.: W takich sytuacjach naprawdę szukamy wszędzie, bo filmy nie opierają się wyłącznie na moich zbiorach. Korzystamy z Filmoteki Narodowej, z prywatnych archiwów. Dzwonimy, pytamy, prosimy. Czasami posiłkujemy się fotografiami, które animujemy.
Tym razem pokusiliście się o projekt, w którym ani zdjęcia, ani filmy Wam nie pomogą. Historia filmu rozpoczyna się pod koniec XIX wieku, Wasza opowieść rozgrywa się kilka wieków wcześniej.

R.N.: Krzysiek podejmuje się czasami takich karkołomnych, żeby nie powiedzieć szalonych pomysłów. A ja daję się w to wciągnąć. Bo jak inaczej nazwać chęć pokazania dziejów miasta od pierwszych zapisów do II rozbioru Polski? To czyste szaleństwo.
K.K.: Gdy opowiadamy o realizacji „Częstochowy 1220-1793”, wiele osób pyta: skąd mieliśmy filmy. No nie mieliśmy, bo film istnieje dopiero od jakiś 130 lat. Wykorzystaliśmy więc dokumenty, mapy, rysunki, ryciny, opisy… Wszystko, co było dostępne. Konsultowaliśmy to z profesorami Uniwersytetu Jana Długosza, nie chcąc niczego wymyślać. Pomagali nam Marceli Antoniewicz, Dariusz Złotkowski, Jerzy Mizgalski oraz archeolog Iwona Młodkowska-Przepiórowska. Zależało nam na tym, żeby to był film popularno-naukowy.
Oczywiście wśród naukowców występują pewne rozbieżności wobec niektórych historycznych kwestii. Zaznaczamy to, ale nie stajemy po żadnej stronie.
R.N.: Wydaje mi się, że największą wartością wszystkich naszych produkcji jest to, że to nie są bajki. Wszystkie filmy opierają się na faktach.
Rozmawiamy w czwórkę, ale film jest efektem pracy kilkunastu osób.

R.N.: Bazę stanowi Krzysiek. To on zbiera materiały, wymyśla, motywuje. Ja robię zdjęcia i ogarniam wszystkich, a Mateusz jest mózgiem naszych działań, odpowiada m.in. za montaż i udźwiękowienie.
K.K.: Za animacje komputerowe odpowiada Michał Krajewski, a lektorem, z którym współpracujemy od dawna jest Gracjan Respondek. Ale film jest dziełem wielu osób, które wspierają nasze działania. To konsultanci, ale i osoby, które dzielą się z nami materiałami. Wszystkim dziękujemy w napisach końcowych.
Oczywiście nic nie udałoby się bez środków, finansowych i pomocy sponsorów. Film powstanie m.in. dzięki wsparciu Urzędu Miasta Częstochowy.
Odkrywaliście historię pełną mitów i legend. Co Was najbardziej zaskoczyło?
K.K.: Do lat 90. XX wieku istniała taka teoria, że w roku 1220 była Częstochowa i Częstochówka, czyli miasto i wieś. Nie wyjaśniamy w filmie wszystkich zawiłości, tylko od razu mówimy, jak było. Nie zachował się żaden oryginalny dokument z XIII wieku, jest za to odpis z XV wieku. Wynika z niego, że ojcowie z klasztoru z Mstowa sądzili się o podatki, stąd obecność Częstochowy i Częstochówki, żeby pobierać je z obu miejscowości.

W 1985 roku wspomniany już Marceli Antoniewicz, wtedy jeszcze magister, jako pierwszy obalił tę teorię. Przeanalizował wszystkie dokumenty i doszedł do wniosku, że w 1220 roku była tylko jedna Częstochowa, która mieściła się tam, gdzie dzisiejszy Rynek Wieluński. Nie brakowało sporów, konieczne były lata badań, by naukowcy stwierdzili, że faktycznie tak było. Dodam, że przed profesorem zgłaszali to też językoznawcy. Alarmowali, że to niemożliwe, by tak zdrabniano nazwy w XIII wieku. Nikt ich jednak nie chciał słuchać.
Jak zmieścić 573 lata w 50 minutach?
K.K.: Oczywiście moglibyśmy podzielić tę historię na kilka części, ale to tylko generowałoby koszty, a raczej nie zwiększyłoby zainteresowania. Częstochowę latami trawił ogień, była niszczona, grabiona, palona przez tych, którzy chcieli zdobyć Jasną Górą. Przez lata powtarzał się więc scenariusz: palenia i odbudowywania tych drewnianych chałupek, które tu stały. Nie zapomnijmy też o chorobach przynoszonych przez pielgrzymów. Bywały lata, w których wymierała i połowa mieszkańców. Opowieści o tym raczej nie zaciekawiłyby widzów. Wybraliśmy to, co najważniejsze.

R.N.: Pracując nad każdą produkcją, myślimy o tym, co zaciekawi widzów, co może ich znudzić. Unikamy dłużyzn. Nasze doświadczenie mocno w tym pomaga. Mamy też nadzieję, że jak ktoś zainteresuje się poruszonymi przez nas tematami, sięgnie do książek i źródeł.
Z pomocą przyszła Wam technologia. Podkreślacie, że „Częstochowa 1220-1793” to pierwszy lokalny film wyprodukowany przy użyciu sztucznej inteligencji.
K.K.: Film w tej formie nie powstałby ileś lat temu. Gdybyśmy zrobili go w 2019 roku, nie byłby na pewno taki, jak dzisiaj. Byłby mniej atrakcyjny, a kto wie, może w ogóle by go nie było.
Mateusz Nawrot: A jeśli byłby to na pewno droższy, bo trzeba by zaangażować znacznie więcej osób. Wymagałoby to więcej pracy z technologią 3D, to generowałoby wyższe koszty.
Wy za to musieliście wykreować na ekranie rzeczy, które do końca nie wiemy, jak wyglądały. Przykładowo taki Częstoch, legendarny założyciel Częstochowy.
M.N.: Tu obok wiedzy, potrzebna była wyobraźnia. Opisy i interpretacje danych to jedno, a wizja artystyczna – drugie. Bez niej trudno byłoby zrealizować taki projekt, bo czasami nie mieliśmy się na czym wzorować. Pozostawały wyobrażenia. Konieczne było wykreowanie wzorca dla modelu sztucznej inteligencji. I długie godziny pracy nad tym, jak ten rycerz Częstoch powinien wyglądać. Wątpliwości mieliśmy zresztą wiele, dotyczyły choćby tego, jak wyglądał kościół, który istniał przed Jasną Górą.
K.K.: Nie mieliśmy żadnych rysunków, niczego. Szukaliśmy nawet w Watykanie, poprosiliśmy kogoś, kto mógł przejrzeć tamtejsze archiwum, ale nie znalazł tam nic. Posiłkowaliśmy się wiedzą dotyczącą tego, jakie kościoły powstawały wówczas w Polsce. Dlatego w filmie mówimy, że on mógł tak wyglądać, a nie, że tak było na pewno. I myślę, że to, czy stał bardziej w prawo, czy bardziej w lewo, był nieco wyższy czy niższy, nie ma tu aż takiego znaczenia.

Wychodzi na to, że to trochę detektywistyczna robota…
K.K.: Zdecydowanie! Tak się czasami czujemy przy pracy.
Nagrań jak wiemy nie mieliście do dyspozycji, ale na potrzeby filmu zrealizowaliście nowe zdjęcia.
R.N.: Wykorzystywaliśmy drona, kamery, aparaty. Posiłkowaliśmy się pewnymi technikami montażowymi, które też nam te ujęcia wzbogacają, czyniąc je bardziej trójwymiarowymi. Nie patrzy się na to tak, jak na czysty obraz wideo. Tu też doświadczenie robi swoje, bo sięgałem również po moje archiwalne nagrania, które gromadziłem przez lata pracy w telewizji. Stąd obecność zdjęć z wykopalisk archeologicznych, które miały miejsce na Starym Rynku. Wykorzystaliśmy również sceny inscenizowane, w które zaangażowane były grupy rekonstrukcyjne specjalizujące się w okresie średniowiecza.
Jakim „współpracownikiem” jest AI?
M.N.: Zacznijmy od tego, że nie jest tak inteligentna, jak się może wydawać. Sama przecież nic nie zdziała. Trzeba jej dostarczyć odpowiednie dane. Nie można jej nakazać: narysuj mi mapę. Z tym sobie całkowicie nie radzi. Albo polecić jej stworzenie rycerza z XIII wieku. Oczywiście zrobi nam rycerza, ale… będzie on walczył ze smokiem albo coś w tym stylu. Podobnych pomysłów ma więcej, potrafi na średniowiecznym rynku postawić drewnianego jeepa.
Dlatego ze sztuczną inteligencją trzeba rozmawiać jak z dzieckiem. To daje efekty. Podstawa to prawidłowo formułowane polecenia i podanie przynajmniej pięciu konkretnych informacji, które mają pomóc w stworzeniu obrazu.

R.N.: Sztuczna inteligencja to jest niesamowita rewolucja. Porównuje się ją do wynalezienia prądu. Wszystko zależy od tego, jak się ją wykorzystuje. Mówi się, że twórcy będą kiedyś podpisywali filmy: stworzono bez sztucznej inteligencji. Mam nadzieję, że takie czasy nie nadejdą, a moje oko i ręka połączone z kamerą, nadal będą potrzebne. Niemniej dziś cieszymy się z możliwości, jakie mamy. I jesteśmy dumni z tego projektu.
Kreci Was to?
K.K.: Oczywiście!
R.N.: Kręci nas kręcenie filmów.
Zawsze jesteście tacy zgodni? Podczas – żmudnych godzin pracy nad filmem również?
R.N.: Bardzo często mamy podobne zdanie, ale… równie często rozbieżne. Nie kłócimy się jednak. Jest nas trzech, łatwiej zdecydować, gdy wygrywa większość. Uważam jednak, że w przyszłości musimy dać większą swobodę Mateuszowi. Jest młodszy, ma inne spojrzenie, a nam zależy, żeby ta historia Częstochowy trafiła do młodszych pokoleń.
Praca nad najnowszym filmem była wymagająca, ale nie ukrywamy, że sprawiła nam frajdę. Jeśli chcecie się przekonać, jak wyglądała Częstochowa kilkaset lat temu, zapraszamy na premierę.
Ta odbędzie się już w poniedziałek, 9 grudnia w Klubie Politechnik. Liczba miejsc jest ograniczona, ale to nie jedyny pokaz, który zaplanowaliście.
K.K.: Po premierze zapraszamy na spotkanie, które poprowadzi Tadeusz Piersiak, a my opowiemy więcej o filmie. Z kolei 15 grudnia o godz. 16.00 planujemy pokaz w Miejskim Domu Kultury. Otrzymaliśmy pytania też o pokazy dla szkół, jesteśmy otwarci. Film – tak jak poprzednie - będzie rozpowszechniany na płytach DVD, pozostanie na lata w bibliotekach i domowych archiwach. Chcemy pokazać go też na festiwalach filmowych.

A kolejne filmowe plany?
K.K.: Żeby działać musimy mieć dwie rzeczy: scenariusz i pieniądze. Scenariusz pisze nam Juliusz Sętowski [szef Ośrodka Dokumentacji Dziejów Częstochowy – przyp. red.], a o środki będziemy musieli się postarać. Tym razem chcemy zająć się okresem 1793-1918. Okazja znów jest jubileuszowa, bo przed nami 200-lecie połączenia Starej i Nowej Częstochowy.
Fot. Łukasz Stacherczak
Krzysztof Kasprzak - scenarzysta, reżyser i producent filmowy, autor cyklu filmów dokumentalnych o historii Częstochowy; szef firmy Kas Film, zajmującej się produkcją filmów dokumentalnych i promocyjno-reklamowych.
Mateusz Nawrot – doświadczony montażysta filmowy oraz specjalista ds. sztucznej inteligencji, generowania treści i animacji, absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej.
Robert Nawrot – operator kamery z ponad 30-letnim doświadczeniem w branży filmowej i telewizyjnej. Twórca filmów dokumentalnych i reklamowych, założyciel częstochowskiego oddziału telewizji NTL grupa ITI.
