SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Zaczęło się od miłości, a na bohaterstwie skończyło

7 marca 2025
Udostępnij

Koncert to był, że ach! Prawdziwa muzyczna huśtawka nastrojów. Fortepian plumkał już to rzewnie, już to figlarnie, a namiętnie na końcu. Potem waliły bębny i dziarsko śpiewały waltornie. Publiczność nie szczędziła braw.

middle-481290699_1232596308651785_5690390966154842430_n.jpg

Ostatnio tak się jakoś składa, że pachnie w naszej filharmonii muzyką wielkich Niemców. Dopiero co byli w programie koncertu symfonicznego Brahms i Beethoven, teraz (28 lutego) dla odmiany Beethoven i Schumann. Nie, że się skarżę. Na Beethovena - niemals. Nigdy.

W każdym razie udział Schumanna zwiastował romantische Atmosphäre i była ona wyczuwalna tak silnie, że jeszcze przed koncertem jakaś para w samym środku trzeciego rzędu całowała się publicznie i zawzięcie, nie bacząc na prawie pełną widownię za sobą. Nie należy się jednak ani dziwić, ani wzburzać. Uczestnicy tej demonstracji uczuć korzystali po prostu z okazji. Bo jak często zdarza się człowiekowi tło do pocałunku tak atrakcyjne jak elegancki, lśniący tajemniczo wypolerowaną czernią fortepian marki Steinway & Sons?

No właśnie, filharmonia przygotowała steinwaya, czyli jedną ze swoich wunderwaffe, gdyż gwiazdą koncertu był pianista Antonio di Cristofano, muzyczna znakomitość z Włoch. Nauki pobierał we Florencji, a kiedy patrzy się na jego koncertografię, łatwiej wyszukać zespoły, z którymi NIE koncertował i miejsca, w których NIE występował. A teraz przyjechał do nas, by zagrać częstochowianom, jak to przed laty Robert Schumann kochał się w Klarze Wieck. Bo – jak twierdzą znawcy historii muzyki – tym właśnie uczuciem, własnymi przeżyciami inspirował się kompozytor pisząc Koncert fortepianowy a-moll op. 54, czyli utwór z pierwszej części wieczoru 28 lutego w Filharmonii Częstochowskiej.

middle-476371204_1232596905318392_9124892795210585764_n.jpg

Jak zatem słynny kompozytor kochał się w słynnej pianistce? Na początku bardzo serio, bez żadnych tam flirtów. Potem całkiem wesoło, w tonacji jak najbardziej durowej. I wreszcie namiętnie. A jak zagrał to włoski Klavierspieler? Romantycznie. Choć nie aż tak bardzo romantycznie jak na przykład Liszt, z artystycznym potrząsaniem głową i natchnionymi pozami. Był bardzo spokojny i skupiony; „uważność” to słowo, które od razu przyszło mi do głowy. Nie to jednak było – moim zdaniem – najlepsze w jego interpretacji. Widzicie, Antonio di Cristofano grał tak, że słuchacz zaczynał zwracać uwagę na… ciszę pomiędzy dźwiękami. Sprawił, że i ona, i one były równie ważne. I równie piękne. I równie wymowne. Marek Niedźwiecki, ten z radiowej „Trójki” powiedział kiedyś przy jakiejś nastrojowej piosence: muzyka jest ciszą. Antonio di Cristofano pokazał nam, że cisza jest muzyką.

Oczywiście wyklaskaliśmy bis. Spodziewaliśmy się Chopina, ponieważ Adam Klocek dyrygujący tego wieczoru orkiestrą przypomniał, że to Schumann jako pierwszy z zachodnich recenzentów poznał się na Chopinie, pisząc o nim: Kapelusze z głów, panowie, oto geniusz!. Czekała nas jednak niespodzianka, prawdziwe Überraschung. Solista siadł przy klawikordzie / I z wolna jął próbować akord po akordzie. - O rany, gra Rachmaninowa - zdumiał się mój sąsiad z rzędu, dwa fotele dalej.

middle-481287899_1232596545318428_7012271775543518399_n.jpg

Solista nie dał się namówić na dalsze popisy. Bisował raz, ukłonił się pięknie, wręczony mu kwiat przekazał rycersko pani koncertmistrzyni i bezpowrotnie zniknął za kulisami - hinter den Kulissen. No to poszliśmy na przerwę, szykując się duchowo na symfoniczną część wieczoru.

A było na co czekać. „Eroica”, czyli III Symfonia Es-dur op. 55 Ludviga van Beethovena cieszy się ogromną sławą, choć może nie tak großartig jak jej młodsze siostry - piąta, siódma i dziewiąta. Niemniej, co podkreślił Adam Klocek, właśnie w „Trójce” kompozytor po raz pierwszy przekroczył linię dzielącą wielkość od geniuszu i znalazł się po tej drugiej stronie.

Słuchaliśmy zatem, rozpamiętując opowieść dyrygenta, jak to Beethoven dedykował swoje dzieło Napoleonowi, ale der Enthusiasmus przeszedł mu z miejsca, gdy Bonaparte koronował się na cesarza. Było to tuż przed ukończeniem „Trójki”. Kompozytor usłyszawszy wieści z Paryża wpadł w gniew tak wielki, że skreślając dedykację w alteracji złamał pióro. Ostatecznie utwór dostał podtytuł: „Symfonia bohaterska, napisana ku uczczeniu pamięci wielkiego Człowieka".

middle-481269578_1232596865318396_6892335229468678347_n.jpg

Co do stężenia heroizmu, to III Symfonia pozostaje dziełem elegancko nieprzesadnym (taki Wagner z pewnością by dudnił mocniej). Publiczności częstochowskiego koncertu najbardziej podobała się część III kompozycji, gdzie tego bohaterstwa jest chyba najmniej, toteż dyrygent wybrał ją na bis.

Taaak… Full-Service, można powiedzieć: z jednej strony bardzo romantisch, z drugiej heroisch. Czegóż chcieć więcej?


Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska

Joanna Skiba - czytaj więcej