95 lat chóru Pochodnia. Jubileusz wypadł śpiewająco
Dzisiaj to Stowarzyszenie Śpiewacze „Pochodnia”. Jego historia zaczyna się w Częstochowie w 1930 r. Przez te wszystkie dekady żyło muzyką. 21 listopada fetowało swoją rocznicę w filharmonii. Wieczór był bardzo udany. Więcej, był super.

Prowadząca koncert Beata Młynarczyk uświadomiła słuchaczom, jak bardzo jest on niezwykły. Oto z dwóch powodów. Po pierwsze, upamiętnia aż 95 lat istnienia Rzemieślniczego Chóru Męskiego „Pochodnia”, jednego z najstarszych działających zespołów tego typu w Polsce. Po drugie, łączy muzyczne sacrum ze sferą przeciwną mu, bo ze światem filmu.
Fakt, że już od XIV wieku kompozytorzy „kościelni” uprawiali flirty z muzyką służącą rozrywce. Nie mieszali oczywiście tych dwóch obszarów, stosowali jednak te same rozwiązania techniczne i artystyczne. Przykładem współczesnego twórcy, który po mistrzowsku poruszał się po obu tych drogach, był Wojciech Kilar, autor niemal 150 ścieżek filmowych, piszący jednocześnie muzykę koncertową, także sakralną.

Nie poszedł natomiast jego śladami Krzysztof Penderecki, choć wiele dzieł filmowych zilustrowano jego kompozycjami. Tak naprawdę jednak samodzielnie stworzył kompletną ścieżkę dźwiękową tylko do „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa. Tego eksperymentu już nie powtórzył, ale pozwalał reżyserom sięgać po swoje - istniejące odrębnie - utwory. Korzystali z tej promesy m.in. Wajda i Has, ale też Stanley Kubrick w „Lśnieniu”, Martin Scorsese w „Wyspie tajemnic”, David Lynch w jednym z odcinków „Twin Peaks” czy William Friedkin w „Egzorcyście”. Kompozytor tłumaczył swój dystans tym, że zasypany zamówieniami producentów przeszedłby zupełnie na stronę muzyki filmowej, a tego wolał uniknąć.
Skąd ta dłuższa wzmianka o Pendereckim w tekście o koncercie jubileuszowym chóru Pochodnia? Staje się oczywista, gdy wziąć pod uwagę, że pierwszym punktem programu były „Trzy utwory w dawnym stylu” tego kompozytora. Przy czym chórzyści akurat nie brali udziału w wykonaniu, bo partytura nie przewiduje ich obecności.

Krótki był to aperitif, zaledwie kilkuminutowy. Ot, smyczkowa „Aria” na początek, z filmu dokumentalnego Zbigniewa Bochenka „Passacaglia na Kaplicę Zygmuntowską”. A po niej dwa „Menuety” z „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.
Potem Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Częstochowskiej, ograniczoną przy Pendereckim do smyczków, uzupełnili pozostali muzycy. Nawet fortepian, harfa i trzy miedziane kotły znalazły się w tym składzie. Za nim stanęli Pochodniacy, plus kilku chórzystów zaproszonych z zespołu Alla Breve. A na froncie sceny, obok dyrygenta Tomasza Chmiela, trzech solistów – tenorzy Grzegorz Rogut i Rafał Kozak oraz baryton Michał Kiepura. Przyszedł czas na danie główne – „Mszę filmową” Piotra Jańczaka, współczesnego kompozytora, dyrygenta, pianisty, wykładowcy Akademii Muzycznej w Bydgoszczy.

- Pięęękne… - mruknął ktoś za mną mniej więcej w połowie utworu.
Wcześniej Beata Młynarczyk podsunęła widowni pewien pomysł: słuchając tego melodyjnego, lirycznego i ekspresyjnego zarazem połączenia muzycznego sacrum i dziedziny filmu można odgadnąć, którymi twórcami muzyki filmowej inspirował się kompozytor. Słuchałam zatem pilnie. Krzesimir Dębski – chyba. Ennio Morricone – na pewno. A tu? Nino Rota?
No i tak współpracowaliśmy sobie bardzo miło przez tę niespełna godzinę: orkiestra, chór, soliści i ja. Oni muzykowali, ja łapałam skojarzenia. Oczywiście poza tymi fragmentami, jak choćby gromkie „Gloria”, gdy 30 chłopa z Pochodni tak huknęło raz i drugi, że mnie ciarki przeszły i dałam sobie spokój ze zgadywankami.
Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy Pochodniacy robili na mnie wrażenie. Pamiętam gorące popołudnie na Riwierze Olimpijskiej, kiedy w jadalni pensjonatu Denis ćwiczyli „Alleluja” Haendla. - No, no – myślałam sobie słuchając ich w podziwie. A w drzwiach za mną co chwila stawały pani kucharka i dwie podkuchenne, przerywając oprawianie morleszcza pręgowanego, by pobyć trochę wśród wzniosłych tonów.

Albo kiedy wypróbowywali walory akustyczne starożytnego amfiteatru w Delfach. Słońce prażyło do białości, cykady się darły jak wściekłe, a oni intonowali... „Bogurodzicę”. I to z takim przejęciem, że aż powiało nad marmurami metaliczną wonią rycerskiego oręża spod Grunwaldu.
Taaak. Bo byłam kiedyś z Pochodnią na wycieczce po Grecji.
Zresztą, co tam Grecja. Chór Pochodnia zjeździł z występami37 krajów Europy i dwa razy Kanadę. Przywoził nagrody z festiwalu we włoskim Loreto i z norweskiego Bergen. Zajął III miejsce w Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Chóralnej “Vratislavia Sacra” we Wrocławiu i II miejsce w kategorii chórów męskich na Międzynarodowym Festiwalu w Sankt Petersburgu. Śpiewał w jednym z najsłynniejszych kościołów świata, barcelońskiej katedrze Sagrada Família. Śpiewał nawet przed królową Elżbietą II w walijskim Cardiff, podczas Święta Maków upamiętniającego żołnierzy poległych na frontach I wojny światowej. W sumie przez te 95 lat dał prawie 1250 koncertów.
Pozostaje mi życzyć mu drugie tyle - i lat, i występów.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska
