SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

95 lat chóru Pochodnia. Jubileusz wypadł śpiewająco

29 listopada 2025
Udostępnij

Dzisiaj to Stowarzyszenie Śpiewacze „Pochodnia”. Jego historia zaczyna się w Częstochowie w 1930 r. Przez te wszystkie dekady żyło muzyką. 21 listopada fetowało swoją rocznicę w filharmonii. Wieczór był bardzo udany. Więcej, był super.

middle-po6.jpg

Prowadząca koncert Beata Młynarczyk uświadomiła słuchaczom, jak bardzo jest on niezwykły. Oto z dwóch powodów. Po pierwsze, upamiętnia aż 95 lat istnienia Rzemieślniczego Chóru Męskiego „Pochodnia”, jednego z najstarszych działających zespołów tego typu w Polsce. Po drugie, łączy muzyczne sacrum ze sferą przeciwną mu, bo ze światem filmu.

Fakt, że już od XIV wieku kompozytorzy „kościelni” uprawiali flirty z muzyką służącą rozrywce. Nie mieszali oczywiście tych dwóch obszarów, stosowali jednak te same rozwiązania techniczne i artystyczne. Przykładem współczesnego twórcy, który po mistrzowsku poruszał się po obu tych drogach, był Wojciech Kilar, autor niemal 150 ścieżek filmowych, piszący jednocześnie muzykę koncertową, także sakralną.

middle-po2.jpg

Nie poszedł natomiast jego śladami Krzysztof Penderecki, choć wiele dzieł filmowych zilustrowano jego kompozycjami. Tak naprawdę jednak samodzielnie stworzył kompletną ścieżkę dźwiękową tylko do „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa. Tego eksperymentu już nie powtórzył, ale pozwalał reżyserom sięgać po swoje - istniejące odrębnie - utwory. Korzystali z tej promesy m.in. Wajda i Has, ale też Stanley Kubrick w „Lśnieniu”, Martin Scorsese w „Wyspie tajemnic”, David Lynch w jednym z odcinków „Twin Peaks” czy William Friedkin w „Egzorcyście”. Kompozytor tłumaczył swój dystans tym, że zasypany zamówieniami producentów przeszedłby zupełnie na stronę muzyki filmowej, a tego wolał uniknąć.

Skąd ta dłuższa wzmianka o Pendereckim w tekście o koncercie jubileuszowym chóru Pochodnia? Staje się oczywista, gdy wziąć pod uwagę, że pierwszym punktem programu były „Trzy utwory w dawnym stylu” tego kompozytora. Przy czym chórzyści akurat nie brali udziału w wykonaniu, bo partytura nie przewiduje ich obecności.

middle-po4.jpg

Krótki był to aperitif, zaledwie kilkuminutowy. Ot, smyczkowa „Aria” na początek, z filmu dokumentalnego Zbigniewa Bochenka „Passacaglia na Kaplicę Zygmuntowską”. A po niej dwa „Menuety” z „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.

Potem Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Częstochowskiej, ograniczoną przy Pendereckim do smyczków, uzupełnili pozostali muzycy. Nawet fortepian, harfa i trzy miedziane kotły znalazły się w tym składzie. Za nim stanęli Pochodniacy, plus kilku chórzystów zaproszonych z zespołu Alla Breve. A na froncie sceny, obok dyrygenta Tomasza Chmiela, trzech solistów – tenorzy Grzegorz Rogut i Rafał Kozak oraz baryton Michał Kiepura. Przyszedł czas na danie główne – „Mszę filmową” Piotra Jańczaka, współczesnego kompozytora, dyrygenta, pianisty, wykładowcy Akademii Muzycznej w Bydgoszczy.

middle-Po3.jpg

- Pięęękne… - mruknął ktoś za mną mniej więcej w połowie utworu.

Wcześniej Beata Młynarczyk podsunęła widowni pewien pomysł: słuchając tego melodyjnego, lirycznego i ekspresyjnego zarazem połączenia muzycznego sacrum i dziedziny filmu można odgadnąć, którymi twórcami muzyki filmowej inspirował się kompozytor. Słuchałam zatem pilnie. Krzesimir Dębski – chyba. Ennio Morricone – na pewno. A tu? Nino Rota?

No i tak współpracowaliśmy sobie bardzo miło przez tę niespełna godzinę: orkiestra, chór, soliści i ja. Oni muzykowali, ja łapałam skojarzenia. Oczywiście poza tymi fragmentami, jak choćby gromkie „Gloria”, gdy 30 chłopa z Pochodni tak huknęło raz i drugi, że mnie ciarki przeszły i dałam sobie spokój ze zgadywankami.

Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy Pochodniacy robili na mnie wrażenie. Pamiętam gorące popołudnie na Riwierze Olimpijskiej, kiedy w jadalni pensjonatu Denis ćwiczyli „Alleluja” Haendla. - No, no – myślałam sobie słuchając ich w podziwie. A w drzwiach za mną co chwila stawały pani kucharka i dwie podkuchenne, przerywając oprawianie morleszcza pręgowanego, by pobyć trochę wśród wzniosłych tonów.

middle-po7.jpg

Albo kiedy wypróbowywali walory akustyczne starożytnego amfiteatru w Delfach. Słońce prażyło do białości, cykady się darły jak wściekłe, a oni intonowali... „Bogurodzicę”. I to z takim przejęciem, że aż powiało nad marmurami metaliczną wonią rycerskiego oręża spod Grunwaldu.

Taaak. Bo byłam kiedyś z Pochodnią na wycieczce po Grecji.

Zresztą, co tam Grecja. Chór Pochodnia zjeździł z występami37 krajów Europy i dwa razy Kanadę. Przywoził nagrody z festiwalu we włoskim Loreto i z norweskiego Bergen. Zajął III miejsce w Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Chóralnej “Vratislavia Sacra” we Wrocławiu i II miejsce w kategorii chórów męskich na Międzynarodowym Festiwalu w Sankt Petersburgu. Śpiewał w jednym z najsłynniejszych kościołów świata, barcelońskiej katedrze Sagrada Família. Śpiewał nawet przed królową Elżbietą II w walijskim Cardiff, podczas Święta Maków upamiętniającego żołnierzy poległych na frontach I wojny światowej. W sumie przez te 95 lat dał prawie 1250 koncertów.

Pozostaje mi życzyć mu drugie tyle - i lat, i występów.

Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska


Joanna Skiba - czytaj więcej