„Absolutnie, absolutnie” udana Frytka OFF
Frytka OFF za nami. Tegoroczny line-up pogodził różne festiwalowe tradycje. Byli i artyści, których wcześniej w Częstochowie nie słyszeliśmy, był frytkowy powrót po dekadzie nieobecności, były lokalne akcenty i było naprawdę dużo pierwszorzędnej muzyki.

Sięgam pamięcią do 2011 roku i myślę sobie, że od pierwszej edycji Frytka OFF wyznaczała trendy. Bez względu na lokalizację imprezy, rok w rok miało być różnorodnie, interesująco, często nieoczywiście. Gatunki się przenikały, obok topowych artystów, pojawiali się ci, którzy dopiero wyznaczali swoją muzyczną ścieżkę, ale już było słychać, że mają sporo do wyśpiewania. To dzięki Frytce zachwyciłam się np. Mery Spolsky i do dziś ta muzyczna fascynacja mnie trzyma. To tu polubiłam Miuosha (i było to zanim pojawiły się „Pieśni współczesne”). To tu – pierwszy i jak na razie jedyny raz – miałam okazję posłuchać projektów R.U.T.A. czy Nowe Sytuacje.
Tegoroczna, dwunasta edycja też przyniosła mi zaskakujące nowości. Piosenek Pauli Romy przed Frytką nie znałam, podobnie WaluśKraksaKryzys jawił mi się jako pewien fenomen, który ma sporo fanów wśród moich znajomych, ale „na żywo” ani Pauliny Romaniuk, ani Sebastiana Gugulskiego dotąd nie słyszałam. Sobotnie granie w plenerze pokazało, że mam sporo zaległości!
Co więcej, zarówno Paula Roma, jak i WaluśKraksaKryzys to artyści, którzy dotąd w Częstochowie nie występowali. Ich „debiuty”, które otwierały frytkowe koncerty, okazały się naprawdę udane. To dowód, że na sobotnim festiwalu warto było bawić się od samego początku.
Najbardziej miłosna piosenka

Paula Roma (możecie znać ją jako ćwierćfinalistkę „The Voice of Poland” z 2014 r.), mówi o swojej muzyce, że jest to fuzja bluesa, soulu czy alternatywnego popu. I taką mieszankę zawierał materiał z trzech dotychczasowych wydawnictw wokalistki: EP-ki „Cześć, tu Paula Roma” oraz dwóch albumów długogrających - „Cholerne Pragnienie” oraz „Ta, co płonie z Miłości”. – Zapraszam na te historie, to będzie cały przekrój – mówiła z frytkowej sceny, dodając: Jeszcze nigdy nie grałam w Częstochowie, jesteście bardzo fajną publiką.
Co zabrzmiało? Najbardziej miłosna piosenka w jej repertuarze – „Cześć, tu miłość”, opowieść z czasów, gdy mieszkała w Paryżu - „Bonjour Madame”, ale też najstarsza piosenka Pauli Romy (która trafiła na pierwszą płytę długogrającą), która łączy świat inspiracji muzycznych i kulinarnych, czyli „Z wanilią”. Setlistę dopełniło też m.in. „Przez przypadki”, „Mruga mi serce”, „Pooddychaj mała” czy „Niedopowiedzenia”. Po koncercie zapuściłam sobie jeszcze te kawałki na YouTubie i wiem, że do tych klimatycznych brzmień na pewno będę wracać.
Niegrzeczne gitarowe granie
Muzyka, którą zaproponował WaluśKraksaKryzys ze swoim koncertowym składem, była znacznie bardziej niegrzeczna. Gitarowe granie w starym, dobrym stylu sprawiło, że pod sceną zrobiło się naprawdę gorąco.

Takie „brudne”, retro brzmienia przypomniały mi czasy koncertów w nieodżałowanej Utopii i rockowych festiwali. Wtedy za Cool Kids of Death krzyczałam Mamy butelki z benzyną i kamienie, czyli słowa symbolizujące pewne pokolenie post-punkowego buntu. Podobne emocje niosą ze sobą kawałki „Walusia”. Co ciekawe: potem okazało się, że skojarzenie było trafne, już po festiwalu doczytałam, że to właśnie ten utwór C.K.O.D. wykonało podczas Męskiego Grania z tym „MiłymMłodymCzłowiekiem”. Ta przygoda będzie miała ciąg dalszy, bo jesienią tego roku wyruszają we wspólną trasę.
„Najgorsze rzeczy”, „+piekło+niebo+”, „Muszę robić te głupoty”, „Coś niecoś” to tylko kilka tytułów, które zabrzmiały na „Frytce”. Muzyka to szorstka, daleka od elektronicznych trendów, szczera. Wokalista śpiewa m.in. tak: Czarne myśli miałem i je realizowałem/ Coś niecoś potrafię/ Ale się nie chwalę/ Bo próby samobójcze/ Nie należą do zalet”, a ty wiesz – bo tego nie ukrywa – że nie ściemnia, a mówi o własnych doświadczeniach. Naprawdę mocna sprawa i choć muzyk w „Coś niecoś” dodaje: Nie nawijam pod publikę/Choćby chciał tego festiwal, to Frytkę udało mu się „kupić”.
Powrót Sorry Boys
Częstochowski festiwal ma swoje różne tradycje. Jedną z nich są frytkowe powroty. Na plenerową scenę wracali już m.in. wspomniana Mery Spolsky, Lao Che, Mela Koteluk czy bracia Waglewscy pod różnymi postaciami (np. jako Kim Nowak czy Fisz Emade Tworzywo). W tym roku, po równo dziesięciu latach, przyszła pora na Sorry Boys. Ten zespół czaruje, sprawia, że przez tę koncertową godzinę robi się jakoś tak lepiej. Zresztą letnia trasa koncertowa grupy zatytułowana jest „Wielki błękit”.

– Chcielibyśmy, żebyście zapomnieli przez chwilę o troskach – mówiła wokalistka Bela Komoszyńska. I tak się zadziało. Wystarczyła magia dźwięków, świateł, charakterystycznego, kojącego głosu artystki i takiej dobrej, wspólnej energii. Słychać to było zwłaszcza w chórkach i refrenach, w których Belę wspierała nasza frytkowa publika. Najmocniej daliśmy się chyba poznać w „Absolutnie, absolutnie” i w „Moje kochanie”. Ale przyznam, że mnie wszystkie przypomniane przez zespół kawałki bardzo przypadły do gustu. Bo jak tu być obojętną, gdy brzmi „Wracam”, „Mapy gwiazd”, „Na spalonym moście” czy „Jesteś pragnieniem”.
Rap po godzinach
Koncert Sorry Boys był chwilą na to, by złapać wytchnienie, bo potem już nie było czasu na oddech. Im ciemniej było na niebie, tym mocniej robiło się na scenie.
O.S.T.R. i towarzyszący mu DJ Haem ani na chwilę nie zwalniali tempa - bez reszty angażując publikę, zgromadzoną naprawdę tłumnie. Nic dziwnego, Adam Ostrowski grywał w Częstochowie regularnie. Zarówno dla plenerowej publiczności Hip Hop Elements, jak i na scenie Rury. Nie ukrywa, że nasze miasto jest mu szczególnie bliskie, a nie bez znaczenia jest tu fakt, że koncertujący i nagrywający z raperem Haem (czyli Piotr Jończyk) związany jest z Częstochową. I tu nawiązujemy do innej frytkowej tradycji, którą są lokalne akcenty. Tym razem miały one hip-hopowy wydźwięk, bo miasto reprezentował też festiwalowy prowadzący – raper Mikser.

Wróćmy jednak do Ostrego, który dał wyraz temu, że czuje się u nas jak u siebie. Kolejne utwory przeplatał opowieściami z życia, z blokowisk, ale także przemyśleniami na temat kondycji hip-hopowej sceny, czy sukcesów rodzicielskich. Tym ostatnim była… promocja jego syna (widzi w nim dawnego siebie) do kolejnej klasy.
- Uwielbiam grać kawałki, które nigdy nie były singlami, ale są ważne, tak jak ten – mówił, zapowiadając „Nie lubię poniedziałków”. „Cokolwiek ziom” zadedykował zaś wszystkim swoim ludziom z tego miasta, ze wszystkich dzielnic i częstochowskich blokowisk. Z kolei swojej mamie i każdej mamie zresztą też poświęcił „Mówiłaś mi”.
Wersy z „Rap po godzinach”, „Nie odejdę stąd” czy „Mały Szary Człowiek” niosły się po całym festiwalowym terenie. Nie mogło również zabraknąć utworu, który O.S.T.R. nazywa dla siebie najważniejszym. Set zakończyło więc „Lubię być sam”.
„To był koń na białym rycerzu”

Było ostro, ale ogniście zrobiło się dopiero o północy. To wtedy rozpoczął się koncert zespołu Nocny Kochanek, który po raz pierwszy zaprezentował się w naszym mieście w innym niż klubowy anturażu (dotychczas grupa występowała wyłącznie w „Rurze”).
Ognie, dymy i „hewi metalowe” dźwięki porwały wszystkich. Bo Nocny Kochanek to przede wszystkim pierwszorzędne widowisko, dobra zabawa i świetny kontakt z publicznością (wokalista Krzysztof Sokołowski dał temu wyraz, wychodząc po występie do ludzi).
Jakie kawałki przywieźli „Dżentelmeni metalu”? „Bawiliśmy się przy „Dziabniętym”, „Czarnej czerni”, „Dariuszu”, „Dziewczynie z kebabem” (choć na tym festiwalu stawialiśmy raczej na ziemniaczane frykasy), „Poniedziałku” czy „O jeden most za daleko”. Na finał (bardzo huczny!) zaśpiewaliśmy (tu mogłam dołączyć, bo te kawałki bardzo mi leżą) oczywiście - „Zdrajcę metalu” oraz „Konia na białym rycerzu”. Było to muzyczne show, którego publiczność „Frytki” z pewnością dotąd nie widziała. I myślę, że będzie się o nim mówiło jeszcze długo.
Na finał after party

Na koncertach zabawa się nie skończyła, kto miał ochotę jeszcze potańczyć, mógł udać się na after party. Na wszystkich czekała bowiem La Playa. Dla mnie (a raczej dla mojego otoczenia) Frytka OFF 2024 ma spore konsekwencje…
Otóż od soboty przechodzę płynnie z refrenu Raz na zachód raz na wschód/ Absolutnie, absolutnie do … To był koń na białym rycerzu, na białym rycerzu był koń. Robiąc to niemal na jednym wdechu i bez profesjonalnej taśmy. I tak w kółko, i nie potrafię przewidzieć, kiedy mi to minie. Zresztą - ku swojemu zdziwieniu - sam Nocny Kochanek usłyszał, że ich największy (chyba?) przebój kwalifikowany jest jako poezja śpiewana. Mój miks dobrze się w to wpisuje, jak i w to, że Frytka wykracza poza sztywne, muzyczne granice.
Fot. Łukasz Kolewiński, Grzegorz Skowronek
