SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Adam Markowski

Artystom wolno nie więcej, a nawet trochę mniej

25 września 2025
Udostępnij

Z rodzinnych spacerów wracali jak złomiarze, a z wakacji nad morzem przywozili worki z piaskiem. Tomasz Lubaszka, Maciej Lubaszka, ojciec, syn i dwa zupełnie różne sposoby na malowanie. Takiej rozmowy dotąd nie było!

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_003_small.jpg

Tata malarz, syn malarz… A dziadek? Jak to jest z artystycznymi korzeniami w Waszej rodzinie?

Tomasz Lubaszka: Mój tata - Marian był przez ponad 30 lat nadleśniczym w Herbach. Z wykształcenia był inżynierem leśnikiem, ale amatorsko malował, rysował – wilki, polowania, głuszce, konie… Robił to absolutnie hobbystycznie, na wakacjach, ale sięgał po akwarelę, a to trudna technika.

Pamiętasz to Maćku?

Maciej Lubaszka: Obrazy dziadka zostały, ale jego samego pamiętam bardziej z opowieści. Gdy zmarł, miałem 3 lata. Ale – jak widać - artystyczne geny dziadka przeszły na tatę.

T.L.: A potem na ciebie. Patrząc w ten sposób, to u Maćka powinny być najmocniejsze. Zostając przy rodzinie, to mój kuzyn, Zdzisław Opałko, poeta, całe życie malował i rysował, a jego prace publikowały różne gazety, w tym „Szpilki”. W moim rodzinnym domu o sztuce mówiło się zawsze. Jednak mówiąc o genach, nie możemy zapomnieć, że mama Maćka, moja pierwsza żona – Grażyna, był znakomitą malarką.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_019_small.jpg

O genach jeszcze porozmawiamy. Ale najpierw chciałam zapytać Ciebie, Tomku o zawodową drogę? Rodzice zachęcali Cię, zniechęcali?

T.L.: Tata chciał, żebym był leśnikiem, mama chciała, żebym był prawnikiem, a zostałem artystą. Zawsze rysowałem, projektowałem, malowałem, coś sobie dłubałem. Jak byłem w drugiej klasie (humanistycznej zresztą) w liceum w Lublińcu, zrozumiałem, że właściwie nie umiem w życiu nic innego poza interesowaniem się humanistyką szeroko pojętą, czyli literaturą, historią sztuki, historią powszechną…

Czyli nie będzie z Ciebie ani prawnika, ani leśnika…A nie mówili Ci: synku, z malowania to pieniędzy nie będzie?

T.L.: To były też inne czasy, wtedy nie mówiło tyle o pieniądzach. A mnie marzył się po prostu wolny zawód. Żyłem w kraju komunistycznym. Na studia zdałem w 1980 roku, zresztą razem z Tomkiem Sętowskim. Byliśmy na jednym roku, w jednej grupie i w jednej ławce. Bardzo chciałem być dyrektorem samego siebie. Bo jak było się artystą, nawet w komunistycznym, zniewolonym kraju, to było się człowiekiem bardziej wolnym niż gdyby pracowało się w urzędzie, czy jakimś zakładzie.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_007_small.jpg

Czyli nie praca od - do? Rygor?

T.L.: Wbrew temu co się mówi, jak się chce żyć ze sztuki, to trzeba być bardzo odpowiedzialnym, zorganizowanym, pracowitym. Jak ktoś myśli, że artysta wstaje o 12, pije piwo i czasami coś maluje, to fajnie, ale nigdy z tego nie będzie żył i nigdy nie będzie artystą - jestem o tym święcie przekonany. Jeśli w tym zawodzie nie ma się dyscypliny, to się popłynie.

Nie znam nikogo spośród moich przyjaciół malarzy, osób, które właśnie żyją ze sztuki i sztuką, kto by na przykład namalował na kacu obraz. W tej robocie musisz być skoncentrowanym. Przez 40 lat malowania może zdarzyło mi się to raz, na jakimś plenerze. I to nie jest robota, nie tak powinno to wyglądać.

Śmieję się, że może nie odbijam karty w zakładzie, ale narzucam sobie dyscyplinę. Wstaję z rana, biorę prysznic, jem śniadanie i idę do pracowni. Kiedyś siedziałem tam do bardzo późnych godzin, teraz jestem już stary, zmęczony i kończę tak około godziny 16-17.

M.L.: Zawsze bardzo mi się podobało to, że rodzice byli panami samych siebie. Choć musieli oczywiście kontrolować ten rytm dnia, koncentrować się na celu, codziennie pracować w pracowni. A przy tym udało im się prowadzić dom otwarty, przez który przewijało się dużo artystów, znajomych, klientów… Organizowało się spotkania, imprezowało.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_023_small.jpg

Maćku, który jesteś rocznik?

M.L.: ’82.

Czyli Tomku nie skończyłeś jeszcze studiów, a już zostałeś tatą.

T.L.: To też jest sztuka!

Ale życie trzeba poukładać od nowa...

T.L.: Bardzo pomagali nam moi rodzice, czyli dziadkowie Maćka. Ale radziliśmy sobie tak, jak można było w tych czasach. Po nocy z Grażyną prasowaliśmy tetrowe pieluszki. Wystawaliśmy w kościołach po zupy w puszkach dla dzieci. Takie normalne, mało artystyczne sprawy.

Maćku od początku wychowywałeś się wśród farb. Czy, gdy masz za rodziców malarzy, kusi by iść inną drogą?

M.L.: Urodziłem się w domu dwojga malarzy i chcąc nie chcąc, przesiąkłem tym. Oczywiście zawsze jest inny wybór, ale to farby były moim naturalnym otoczeniem. Od urodzenia towarzyszył mi zapach terpentyn i oleju. Choć w pewnym momencie, to było na koniec nauki w „Sienkiewiczu”, myślałem, czy nie wybrać innego kierunku, bo wtedy bardzo fascynowała mnie historia. Może prawo? Podobnie jak tata nie skończyłem liceum plastycznego, tylko „ogólniaka”. I czasami mi się wydaje, że malowanie mnie wybrało, a nie ja wybrałem malowanie.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_011_small.jpg

Nawet pomijając okres holenderski, gdzie pracowałem w tym rytmie 7.00-16.00, z niego nie zrezygnowałem. Moje obrazy są związane z takim życiem tu i teraz. Dla mnie to bardzo ważne, żeby artysta nie zamykał się w żadnych swoich światach, żeby był wśród ludzi. Bo to bycie artystą to również bycie whistle-blowerem. To nie jest tylko stanie przy sztaludze. To reagowanie i mówienie, że widzimy, że dzieje się coś złego.

Zostając przy Holandii, to jak po ośmiu godzinach w fabryce znajdowałeś czas i siły na malowanie?

T.L.: Tu się wtrącę, bo dla mnie to jakiś kosmos! Bo jak sam pracowałem w szkole jeden dzień w tygodniu, przez 4 czy 5 godzin, to przyjeżdżałem do domu i byłem trupem. Z kolei, gdy z pracowni schodziłem po 8-9 godzinach, to mogłem bawić się, pojeździć na rowerze, ruszyć na narty. Dla mnie to, że Maciek pracował w fabryce i malował jest niepojęte!

M.L.: Ale jak przyjechałem do Holandii to najpierw miałem okres niemalowania, najdłuższy w moim życiu. Trwał jakieś 7 czy 8 miesięcy. Miałem wtedy 24 lata. Jednak nawet wtedy, gdy przy sztaludze nie stałem, to zajmowałem się pastelami. „Papiery”, czyli technika mieszana, tłusta pastel, długopis, ołówek to moja druga „specjalizacja”. I tym mogę zajmować się wszędzie, nie potrzebuję wielkiej przestrzeni. To nie brudzi, nie śmierdzi, wystarczy stolik, krzesło i mogę działać.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_029_small.jpg

A kiedy byłeś małym chłopcem, wolno Ci było wchodzić do pracowni rodziców? Czy panował zakaz?

M.L.: W naszym rodzinnym domu były dwie pracownie. Moja mama, Grażynka, miała swoją na dole, tata – na górze. Nigdy nie było jednak tak, że oni pracują, a ja, mały Maciuś muszę chodzić na palcach, żeby im nie przeszkadzać. Co więcej, tata malując, słuchał całe życie głośno przeróżnej muzyki. Mama podobnie. Drzwi były dla mnie otwarte zawsze.

Z kolei ja mam trochę inny warsztat. Potrzebuję ciszy, choć kiedyś potrafiłem malować nawet przy Slayerze. Zmieniam się.

Malujesz również zupełnie inaczej niż oni.

M.L.: Robię całkowicie inne rzeczy niż mama i tata. I mogę szczerze powiedzieć, że jestem z tego dumny, bo znam historie przeróżnych ludzi, dzieci innych artystów i cieszę się, że moje malowanie nie poszło w stronę ani Grażynki, ani taty.

T.L.: Uważam, że to jest sukces dla nas wszystkich.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_017_small.jpg

M.L.: To pewnie też dlatego, że nasze relacje z mamą czy z tatą były trudne. Zawsze byłem krnąbrny i były ze mną problemy.

T.L: Krnąbrny to eufemizm (śmiech!), ale zostawmy to…

M.L.: Zostawmy, wróćmy do malowania, bo u mnie te zainteresowania i styl też się zmieniały. Najpierw interesowała mnie ilustracja. Mięso malarskie przyszło wraz z fascynacją Arturem Nachtem-Samborskim i kapistami. Jeszcze dziesięć lat temu malowałem martwą naturę i bardzo kolorowe rzeczy. Potem zrezygnowałem z koloru, stawiając na czerń i biel. Dziś znowu pojawił się u mnie kolor. Moja twórczość to dziś taka wypadowa zafascynowania punkiem, pop artem, street artem i… niezmiennie ilustracją.

Czy jak w Twoim domu bywał Marian Michalik i wielu innych artystów, dla innych niedostępnych, to w pewnym momencie może Ci uderzyć ta przysłowiowa sodówka?

M.L.: Zawsze mówię, że w takich sytuacjach, to powinno iść w drugą stronę. Bo wbrew temu, co się powtarza, artystom wolno nie więcej, a nawet trochę mniej. Wszystko ma swoje granice, także ta artystyczna wolność.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_025_small.jpg

A dla mnie, to że goszczą u nas wybitni artyści, było po prostu normalne. Tata dzwonił codziennie do Michalika. I myślę, że w tym całym ferworze, dobrze pozostać skromnym człowiekiem.

T.L.: Ale bez wylewania dziecka z kąpielą! Poczucie swojej wartości również dobrze mieć!

M.L.: A ja je miałem zawsze zaniżone... Wszystkim - od rodziny, przez narzeczoną po znajomych, podobają się moje obrazy, a mnie jakoś tak... No sam nie wiem. Nadal uczę się otrzymywać dobre słowa, komplementy. Choć jest progres, bo do tej pory mówiłem, że maluję „obrazki”, dziś mówię – maluję obrazy.

A pamiętasz swoją pierwszą pracę plastyczną?

M.L.: Zrobiłem ją w pracowni taty. To był jakiś rodzaj kolażu. Twarz, koszulka wycięta z płótna, srebrny kapsel od wody Jurajskiej. Potem ta praca wisiała nad zlewem w pracowni taty.

T.L.: Wykorzystał kapsel i płótno, ale gdy ja chodziłem po ulicach w Herbach i zbierałem jakieś worki jutowe czy rozjechane blachy, to czasem wstydził się ze mną chodzić.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_027_small.jpg

Rozumiem, że to, co zbierałeś, wykorzystywałeś potem w obrazach?

T.L.: Piotruś Bukartyk napisał kiedyś taki piękny tekst, który tu pasuje „trochę piasku, jakaś blaszka, tak maluje nam Lubaszka”. Ale to nie było bezmyślne zbieractwo a wyselekcjonowane. Brałem tylko to, co wiedziałem, że mi się przyda.

M.L.: To nie mógł być byle jaki kapsel, tylko pięknie zardzewiały, rozjechany. Jednak taki kapsel to schowasz do kieszeni, gorzej jak znaleźliśmy jakąś blachę. Ze spacerów z tatą wracaliśmy jak złomiarze. Bo Herby przecież….

T.L.: … złomem stoją!

Tomku, sam przywołałeś temat piasku, który wykorzystujesz w swoich obrazach. Muszę więc Was zapytać o rodzinne wyprawy nad morze…

M.L.: To były dopiero akcje! Czarne worki na śmierci, kubły, wywożenie piasku. Wieźliśmy go znad morza 600 km do Częstochowy. Do dziś te nasze wakacje kojarzą mi z siatkami pełnymi piasku.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_006_small.jpg

A jak to jest, gdy u boku wyrasta ci młody artysta? Co robić? Radzić, obserwować?

T.L:. Dodam tu także, że my cały czas tkwimy w tym artystycznym kompocie, bo od blisko 20 lat naszą rodzinę tworzy moja druga żona, Ania, która również jest malarką. A przy tym także nauczycielką (dziś już na emeryturze), która przez lata łączyła to, czego mnie się nie udało: pracę w szkole i w pracowni.

Ale wracając do dorastania Maćka, to zawsze był facetem, któremu trudno było coś radzić, bo to odwrotnych skutek czasami miewało, więc byłem tu bardzo ostrożny. Teraz jest już trochę inaczej, bo więcej gadamy na ten temat. Rozmawiamy jak równi sobie artyści o wzajemnych fascynacjach, inspiracjach…

M.L.: Największym komplementem, który usłyszałem od taty – to było w czasie, gdy jeszcze byłem w Holandii (bo tata jest oszczędny dosyć w komplementowaniu, ale wiem, że jest dumny i podobają mu się moje obrazy) było: życzę Ci synu, żebyś rzucił tę pracę i zajął się tylko malowaniem.

middle-20240720_Lubaszki_fot_amarkowski_001_small.jpg

T.L.: Z tymi komplementami to jest tak, że uważam, że jest wielu malarzy i niewielu artystów. A według mojej prywatnej definicji artystą jest ten, który znalazł język posługiwania się pędzlem. Maciek, wydaje mi się, ten język już znalazł. Posługuje się nim dość sprawnie. Dowód? W naszym domu wisi ok. 20 moich portretów namalowanych przez przyjaciół. Jeden namalował Maciek. Jest najlepszy. Andrzej Fogtt widząc ten błysk w oku, który Maciek oddał, powiedział: że to coś, co udaje się oddać tylko artyście. Możesz robić i po 100 portretów rocznie, rutyną tego nie osiągniesz. A tego języka się uczymy do ostatniego dnia życia. To nie jest tak, że nauczyliśmy się go raz na zawsze.

Poza tą nauką, jakie są Wasze najbliższe zawodowe plany?

M.L.: Zawsze boję się mówić o planach. Dziś chcę po prostu malować.

T.L.: Natomiast ja powoli szykuję się do kolejnego jubileuszu. Za rok kończę 65 lat. To dobra okazja, by zrobić jakąś większą wystawę.

Fot. Adam Markowski (lipiec 2024 r.)


Galeria zdjęć

25 września 2025
Adam Markowski
Zdjęcia wykonano w pracowni Tomasza Lubaszki.

Zuzanna Suliga - czytaj więcej