Bajki, które nie istniały
Choć Dzień Dziecka już za nami, my przedłużamy to świętowanie. I nie tylko milusińskim opowiemy „Bajki, które nie istniały”.

O tej niezwykłej publikacji pisaliśmy już na CGK, zamieszczając m.in. fotorelację z promocji książki, która odbyła się w klubokawiarni Pestka. „Bajki, które nie istniały” stanowią połączenie marzeń, dziecięcej wyobraźni i sfery biznesu, która brzmi już całkiem poważnie.
Ale od początku! Znacie bajkę „Ratujmy nasz dom”? Nie? Zaczyna się ona tak: Stary dąb rosnący na skraju lasu był przepięknym, wysokim i mocnym drzewem o rozłożystych konarach. Leśne drozdy z upodobaniem gnieździły się w jego koronie, sowy, dzięcioły i wiewiórki pozajmowały wszystkie dziuple, a pod korzeniami rozgościł się borsuk. Zdarzało się, że wśród sąsiadów wybuchały drobne spory… Ten porządek zakłócili ludzie, którzy postanowili wybudować w lesie nową drogę. Drzewo znalazło się w niebezpieczeństwie, ale ponieważ Dom to miejsce jedyne i wyjątkowe, to schronienie, w którym czujemy się bezpiecznie, wszystko musi się przecież skończyć dobrze i z morałem.
Pierwsza opowieść
Ta bajka powstała w roku przedszkolnym 2020/2021. Wymyśliły ją sześciolatki (wsparte przez rodziców i opiekunów) z Gminnego Przedszkola w Starczy. Projekt rozpoczęła zaś dyrektorka placówki - Joanna Zając. - Pomysł zaczerpnęliśmy z magazynu „Bliżej przedszkola”. To właśnie tam ukazała się propozycja projektu „Bajeczna księga”. Tak powstała pierwsza opowieść. Zaangażowanie dzieci i rodziców było tak ogromne, że żal było schować te opowieści do szuflady – opowiadała pomysłodawczyni. - Byłam wtedy wychowawczynią dzieci sześcioletnich i zaczęłam szukać sposobu, by wydać książkę i podarować ją dzieciom na zakończenie przedszkola. Szukałam środków u różnych sponsorów, napisałam również do częstochowskiej firmy Klimas Wkręt-met. Okazało się, że była to jedyna firma, która mi odpisała. Dostaliśmy środki na wydanie książki!
Pomysł tak się spodobał, że postanowiono go kontynuować, by stał się pewną przedszkolną tradycją. I tak z pomocą Wkręt-metu wydawano kolejne historie, stworzone przez dzieci, które kończą edukacyjną przygodę z przedszkolem i ruszają dalej.
Zając Benio i biedronka Zuzia

Rok 2021/2022 zakończyły z bajką „Kicany berek i noc rozterek” o zającu Beniu, który codziennie trenował w pocie czoła, by obronić tytuł mistrza w leśnych zawodach w kicanego berka właśnie. A podkręcając dramaturgię, należy dodać, że rywalizacja zbliżała się wielkimi skokami…
Kolejny, czyli 2022/2023 zwieńczyło „O zielonej biedronce i balu na łącze”. Ta opowieść zaczyna się tak: –Nie pójdę więcej do przedszkola – płakała mała biedronka Zuzia. – Wszyscy się na mnie gapili, jakby w życiu nie widzieli zielonej biedronki. Z racji imienia - i nie tylko zresztą - nie muszę zaznaczać chyba, że to moja bajka-faworytka.
Bajki na niemal 140 stron
Trzy wydawane rok po roku książeczki (ilustrowane przez dzieci) były „tylko” piękną pamiątką dla małych autorów i ich rodzin, nigdy nie ruszyły więc dalej niż sięga półka domowej biblioteczki. Twórcy i sponsorzy postanowili zmienić ten stan rzeczy tak, by rozbrajające dobrem i ciepłem opowieści, ruszyły w świat i trafiły do tych, którym codziennej radości bardzo brakuje.
Trzy osobne książeczki zebrano więc w jeden, liczący niemal 140 stron tom. Tom wydany w twardej oprawie, co jest szczególnie istotne z punktu widzenia trwałości. „Bajki, które nie istniały” powstały bowiem po to, by trafiły na oddziały dziecięce szpitali i klinik, do placówek rehabilitacyjnych, a także stowarzyszeń i fundacji pracujących z dziećmi.
Nie było żadnych reguł
Premiera przypadła na ten rok, egzemplarzy wydano 1000, a inicjatorką zebrania opowieści w jeden zbiór była częstochowianka Milena Kościelniak z firmy Klimas Wkręt-met. To ona wymyśliła również tytuł. – W tym przypadku spotkały się moje wszystkie doświadczenia zawodowe, przez lata byłam bowiem po drugiej stronie, sama uczyłam, dziś zajmuję się marketingiem. Wiem, że żeby coś było interesujące, to musi być w jakiś sposób intrygujące, i musi się wyróżniać. Piękne ilustracje i świetne treści nie wystarczą, a ten tytuł wydał mi się najhardziej adekwatny. Bo to są bajki, które powstały w głowach dzieci, nie napisano ich wcześniej, te historie mogły potoczyć się w każdą stronę. Nie było żadnych reguł, rządziła wyobraźnia, dzieciaki wymyślały kolejnych bohaterów, kolejne przygody. Oczywiście nad kształtem tych historii pracowały z pomocą opiekunów czy rodziców, ale to one były głównymi inicjatorami tego, co dzieje się w książce – wyjaśniła Kościelniak, którą prowadzący wspomniane spotkanie promocyjne Tomasz Florczyk, nazwał siłą napędową bajkowego projektu.

Sam zauważył, że „Bajki, które nie istniały” to nie tylko bogactwo kolorów i wyobraźni, ale też i treści.
– W tych opowieściach pojawiają się bardzo poważne problemy społeczne. Mamy temat ekologii, mamy kwestię poświęcenia swoich ideałów czy ambicji dla wyższych celów, mamy temat wykluczenia społecznego, inności… Nie ukrywam, że ta lektura zrobiła na mnie spore wrażenie – mówił Florczyk, który na co dzień również pracuje z dziećmi, tylko tymi nieco starczymi, bo od lat uczy języka polskiego w częstochowskim „Plastyku”.
Tych bajek kupić się nie da
Tych, których ostrzą sobie zęby, na to piękne wydanie, ostatecznie rozczaruję: książki kupić się nie da.
– Nie stworzyliśmy jej na sprzedaż, dla zysków, a po to, by trafiła wszędzie tam, gdzie dzieciaki muszą dojrzeć nieco szybciej, niż by chciały, a my chcemy oddać im trochę tego dzieciństwa – zaznacza Milena Kościelniak.
Miejmy jednak nadzieję, że jeśli nie można jej zdobyć, to może chociaż… pożyczyć. Dzieciaki ze Starczy swoich egzemplarzy pewnie dobrze pilnują, ale może kiedyś publikacja trafi np. do częstochowskich bibliotek.
Póki co trwa odliczanie do końca kolejnego roku w przedszkolu, a tym samym do premiery czwartej opowieści. O czym tym razem napisały sześciolatki? To na razie tajemnica.
Fot. Maciej Mąka
