Boisz się wampirów?
Czy dobrze znany gotycki horror nadal przeraża? Całkiem nieźle. Można się o tym przekonać, wybierając się na „Nosferatu” Roberta Eggersa. OKF ma go w swoim repertuarze do 6 marca.

Jak to się zaczęło? Najpierw (a dokładnie w 1897 r.) Bram Stoker wydał „Drakulę”, czyniąc głównym bohaterem mrocznego hrabię z dalekiej Transylwanii. To tam kieruje się młody prawnik Jonathan Harker, by sfinalizować zakup londyńskiej posiadłości. Wampir w poszukiwaniu nowych ofiar rzeczywiście chciał przeprowadzić się do Anglii. W tej opowieści jest jeszcze Mina, ukochana prawnika, do której hrabia też ma słabość oraz słynny uczony i pogromca demonów Abraham Van Helsing.
Potem był niemiecki film „Nosferatu – symfonia grozy” Friedricha Wilhelma Murnaua. Za kanwę historii posłużyła zmodyfikowana fabuła gotyckiej powieści Stokera – wszystko przez problem z prawami autorskimi. Zamiast Drakuli był tam hrabia Orlok, zamiast Jonathana – Thomas Hutter, a Minę zastąpiła Ellen. Różnice są zarówno subtelne, ot nie prawnik a pracownik agencji pośredniczącej w sprzedaży nieruchomości, jak i nieco konkretniejsze, bo Dracula tworzył nowe wampiry, a Orlok wyłącznie zabija. Losy produkcji były burzliwe, wdowa po pisarzu procesowała się bowiem z reżyserem. Mimo nakazu zniszczenia wszelkich kopii, kilka się zachowało i po ponad stu latach od powstania Max Schreck nadal straszy w swojej popisowej roli (zagrał tak dobrze, że do dziś wielu posądza go o wampiryzm).

Na tym oczywiście się nie skończyło, bo wampiry to artystycznie całkiem chodliwy temat. Werner Herzog reżyserował „Nosferatu wampira” upiorem czyniąc Klausa Kinskiego, a Francis Ford Coppola „Darculę” z Garym Oldmanem jako hrabią (to niezmiennie mój faworyt w tej kategorii). Różnorodnych wariacji było zresztą wiele i każda znajdowała publiczność. Od „Draculi: historii nieznanej” (z przystojnym Luke’m Evansem) po naprawdę dobry miniserial, w którym tytułową rolę gra Claes Bang.
Teraz po klasykę postanowił sięgnąć Robert Eggers, którzy o ukrytym w mroku złu opowiadał już m.in. w „Czarownicy: Bajce ludowej z Nowej Anglii”. Tworząc „Nosferatu” lekcję grozy odrobił bardzo sumiennie.
Knock, pracodawca Thomasa Huttera, wysyła go – obiecując awans i sowitą wypłatę – do Transylwanii. Świeżo poślubiona żona młodzieńca Ellen, którą od dawna nawiedzają koszmary, ma bardzo złe przeczucia. Inni zrzucają to na melancholię, czy tęsknotę za mężem, ale tak naprawdę młoda kobieta od lat znajduje się pod urokiem wampira. Orlok, tajemniczy klient Huttera (i mentor Knocka), chce nie tylko nową posiadłość, ale i małżonkę pośrednika. Pożądanie przemienia się w obsesję, a ta zbiera krwawe żniwa. Spokojne niemieckie miasteczko wypełnia się grozą, niewielu wierzy w siły nieczyste, upatrując źródła dramatu w pladze szczurów.

Eggers zadbał o to, by wabikiem była nie tylko legenda, ale i nazwiska aktorów. W roli Ellen obsadził Lily –Rose Depp (tak, to córka Vanessy Paradis i Johnny’ego Deppa), Thomasem uczynił – Nicholasa Houlta, Nosferatu (choć trudno w to uwierzyć) jest przystojniak Bill Skarsgård, a profesora Albina Eberhartea von Franza gra Willem Dafoe (który na krwiopijcach się nieco zna, bo w „Cieniu wampira” grał samego Maxa Schrecka). Mamy jeszcze parę przyjaciół młodych małżonków Friedricha i Annę, których grają Aaron Taylor-Johnson (jego nazwisko pojawia się wśród kandydatów na nowego Bonda) oraz Emma Corrin. Listę zamyka przerażający Simon McBurney w roli Knocka.
Do seansu skusiła mnie właśnie obsada i ciekawość, jaki Eggers znajdzie sposób na klasyczną, opowiadaną już wielokrotnie historię. Twórca docenianego „Lighthouse” nie eksperymentował. Dodał swoje akcenty, ale przede wszystkim oddał pokłon temu, co sprawdzone. Nie bał się mroku, sumiennie budował grozę, nie pozwalając uciec od prześladującego bohaterów cienia wampira. Sceny z udziałem nawiedzanej wizjami Ellen, przypominają filmy o opętaniach i egzorcyzmach. Ja za nimi osobiście nie przepadam, ale wielbiciele „Egzorcysty” czy „Obecności” pewnie je docenią.

A teraz dla wielu może najważniejsze: czy podczas „Nosferatu” można się pobać? Można! Choć seans rozpoczęłam z poczuciem, że przecież znam tę historię, nie dam się zaskoczyć, to później wielokrotnie podskoczyłam na kinowym krześle (z różnymi mniej lub bardziej cenzuralnymi okrzykami). Bardzo wiele razy odwróciłam także wzrok. Krew, szczury, okaleczone zwłoki, zaraza… Obrzydlistwa się mnożyły. No i sam Orlok - dla mnie paskudniejszy niż Obcy z filmu Ridley’a Scotta (tak, upiory są urodziwe chyba tylko w „Zmierzchu” czy „Pamiętniku wampirów”).
Efekt seansu? Wieczorem zapalałam w domu wszelkie światła, ganiąc się w myślach, że znów dałam się złapać na dobrze znany haczyk.
„Nosferatu” to bardzo solidne kino, robione z rozmachem, choć nie doszukiwałabym się tu wizjonerstwa. To film, który znacznie lepiej ogląda się w kinie, niż w streamingu (myślę, że w domowych warunkach może sporo stracić).
Jeśli chcecie przekonać, się, że dawny horror nadal przeraża, OKF zaprasza. Seanse będą jeszcze trzy: 4 marca o godz. 15.30, 5 marca o godz. 20.30 i 6 marca o godz. 17.45. Szczegóły i bilety na: okf.czest.pl.
Fot. archiwum OKF
