Chcę Ci powiedzieć coś…
Po piosenki Kory powinno sięgać niewielu. Biorąc się z nimi za bary łatwo o przegraną. I choć doścignięcie oryginału jest nieosiągalne, są tacy, którym te utwory pasują. Należy do nich częstochowianka Joanna Będuch.
Zacznę marudnie. Transmitowany w weekend w TVN warszawski koncert „Kora. Przyszłam na świat po to” po raz kolejny pokazał, że piosenki Olgi Jackowskiej i Maanamu powinni śpiewać jedynie nieliczni. W ramach tegorocznych Wianków nad Wisłą zmierzyli się z nimi m.in. Natalia Przybysz, Krzysztof Zalewski, Ralph Kaminski, Kwiat Jabłoni, Tomasz Organek, Maciej Musiałowski, Muniek Staszczyk, Anna Karwan czy Bovska. Pod adresem części z nich posypały się gromy.
W obronie
podnoszono, że – co oczywiste - każdy ma prawo do indywidualnej
interpretacji, podkreślano, że najważniejszy jest przekaz i to, że
dorobek Kory przypominamy jest kolejnym pokoleniom. Niedoróbki
usprawiedliwiano także nagłośnieniem. Rzeczywiście Muńka, któremu akurat
„Szare miraże” duchowo pasowały, w tv nie było niemal słychać.
Wszystko prawda, ale słuchając „Boskie Buenos”, „Kocham Cię, kochanie moje”, „Po prostu bądź”, „Lipstick On The Glass” czy wreszcie „Krakowskiego spleenu”, było mi żal. Na finał zabrzmiało „Po to jesteś na świecie”. Zaśpiewane na wiele głosów wyszło naprawdę nieźle, niemniej nawet tyle połączonych ze sobą wokali nie jest w stanie zapewnić takich ciar, które fundowała w pojedynkę Kora.
Pytany o wrażenia Kamil Sipowicz, mąż zmarłej pięć lat temu artystki, zaznaczał dyplomatycznie: Każdy z wykonawców próbował jakoś Korę po swojemu interpretować, a jest to zadanie bardzo trudne: Kora miała bardzo integralną i — cóż, trzeba to powiedzieć wprost — niepodrabialną osobowość muzyczną (…) Ten, kto się z Kory i zespołu Maanam twórczością bierze za bary, ma świadomość, że może przegrać. Proszę zatem o wyrozumiałość, bo należą się im brawa za odwagę.
Odwagi nie brakowało wszystkim, jednak taka decyzja wymaga również sporych umiejętności, a już na pewno ogromnej pokory. O ile np. Kaminski jest w „Korze” znakomity, a Zalewski ma „to coś”, to większość powinna od tych piosenek stronić.
Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Tydzień wcześniej w Teatrze im. Adama Mickiewicza odbył się koncert „Chcę Ci powiedzieć coś…”. W Warszawie po repertuar Kory i Maanamu sięgnęli artyści z potwierdzonym dorobkiem, koncertujący od lat, mający swoją wierną publiczność. Na częstochowskiej scenie zaśpiewała je Joanna Będuch, która sama nazywa siebie naturszczykiem. W mieście nie jest jednak osobą anonimową, a jej artystyczna dusza realizowała się dotychczas głównie w tworzeniu makijaży, pracy z ciałem, wyrażaniu emocji poprzez ruch.
O śpiewaniu marzyła jednak od dziecka. Wtedy nie mogła pozwolić sobie na prywatne lekcje i rozwijanie pasji. Podśpiewywała – czasem pod nosem, czasem na całe gardło, ale marzenia odłożyła na bok. Leżały tam dosyć długo, za to muzyczną pasję przejął jej syn Dawid, który gra dziś na perkusji. Tuż przed czterdziestką częstochowianka pomyślała o tym, żeby zorganizować sobie urodzinowy koncert. Wtedy – jak mówi - stchórzyła. Sprezentowała go sobie dopiero na kolejne, okrągłe urodziny.
„50 Shades of Joanna” odbyło się trzy lata temu w Teatrze from Poland. Będuch, która wystąpiła z zespołem syna, przygotowywała się do tego przez rok, m.in. jeżdżąc do stolicy na lekcje udzielane przez Agnieszkę Nowak. Impreza – zgodnie z założeniem – była zamknięta. Pozytywny odbiór sprawił jednak, że dwa lata później wokalistka postanowiła wystąpić przed „prawdziwą”, a nie wyłącznie zaprzyjaźnioną publicznością. Na tę okazję zawiązał się projekt Joanna i Przyjaciele, którego kierownikiem muzycznym zgodził się zostać niezwykle ceniony w środowisku Michał Rorat.
Otwarty koncert „Emotions” odbył się w „Stacherczaku”. Repertuar był mocno różnorodny, ale nie mogło w nim zabraknąć ukochanej przez Joannę Kory (ta miłość rozpoczęła się, gdy częstochowianka była dziesięciolatką, a Maanam promował „Oddech szczura”). Wybrała sobie niezwykle wymagające numery: „Ocean wolnego czasu” i „Krakowski spleen”. Rok temu, relacjonując ten występ, napisałam tak: I choć po te utwory niewielu powinno sięgać (najczęściej efektem jest artystyczne nadużycie), to częstochowiance bardzo one pasują. Może warto pomyśleć o recitalu złożonym wyłącznie z piosenek Jackowskiej?
Nadal to
podtrzymuję. Minął rok (tamten koncert odbył się 17 czerwca, a
tegoroczny – 16 czerwca) i moja wróżba się spełniła. Zespół się nieco
rozrósł, bo – obok wspomnianych już – Michała Rorata (instrumenty
klawiszowe), Będucha (perkusja) i Nowak (chórki) – z Joanną zagrali:
Wojciech Zalewski (gitara), Kosma Kalamarz (bas), Wojciech Kwaśniak
(gitara), Aleksandra Łapińska (chórki) i Katarzyna Kosior (która w dniu
koncertu zastąpiła – z uwagi na chorobę - Martę Kotaszewską).
Z wokalistką zgodzili się wystąpić również goście specjalni. Pierwszym był raper Mikser, który dorzucił energetyczny freestyle. Korze, która przez kilka lat była jurorką „Must Be The Music. Tylko muzyka” taka „świeża krew” pewnie by się spodobała. Z kolei drugi z gości raczej by ją rozczulił. Z Januszem „Yaniną” Iwańskim nie tylko dzieliła scenę, ale także przyjaźń.
Kora z
Maanamem nagrała jedenaście płyt. Debiutancki „Maanam”, „O!” czy „Nocny
partol” zapisały się jako kamienie milowe historii rodzimego rocka, ale
na tym nie koniec, bo do dziś stanowią muzyczny komentarz dla Polski
okresu stanu wojennego. Niełatwo wytypować kilkanaście spośród tylu
przebojów.
„Chcę Ci powiedzieć coś…” podzielono więc na dwie części: „polityczną” i miłosną. W pierwszej usłyszeliśmy m.in. „Hamleta”, „Zdradę”, „Wieje piaskiem od strony wojny” czy wspominany już „Krakowski spleen”; w drugiej - „To tylko tango”, „Lipstick On The Glass”, „Po prostu bądź” i „Anioła” (te dwie ostatnie wykonane wspólnie z Yaniną).
Pomiędzy zabrzmiała zaś instrumentalna „Przerwa na papierosa” (potwierdzająca warsztatowy kunszt zespołu). Na bisy sięgnięto po przywoływany już „Oddech szczura”.
Wspominałam o odwadze, bo tej Będuch odmówić nie można, ale równoważy ją pokora i szacunek do oryginału. I dbałość o słowa, o przekaz, czyli o to, co w piosenkach rockowej poetki było najważniejsze. Nie ma więc udziwnień, „odkrywania Ameryki” („nowa” nie jest tu potrzebna), przedobrzeń, kombinacji. Tego, na czym tak łatwo się przejechać. Kora była jedna, można próbować dosięgnąć ustawionej przez nią poprzeczki, ale przeskoczyć jej się nie uda.
Częstochowianka przyznaje, że układała repertuar, unikając tych przebojów, które z wypaczeniem sensu, wpisały się już w weselne setlisty. Filtrowała je przez swoje emocje. Widać, że szukała tych, które najbardziej do niej pasują. Dokonała dobrych wyborów. Na szczęście nie ważyła się sięgnąć po „Boskie Buenos” (poza Korą piosenka ta pasuje chyba wyłącznie Justynie Steczkowskiej, która dzięki niej wygrała „Szansę na sukces” i rozpoczęła ogólnopolską karierę). Ja za to dołożyłabym do programu moje ulubione „Do kogo biegłam” i „Jestem kobietą”.
Rok temu napisałam coś jeszcze. Perełką „Emotions” był bowiem pierwszy autorski utwór Będuch „Zauważ mnie” (skomponowany przez Rorata). Bossa nova szybko zyskała licznych wielbicieli. To wskazówka sugerująca, że należy podążać tą drogą – rzuciłam, kończąc tamten tekst. Okazuje się, że od tego czasu powstały zupełnie nowe piosenki. Według deklaracji, która padła w teatrze (świadków jest wielu, bo sala była pełna), prace nad płytą trwają. Jestem bardzo ciekawa efektu.
Fotografie pochodzą z archiwum Joanny Będuch
