Debiuty i powroty
Były festiwalowe debiuty i powroty, była scena
lokalna, był rock, był pop, był rap, był grunge i cały gatunkowy miks. Było
subtelnie i było na ostro! Tegoroczna Frytka Off – jak zawsze – miała wiele
smaków.

Tegoroczna Frytka była już trzynastą w festiwalowej historii i kolejną zorganizowaną w plenerowych klimatach Parku Wypoczynkowego Lisiniec. Nigdy nie kryłam, że to impreza, do której od samego początku i pierwszej edycji (2011) czuję miętę. Stąd co roku czekam na kolejne i kolejne odsłony. Dlaczego? Bo zawsze – obok koncertów artystów, których słucham od lat (jak Kult, Pidżama Porno, Dezerter, Lao Che itd. itd.) – otwierała mnie na kosztowanie nowych brzmień, na poznawanie nowych projektów, na występy, na które może nigdy bym nie trafiła. Frytkuję więc po to, by posłuchać tego, co znam i lubię, ale też, by sięgnąć po coś mi nieznanego.
Po raz pierwszy
Tym razem Frytka była dla mnie pierwszą okazją do czterech muzycznych spotkań. To dzięki niej miałam okazję poznać zespół LAB. To pięciolatek, który narodził się w 2020 r. Niech młody wiek was jednak nie zmyli, bo stoją za nim muzycy związani z takimi kapelami jak Don’t You Bear czy Negatyw (który grał na częstochowskim festiwalu w 2012 r.). LAB komentuje to, co dzieje się na ulicach miast i nie robi tego po cichu. W sobotę zagrał na otwarcie. Do plenerowej setlisty wciągnął takie numery jak „Dziewięćdziesiąte”, „Zakłócenia” (dedykowane wszystkim kobietom), „Pamela” czy „Jest dobrze”. Nie zabrakło też ich repertuarowej nowości, czyli utworu „Rana”. Tego koncertu słuchało się naprawdę dobrze!

Potem nowość wymiksowała się z tradycją, bo zawsze musi być jakiś częstochowski akcent. Tym razem miasto reprezentował skład 4Hz. Występ ten zapowiadano jako to, co powstałoby w wyniku spotkania Kalibry 44 z Limp Bizkit. Efektem były autorskie kawałki (inspirowane osobistymi przeżyciami) z „Samotnością” „Pandorą”, „Siri” i „Jak jasne niebo” na czele.
I jeszcze jeden występ, na którym dotąd nie byłam, ale bardzo chciałam nadrobić. Dziwna Wiosna (równolatka LAB) łączy wszystko, co lubię w muzyce. Miksuje rock, pop, grunge, hard rock i alternative, „brudne” dźwięki, bunt, chaos i szorstką poezję. Jest o miłości, samotności i końcu świata. Dziwna Wiosna uznawana jest za jedną z najlepszych dziś kapel koncertowych w Polsce i po frytkowym występie pewnym jest, że status ten nadano jej nie bez przyczyny. Przypieczętowały to takie utwory jak „Niepewność” czy „Ostatnia noc lata”.
I po raz trzeci
Te trzy zespoły były frytkowymi debiutantami, teraz pora na „starych wyjadaczy”, a właściwie wyjadaczki, bo tradycją festiwalu są też powroty. Tym razem wróciły Mery Spolsky i Mela Koteluk. Dla obu był to trzeci frytkowy koncert.
Mery po raz pierwszy wystąpiła na Frytce w 2019 r. (Mela była wówczas gwiazdą wieczoru). I wtedy – dzięki temu koncertowi właśnie – poznałam jej twórczość (i szybko zostałam fanką). Znów pojawiła się na scenie w 2022 r. Wtedy miała w dyskografii już dwie płyty, teraz doszła jeszcze odważniejsza „Erotik era”, a w planach jest już kolejny krążek (to, że „idzie nowe”, zwiastowały, wykorzystane w scenografii bociany).
O tym wszystkim i wielu jeszcze innych rzeczach Mery opowiadała podczas występu (bliski kontakt z publicznością od początku jest jej wizytówką). – Co jakiś czas tu przyjeżdżamy, by na Frytce Off testować nasze nowe utwory. Za pierwszym razem był to „Technosmutek”, za drugim – „Cekinowa bomba”, a teraz mamy utwór, który nie ma jeszcze tytułu, ale chciałabym, żeby znalazł się na nowej płycie – mówiła.
Oprócz nowinek nie brakowało także piosenki, którą Spolsky wykonuje za każdym razem, czyli „Miło było pana poznać”. – Zaczęłam od tej piosenki i zawsze z nią jeżdżę, na każdy koncert – wspominała wokalistka.
Mery – zgodnie z obietnicą – zaśpiewała również znany z sieci (i np. rolki, którą można znaleźć na CGK) festiwalowy hymn, który spontanicznie ułożyła, gdy nagrywała zaproszenie na Frytkę. Na żywo i na wiele głosów (bo skrzętnie jej spod sceny wtórowaliśmy) zabrzmiał świetnie. Sama autorka przyznała, że ta kompozycja zasługuje na „Frydefrytka”.
Bezczelna harmonia
– Wiecie, co jest najlepsze na tym festiwalu? Że można bezczelnie i bezkompromisowo od rana jeść frytki – śmiała się.
Bezkompromisowe były również utwory, które dopełniły sobotnią listę. Rozgrzewały nas więc m.in. „Bigotka”, „Liczydło”, „Mazowiecka kiecka”, „Santorini” (przed tą piosenką artystka ruszyła do publiczności, by popytać o marzenia), „Maria przed ołtarzem” czy „Marysia Kowalska”, którą wokalistka pożegnała się z Częstochową. Obiecała powrót. A ja przyznam szczerze, że jak dla mnie, mogłaby tak grać co roku.

Z kolei Mela Koteluk (która frytkową debiutantką była jeszcze za czasów „Piłsudskiego”, tj. w 2014 r.) reprezentuje zupełnie inny muzyczny biegun – pełen subtelności, poezji, melancholii. Nic więc dziwnego, że koncert rozpoczęła „Harmonia”, czyli tytułowa kompozycja z najnowszej, wydanej w marcu płyty wokalistki. Z nowości zabrzmiały też np. „Idziesz”, „Molo na most” czy „Himalaje”. Ale ja – zapewne jak wiele osób – czekałam na „Spadochron” i „Żurawie origami”. Nie zawiodłam się. Na dokładkę otrzymaliśmy również „Melodię ulotną” i „Stale płynne”. Koteluk jest mistrzynią nastrojowości, czarodziejką dźwięków, wokalistką ukojenia...
Ale na Frytce jak we frytownicy, temperatura musi być wysoka, więc po chwili wyciszenia, znów podkręcono głośniki. W tym przypadku powiedzieć „był ogień”, to o wiele ze mało! Finałowy koncert przyciągnął tłumy fanów Aviego. – Razem zamkniemy ten dzień i rozpoczniemy kolejny – przywitał się z publicznością raper. Oklaski zebrał gorące. A każdy kolejny utwór, czy to była „Gelenda”, czy „Inny niż oni”, czy „Mały Książę”, czy „Nieskończoność”, festiwalowicze śpiewali wraz z nim (słowo w słowo!).
To dowód na to, że Frytka Off naprawdę łączy, że obok undergroundu jest miejsce na hip hop, że obok kontrowersyjnych tekstów, jest też czas na lirykę.
Gdy światło zgaśnie
Tegoroczna edycja była wyjątkowa także z innego względu. Między koncertami Mery a Meli światło na kilka minut kilka zgasło. Na ekranie pojawił się napis „Adam”. A potem zabrzmiał głos aktorki Hanny Zbyryt, który przypomniał, że przed trzema tygodniami odszedł od nas Adam Markowski, nasz redakcyjny kolega, który współtworzył CGK, ale też jeden z pomysłodawców Frytki Off.
To strata, z którą nadal nie możemy się pogodzić. Bo tak, jak zabrzmiało na ekranie, to nieprawda, że nie ma ludzi niezastąpionych. Adam właśnie taki był.

Zawsze stronił od sztampy i takim zobaczyliśmy go na nagraniu: przebranego za czarta, który kroczył w paradzie frytkowej, grającego w retro gry komputerowe, biegającego po festiwalowym terenie. Oczywiście momentami był też niezwykle poważny, np. wtedy, gdy otwierał wystawę „Klimaty Częstochowy”, czy „Moment” właśnie.
Gdy ekran zgasł, zapaliło się tylko jedno światełko. To, które rozświetliło osamotniony na scenie aparat fotograficzny…
Fot. Grzegorz Skowronek, Łukasz Kolewiński
