Do Afryki przez Częstochowę
„Bridge” to powrót po 40 latach do miasta, w którym
Janusz Kokot uczył się i studiował. To jednocześnie pewien debiut, bo autor
nigdy dotąd nie miał indywidualnej wystawy w Częstochowie.

Choć urodził się w Kaliszu, podkreśla, że to Częstochowa go ukształtowała. To tu ukończył „Plastyka”, a potem Wyższą Szkołę Pedagogiczną (czyli dzisiejszy Uniwersytet Jana Długosza). I to na studiach, 45 lat temu, poznał Tomasza Lubaszkę. To on po latach – z ramienia częstochowskiej „Zachęty” – został kuratorem wystawy „Bridge”, którą można właśnie oglądać w Konduktorowni.
Ekspozycję (jej wernisaż odbył się 3 października) rozpoczyna praca namalowana plakatówkami, szczególna dla obu twórców. – To jedyna praca stworzona w tej technice, którą prezentujemy. Powstała w moim rodzinnym domu w Herbach. Jasiu przyjechał na dwu czy trzy tygodniowy plener. Malowaliśmy, gadaliśmy i tak rozpoczęła się nasza przyjaźń – opowiada.
Większość prac prezentowanych w Konduktorowni malowana była pastelami olejnymi. W tej technice Kokot osiągnął prawdziwe mistrzostwo, a jego kunszt zadziwia nawet kolegów „po fachu”. - To, co Jasiu robi w pasteli olejnej, to jest rzecz niebywała. Rozmawiałem o tym już z wieloma artystów, każdy mówił, że to jest niemożliwe. Jednak kwestia techniki to jedna sprawa, a kwestia przekazu intelektualnego - druga. W łączeniu tych wartości Janusz jest absolutnym mistrzem świata – zapewnia kurator wystawy.

Nad aranżacją „Bridge” spędzili trzy dni, w pracy wspierała ich m.in. żona Lubaszki – malarka Anna Ujma-Lubaszka. – Praca była niełatwa, ale atmosfera znakomita. Uświadomiłem sobie, jakim naprawdę jestem szczęściarzem, że znając się tyle lat, możemy z Tomkiem gadać ze sobą kilka dni pod rząd, ciężko pracować i jednocześnie świetnie spędzić ten czas – dodaje Janusz Kokot.
Malarz i rysownik w latach 1988-2024 zrealizował 22 wystawy indywidualne, a także uczestniczył w kilkudziesięciu zbiorowych. Jednak „debiut” w Częstochowie - bo w tym mieście wystawia się po raz pierwszy - ma dla niego szczególne znaczenie. Nie ukrywa przy tym, że naszemu miastu bardzo wiele zawdzięcza. – Sprowadziłem się tutaj 50 lat temu, a Częstochowę opuściłem dziesięć lat później, gdy obroniłem dyplom na WSP – opowiada.
Dodaje, że ma nieprawdopodobne szczęście do ludzi, a przyjaźń z Tomaszem Lubaszką jest jednym z wielu na to przykładów. – Te znajomości zawarte w Częstochowie, ukształtowały to, kim dziś jestem. To tutaj przeżywałem pierwszą miłość. Tutaj spotkałem ludzi, którzy mieli niesamowitą pasję. Tutaj spotkałem moich profesorów. To w Częstochowie otworzył mi się świat. To tutaj, w liceum, za pośrednictwem mojego wykładowcy historii sztuki, zacząłem czytać Biblię – wylicza.

Cztery lata pośrodku „nigdzie”
To ostatnie, jak wspomina, doprowadziło do bardzo radykalnych zmian w jego życiu. – W konsekwencji wyjechałem na misję do Afryki. Pojechałem do Ugandy ze znajomymi, by wybudować schronisko dla osób bezdomnych. Mieszkaliśmy na równiku. Cztery lata spędziłem pośrodku „nigdzie”, 16 kilometrów od granicy z Kongo i niecałe 100 kilometrów od granicy z Sudanem Południowym – mówi (tu dodajmy, że afrykańskie wspomnienia opisał w książce "Afrobiografia").
Kokot zaznacza coś, czego patrząc na zebrane w Konduktorowni prace, być może nie dostrzeżemy: Afryka miała ogromny wpływ na moją twórczość, chociaż paradoksalnie tego nie widać. I gdy wokół miałem przepiękne krajobrazy, najlepsze plenery, jakie można wymarzyć, to ja… malowałem abstrakcje.
Afryka wpłynęła również na jego życie osobiste, bo tam poznał swoją drugą żonę Victorię. Z pierwszą, Sylwią, spędził 25 lat. Zakochali się w sobie oczywiście w Częstochowie. Po jej śmierci, dzięki misji, znów zdecydował się założyć rodzinę. – Gdyby nie wasze miasto, nie pojechałbym do Afryki, mogę więc śmiało powiedzieć: Częstochowo, dziękuję ci – mówi Kokot.

Bridge, Hong Kong, Message
Wystawą w „Zachęcie” autor podsumowuje 40 lat, które minęły od jego wyjazdu z tego miasta. – Wracam z plonem, który możecie państwo ocenić – zapewnia. A plon to naprawdę obfity, bo parter i piętro Konduktorowni wypełnia około setka prac. Niektóre z nich układają się w cykle.
Wśród nich znalazł się tytułowy „Bridge” (czyli „most”). - „Bridge”, jak wiadomo to także gra zespołowa oparta na współpracy, w której partnerzy dzielą się odpowiedzialnością za osiągnięty wynik. Obraz w moim zrozumieniu tak naprawdę powstaje pomiędzy prezentowaną kompozycją a widzem. Zatem jest wypadkową doświadczenia obu, twórcy i oglądającego – wyjaśnia malarz.
Z kolei bezpośrednią inspiracją kompozycji "HK” były fotografie potężnych blokowisk w Hong Kongu. – Chociaż są one szczytowym osiągnięciem inżynierii budowlanej nie budzą we mnie entuzjazmu a raczej zdziwienie i dystans. Ale mam wrażenie, że te uczucia nie są w mojej pracy obecne, ponieważ w czasie realizacji „HK” towarzyszył mi ten sam rodzaj beztroskiej radości i uczucie satysfakcji jakie widziałem u dzieci aranżujących według własnego uznania nowy zestaw kolorowych kredek w pudełku.

Natomiast pokaźny cykl „Message” stanowi „korespondencję” ze sztuką awangardowych artystów z Europy. Łatwo tu znaleźć więc odniesienia do twórczości takich malarzy jak Franz Kline, Mark Tobey, Frank Stella czy Lucio Fontana.
Bez względu na tematykę w swojej twórczości Janusz Kokot – jak podkreśla - dziękuje Bogu: Oczywiście moje malarstwo to nie jest religijne, ale uważam, że jest bardziej pojemny sposób opowiadania o Bogu niż ilustrowanie wersów biblijnych. To sięganie do tego, co jest sednem Bożej Natury - piękna harmonii, intelektu, mądrości. Więc jeśli na tej wystawie dostrzeżecie te pierwiastki, to znaczy, że się nie pomyliłem.
I do takiego szukania znaczeń autor i kurator wystawy zachęcają. „Bridge” pozostanie w Częstochowie do niedzieli, 19 października. Dzień wcześniej, o godz. 16.00 zaplanowano jej finisaż i spotkanie z autorem. Wstęp jest wolny.
Fot. Łukasz Kolewiński (wernisaż wystawy)
