Dogadali się z Bogiem w sprawie muzyki
35. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Sakralnej „Gaude Mater” właśnie się zakończył. W Filharmonii Częstochowskiej. Kiedy człowiek spojrzał na program koncertu finałowego, od razu mu się dwie rzeczy rzucały w oczy. Po pierwsze – od góry do dołu sami romantycy. Po drugie – Niemcy. Wyłącznie.

Czemu tak? Co do epoki, nie mam pomysłu. Może chodzi o to, że romantyzm bardzo sprawnie konweniuje z orkiestrą symfoniczną? To muzyka stworzona dla takiego aparatu wykonawczego. A narodowość? Tu już mi, owszem, pomysł świta. A mianowicie taki: festiwal „Gaude Mater” poświęcony jest muzyce sakralnej. Upraszczając – bliskiej Bogu. Niemieccy kompozytorzy zaś (czy też raczej niemieckojęzyczni) mieli z Bogiem ekstra umowę, jeśli chodzi o muzykę. Tylu ich stworzył, że zliczyć trudno. I jakich zdolnych!
Na koncercie finałowym „Gaude Mater” program dobrano tak, by nie było kościelnie, lecz mistycznie.
Beethoven – wymyślone morze
Na pierwszy ogień poszedł Beethoven: dwuczęściowa kantata „Cisza morska i Szczęśliwa podróż”. Czas powstania – 1815 r. mniej więcej. Orkiestrze towarzyszył chór, bo kompozytor dodał do muzyki wiersze Johanna Wolfganga von Goethego.

Skąd poezja wielkiego niemieckiego klasyka w utworze wielkiego niemieckiego romantyka? Beethoven cenił ją sobie. Ale tylko ją. Autora uważał bowiem za snoba, konserwatystę i lojalistę. Goethe z kolei uznał kompozytora za geniusza, ale też gbura, dzikusa i zgorzknialca. Takie opinie na swój temat panowie wynieśli ze wspólnego pobytu na kuracji w czeskich Cieplicach. Na początku się polubili, ale im bliżej przestawali ze sobą, tym lubili się mniej. Jednak trzy lata po tym spotkaniu Beethoven właśnie wiersze Goethego wziął do swej kantaty, a nawet mu ją zadedykował.
Pierwsza część kompozycji jest tajemnicza i mroczna. Druga – radosna i pełna uniesień. Daje ta muzyka wrażenie duchowego obcowania z tajemnicą, nieskończonością, potęgą… A napisał ją człowiek, który nie tylko był już wtedy kompletnie głuchy, ale też nigdy w życiu nie widział morza!
Mendelssohn – zabawa renesansem
Kolejny punkt programu - „Tu es Petrus” op. 111. Nie, nie oratorium Piotra Rubika, lecz motet Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego. Dostojny choć krótki. Napisany w 1827 r.

Kompozytor miał wtedy zaledwie 18 lat. W sierpniu wybrał się na pieszą wędrówkę po górach Harzu. Poniosło go dalej, aż w okolice Heidelbergu, więc pomyślał, że skoro już tam jest, odwiedzi słynnego Antona Friedricha Thibauta, wykładowcę prawa, ale też znawcę i pasjonata muzyki sakralnej. To ostatnie profesor posunął do tego stopnia, że nie tylko miał w domu imponującą kolekcję renesansowych partytur, ale również utrzymywał prywatny chór, by sobie od czasu do czasu czegoś pięknego posłuchać. Przyjął Mendelssohna miło, po czym bez reszty go swoją pasją oczarował. Młody Feliks, choć luteranin, nabrał ochoty, by pobawić się w takiego na przykład Palestrinę i skomponować coś polifonicznego w „stylu rzymskokatolickim”. Zrobił to zaraz po powrocie z wakacji. Słowa do muzyki wziął z Wulgaty, czyli przekładu Biblii na łacinę dokonanego przez św. Hieronima. Dokładnie zaś, z Ewangelii św. Mateusza. Tak bardzo był zadowolony z efektu połączenia brzmień renesansu z romantyczną, współczesną mu orkiestracją, że ogłosił motet za swoje najbardziej udane dzieło roku.
I pomyśleć, że nigdy go za życia nie wydał. Nie wiadomo, dlaczego. Prawdopodobnie miał je za wprawkę, ćwiczenie warsztatowe, nie za utwór dla publiczności. Opublikowano je dopiero 20 lat po śmierci kompozytora.

Brahms – efekty grzebania w cudzej bibliotece
Trzecim romantycznym Niemcem w programie okazał się Johannes Brahms. Utwór – „Pieśń przeznaczenia”. Słowa - Friedrich Hölderlin. Kompozytor sięgnął do jego powieści „Hyperion”, do zawartych w niej filozoficznych rozważań o spokoju bóstwa oraz cierpieniu ludzi poniewieranych przez fatum. Dał temu formę złożoną z trzech części: początek z muzycznym wątkiem boskiego, świetlistego szczęścia, dramatyczny środek - obraz losu człowieka, wreszcie monumentalne zakończenie przywracające motyw niebiańskiego spokoju.
Całość powstała dzięki temu, że kompozytor grzebał w książkach jednego ze swych przyjaciół. Wpadł do niego w odwiedziny latem 1868 r. Buszując po bibliotece gospodarza zwrócił uwagę na powieść w listach „Hyperion”. Przerzucił strony i poruszony treścią wybrał się na samotny, kilkugodzinny spacer brzegiem morza. Książkę wziął ze sobą. Wątpliwe, by oddał ją właścicielowi: zapisał marginesy pierwszymi szkicami motywów muzycznych przyszłej kompozycji.

Zamiana projektu w gotowe dzieło nie poszła równie sprawnie. Trwała trzy lata, choć cały utwór trwa raptem kwadrans. Wszystko przez Hölderlina, który dał „Hyperionowi” tragiczne zakończenie. Brahms, choć agnostyk, nie zamierzał godzić się z twierdzeniem, że zbawienie to coś, na co człowiek nie ma szans. Nie chciał w finale „Pieśni…” przekazywać słuchaczom uczucia rozpaczy i beznadziei. Jednak tekst wykonywany przez chór tak się właśnie kończy. Co robić? Odpowiedź znalazł inny przyjaciel. Powiedział Brahmsowi: „Porzuć tekst i daj przemówić samej orkiestrze”. Kompozytor błyskawicznie dopisał instrumentalny, podnoszący na duchu finał i można było zaprosić melomanów na premierę.
Schubert – wciąż nierozwiązana zagadka
Program finałowego wieczoru festiwalu „Gaude Mater” zawierał cztery punkty. Ostatni z nich okazał się szczególnie znaczący: upamiętniał piątą rocznicę śmierci poprzedniego dyrektora Filharmonii Częstochowskiej i wieloletniego naczelnika miejskiego wydziału kultury Ireneusza Kozery. Wyjaśnił to publiczności obecny dyrektor, a zarazem dyrygent naszej orkiestry Adam Klocek.

Wspominając Pana Ireneusza wysłuchaliśmy VIII Symfonii h-moll „Niedokończonej” Franciszka Schuberta. To jedna wielka rozpisana na nuty tajemnica.
Powstała w 1822 r. Symfonie miały wtedy obowiązkowo cztery części. Schubert napisał dwie i ani nuty więcej. Potem ofiarował ją towarzystwu muzycznemu w Grazu. Obdarowani nie wiedzieli, co robić z prezentem. No bo na co im połowa symfonii? Jeden z członków schował ją zatem w biurku i tam by pewnie została, gdyby nie dowiedział się o niej dyrygent Johann Herbeck. Tak długo męczył właściciela nut, że ten mu w końcu udostępnił rękopis. Było to 32 lata po śmierci Schuberta.
Od prapremiery w 1865 r. dyrygenci próbują czasem uzupełniać VIII Symfonię, doklejając do niej części z innych utworów kompozytora. A przydomek „Niedokończona” przylgnął do niej już chyba na zawsze. Tylko Brahms głosił z wyżyn swego autorytetu: gdyby wszystkie dzieła były tak skończone, jak to, żylibyśmy w prawdziwym muzycznym raju. Co nie zmienia faktu, że badacze wciąż szperają. Podobno nawet znaleźli dowody, że Schubert napisał coś więcej, ale zamiast uzupełnić „ósemkę”, wykorzystał je gdzie indziej. Czemu? Kto wie, czy się tego kiedykolwiek dowiemy.
A na koniec kolejne pytanie. Dlaczego u licha pierwsze takty wielkiego dzieła Schuberta posłużyły za motyw muzyczny dla… postaci Gargamela z kreskówki o smerfach?!
Fot. Łukasz Kolewiński
