SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Drzwi z mosiężną wizytówką [CZĘŚĆ II]

12 września 2026
Udostępnij

Za nimi czekały niekończące się możliwości. Nierzadko zaskakujące. Oprócz sikania do miski z wodą, można było strzelać do hitlerowców z Rudego 102, zmienić kolor skóry, złamać obojczyk spadając z wersalki, albo… wyciągać z toaletki włosy zmarłej ciotki.

middle-PICT0399.JPGGdy byłem już trochę starszy, przestrzeń pod stołem zmieniła swoje przeznaczenie. Stała się kwaterą główną wojsk przepędzających z naszej pięknej ojczyzny hitlerowskich oprawców. Czerpiąc wiedzę i inspirację z serialu „Czterej pancerni i pies” i „Stawki większej niż życie”, miejsce pod stołem zmieniałem naprzemiennie w czołg Rudy 102, okopy, czy skrzynką kontaktową Hansa Klossa.

Po latach, kiedy zrozumiałem, że wojna to nie jeżdżenie po lasach czołgiem, bieganie z psem i obcałowywanie się z sanitariuszką, a wojsko to nie męska przygoda, tylko miejsce dla psychopatów, którzy za cel mają ze zwykłego człowieka uczynić bezdusznego i pozbawionego wolnej woli robota, czas spędzony pod stołem uznałem za odbycie zasadniczej służby wojskowej z nawiązką i zrobiłem wszystko, żeby „ukochana” ojczyzna nie ubrała mnie nigdy w zielony mundurek.

Klamrą spinającą dwa wydzielone pomieszczenia, przymierzalnię i pracownię była stara toaletka z wielkim lustrem, dwiema szafkami i szufladami. Mieściła w sobie różne domowe fryzjerskie utensylia i kosmetyki. Kiedyś z całego krążka znalezionego w niej kremu Nivea, łącząc go ze zmieloną czarną kredką, wykonałem smarowidło, które po wtarciu w twarz i dłonie miało zmienić mnie w osobnika czarnoskórego. Efekt był piorunujący, pamiętam przerażenie na twarzach, kiedy okazało się, że mój specyfik bardzo trudno usunąć z twarzy, ponieważ krem z barwnikiem bardzo ładnie wsiąknął w skórę. Nie pamiętam, skąd pomysł przemiany. Może zapragnąłem zostać Jumbo z filmu „Cafe pod Minogą” i wystąpić u boku Adolfa Dymszy i Hanki Bielickiej. Od tej pory nigdy nie chciałem już zmienić koloru skóry, mimo że miałem w swoim życiu jeszcze epizod indiański.

middle-6.jpg

Worek z włosami i ciasto drożdżowe

Wracając do toaletki, przechowywano w niej jeszcze coś. Jako dziecko nie rozumiałem, jaki miało to cel – przeźroczysty worek z długimi włosami, prawdziwymi, ludzkimi, włosami siostry mojego taty, zamordowanej na wycieczce w Bieszczadach podczas wakacyjnego wyjazdu. Czasami wyjmowałem te włosy, nie towarzyszyły mi przy tym żadne przemyślenia, wiedziałem do kogo należały. Nie pachniały człowiekiem, były przedmiotem, jednym z wielu w toaletce, nie wzbudzały we mnie emocji. Byłem wtedy w wieku, kiedy śmierć była dla mnie jeszcze abstrakcją.

Dzisiaj wydawałyby mi się pewnie czymś przerażającym, makabryczną pamiątką. Może formą fetyszu? Artefaktem przywodzącym na myśl skojarzenie, ze stertą włosów w gablocie oświęcimskiego muzeum. Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego tam były, teraz nie mam już kogo zapytać.

Gdy dziadek został emerytowanym krawcem, pracownia stała się na powrót pokojem z okrągłym rozkładanym stołem na środku, meblami, kanapą, telefonem i telewizorem oraz ogromnym fotelem, na którym rano w sobotę następującą po Dniu Babci usiadła moja babcia i nigdy już z tego fotela nie wstała. Kiedy opuszczała pokój - już nie o własnych siłach - panującą ciszę zakłóciło „do zobaczenia” wypowiedziane przez dziadka. Dzień wcześniej dostałem od niej ciasto drożdżowe. To bardzo dziwne uczucie. Nie potrafię go nazwać ani opisać – jedzenie czegoś, co jest smaczne, słodkie i stworzone przez osobę, której już nie ma.

Czarna koperta i historie pana Roga

middle-14(1)b.jpg

W tym samym pokoju kilka lat później usiadł na krześle mój dziadek, czekał zaniepokojony. Gdy wszedłem nie wstał, patrzył. Jego wzrok był nadzieją ze znakiem zapytania, a ja nie byłem w tym dniu dobrym posłańcem, przyniosłem czarną kopertę z czarną wiadomością. Dziadek stracił ostatnie ze swoich dzieci, a ja zostałem półsierotą...

Po prawej stronie stał piec kaflowy, a obok niego kolejne drzwi, kolejne będące kopią poprzednich, prowadziły to kolejnego pokoju, który był identyczny jak pierwszy. Taka sama powierzchnia, ta sama wysokość, takie same dwa drewniane okna wychodzące na podwórko. Typowy dziewiętnastowieczny układ architektoniczny, wielkie podobne pokoje w amfiladzie. Ściany wszystkich pomalowane były jasną farbą, w każdym w innym odcieniu, a duże jednobarwne powierzchnie zaburzono wzorem wykonanym ozdobnym gumowym wałkiem, taka namiastka tapety. W rzeczywistości coś niewyobrażalnie obrzydliwego. Kiedy farba była już przybrudzona, spękana i poobijana nadchodził czas malowania. Wykonywał je zawsze ten sam człowiek. Malarz pokojowy o nazwisku Róg. Nie wiem, czy miał imię, z pewnością tak. Ja słyszałem wyłącznie pan Róg. W trakcie pracy pan Róg opowiadał różne historie przerywane wierszykami rodem z międzywojennego szynku, w stylu „kelner żywo, cztery kufle jedno piwo”. Powtarzałem je jako mały chłopiec, chcąc popisać się przed ciociami i wujkami na rodzinnych kolacjach.

middle-8.jpg

Wspomniany wcześniej pokój, zwany też środkowym, za czasów funkcjonowania pracowni skupiał życie towarzyskie - rodzinne posiłki, oglądanie telewizji, imprezy imieninowe, urodzinowe, wielkanocne śniadania i wigilijne kolacje. To tu ciotka Pelagia z uporem maniaka i ku znudzeniu zgromadzonych odczytywała wycięte z gazet artykuły, uznawszy je wcześniej za interesujące dla całej ludzkości. To tutaj Ewa, siostra mojego taty przyjmowała szkolne koleżanki. Jedna z nich szczególnie spodobała się małemu chłopcu, który na chwilę porzucił trud walki z okupantem i by jej zaimponować pokazał małą gablotkę z zasuszonymi owadami na szpilkach, czyli coś najbardziej imponującego i uznanego za skarb absolutny. Nie pamiętam, czy prezentacja wzbudziła podziw, czy obrzydzenie, ale niestety nie zaowocowała bliższą znajomością.

Również w tym pokoju wspomniana Ewa przedstawiała swojego chłopaka Krzysztofa, który dla mnie, małego chłopca, wydawał się być osobą ciekawą z uwagi na pewien atrybut - mundur żołnierza zasadniczej służby wojskowej. W niedługim czasie wyszła za niego za mąż, czym podpisała wyrok na samą siebie. Skrzętnie skrywany w narzeczeństwie alkoholizm Krzysztofa zawładnął całkowicie Ewą, nie potrafiła się z tego wyzwolić. Ciągnięta na dno przez własnego męża upadła i pozwoliła wciągnąć się tak głęboko pod ziemię, że jej zmęczone ciało spoczęło w alejce numer jakiś tam i kwaterze numer jakiś tam cmentarza Kule na wieki.

middle-PICT0252.JPGZłamany obojczyk i akwarium atakuje

Pokój ostatni, zwany trzecim, dzieliły od reszty mieszkania identyczne, już czwarte drzwi z tą różnicą, że wyposażone były w najładniejszą i najbardziej ozdobną klamkę. Przez pierwszych sześć lat mojego życia, nie był to zwykły pokój, to jakby wydzielona przestrzeń z większej całości. Małe mieszkanie, namiastka czegoś własnego, wspólny rodzinny kąt moich rodziców i mnie.

Tutaj pod łóżkiem gromadziłem w pudełkach klocki, części zegarków, które nałogowo rozkręcałem, tutaj na drewnianej podłodze powstawała co jakiś czas linia kolejowa prowadząca z nie wiadomo skąd do nie wiadomo dokąd. Tutaj złamałem obojczyk, spadając z wersalki, a badającego mnie lekarza wprowadziłem w konsternację, ponieważ wymachiwał moją ręką ze złamanym obojczykiem w górę i w dół, a ja twierdziłem, że nic nie boli. Chyba był trochę zły, bo miało boleć, zawsze boli, każdego boli. Obawiam się, że tym brakiem bólu podważałem trochę jego medyczny autorytet.

Na niewielkiej szafce przy drzwiach stało moje akwarium. Byłem z niego dumny. Z kolorowych małych rybek kupowanych w sklepie na ulicy Kilińskiego vis a vis teatru. Niestety, moja namiastka egzotycznego morza o mało nie stała się przyczyną tragedii. Od czasu do czasu lubiłem chwycić się klamki, oderwać od podłogi nogi i przejechać się na drzwiach odpychając stopą. Feralnego dnia postanowiłem spróbować tego samego na drzwiach szafki. Szafka okazała się zbyt lekka, by utrzymać małego chłopca, a spadające akwarium uderzyło rogiem w bok mojej głowy. Z wrażenia nic nie poczułem, ratowałem rybki, które pluskały i podskakiwały w kałuży wody wymieszanej z krwią. Przerażona widokiem babcia owinęła mi głowę ręcznikiem, zadzwoniła do mamy do pracy, która z prędkością światła zjawiła się w domu. Więcej nie pamiętam, ale przeżyłem.

Walizka wspomnień

Kiedy w wieku siedmiu lat przeprowadziłem się na Tysiąclecie kilka pierwszych tygodni płakałem. Za przestrzenią, za gwarem miejskiej kamienicy, za podwórkiem, z którego często przez okno słyszałem pokrzykiwanie „noże, nożyczki ostrzę...”, „jagody, jagody, jagody...”, czy „drzewo, drzewo, drzewo…” artykułowane przez sprzedawcę przez „dż”, tak jak w słowie dżem, za dziecięcym poczuciem spokoju i bezpieczeństwa, którego gwarantem byli liczni bliscy wokół. Miałem swój pokój, miałem nowych kolegów, nową przestrzeń, coś zyskałem, ale coś odeszło bezpowrotnie.

middle-PICT0361.JPG

Płakałem również, kiedy ostatni raz przekręcałem klucz w zamku pustego mieszkania, kiedy ostatni raz patrzyłem na brązowe drzwi z mosiężną wizytówką, kiedy schodziłem po schodach, niosąc klucze i walizkę wspomnień.

Dziś wszystko wygląda inaczej, nie zostało nic z dawnego klimatu budynku, bramy, podwórka. Wszystko jest czyste, ładne i symetryczne i jednocześnie pozbawione klimatu i duszy. Lokale zajęły firmy, korporacje, towarzystwa ubezpieczeniowe, już nikt nie wyniesie z tego miejsca wypchanej po brzegi walizki wspomnień. Kiedyś żyli tu ludzie, ze swoimi troskami, radościami, tajemnicami, dziś wchodzą i wychodzą nic nieznaczące postacie. Nie tworzą swoją obecnością miejsca, nie staną się elementami wspomnień, historii, choć banalnych, to zwanych życiem, nie będą tym, co chcemy zachować na zawsze, okruchami dzieciństwa, pierwszych lat odkrywania świata, czymś, co zostaje na całe życie, by po latach wywołać uśmiech lub łzę.

Fotografie pochodzą z archiwum Piotra Karońskiego

PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEKSTU PRZECZYTACIE TUTAJ



Piotr Karoński - czytaj więcej