Dvořák? Byl krááásný. Jenže Janáček se někde ztratil
Zaraz na początku uprzedzam: nie czepiam się, nie wyzłośliwiam i nie tropię sensacji. Z czeskiego koncertu 24 kwietnia w Filharmonii Częstochowskiej wyszłam zachwycona jego programem i jakością wykonania. A także – przyznaję - tym, co dodało wieczorowi ekscytującego smaczku. Oto gdzieś przepadł Leoš Janáček. Nim orkiestra wzięła się do roboty padła zapowiedź, że usłyszymy, jak Dvořák rozwinął się w roli kompozytora – od VI Symfonii D-dur op. 60 z 1880 r. po Koncert wiolonczelowy h-moll op. 104 z 1895 r. I tyle.

O Janáčku ani słowa. A miał być! Jego Sinfonietta miała towarzyszyć Koncertowi wiolonczelowemu Dvořáka! Wydrukowali go na bilecie! W dniu koncertu wisiał z banerem nad wiaduktem w Alejach! Ale jakoś do filharmonii nie dotarł.
Nie, żebym robiła aferę. Nie, żebym pożądała muzyki Janáčka. Nakręciła mnie po prostu ta zagadka. Nieczęsto zdarzają mi się wieczory w filharmonii tak satysfakcjonująco wypełnione pracą umysłową. Czułam się jak Agatha Christie wpadająca na pomysł nowej powieści. Tytuł - „Dlaczego zniknęli czeskiego kompozytora?”.
Potem popytałam tu i tam (ma się ostatecznie trochę znajomości na mieście). Wszędzie twierdzili, że absencję tę spowodowały problemy techniczne.
Aaaa. Cóż, na technikę nie poradzisz. Leoš gdzieś przepadł. Janáček se někde ztratil.

Został zatem Antonín Dvořák sam w programie. Dyrektor filharmonii i dyrygent Adam Klocek wyjaśnił widowni, że odstąpiono tym razem od świętego w świecie zwyczaju, by najpierw grać koncert solowy, a potem symfonię. U nas zamiana ich była uzasadnione po pierwsze chronologią wybranych utworów: VI Symfonia D-dur została napisana 15 lat przed Koncertem wiolonczelowym h-moll. Po drugie, solistą koncertu był prawdziwy mistrz, prof. Michał Dmochowski, wiolonczelista o międzynarodowej renomie wirtuoza, ceniony za wyjątkową muzykalność i głębię interpretacji, wykładowca Wyższej Szkoły Muzycznej im. Królowej Zofii w Madrycie. Nasza publiczność lubi występy artystów z wysokiej półki zostawiać sobie na deser, najpierw smakując czas oczekiwania, a potem finałowe chwile uniesień.
Zacznijmy zatem od Symfonii. Dokładnie tak, jak uprzedzał dyr. Klocek, okazała się mocno brahmsowska w tonie, zwłaszcza na początku: niemiecką solidnością trącąca klasyka (to dlatego, że Dvořák Brahmsa podziwiał i silnie się nim inspirował). Ale w trzeciej części orkiestra zasunęła coś na kształt tańca ludowego, porywającego i już na pewno rodem z Czech. Nie widziałam, jakiego dokładnie, bom w czeskich tańcach nie ekspert. Mam jednak w domu biografię Dvořáka, może tam coś piszą. Proszszsz… Strony 127, 128, 129… A, jest: taniec furiant. Od razu ożywił atmosferę.

Tu uwaga na boku. Przed każdym kolejnym z czterech odcinków symfonii orkiestra zbierała się w sobie. Zapadała wtedy chwila ciszy… piorunem wypełniana przez widownię wyskakującą z brawami. Zwyczajowo nie jest przyjęte, by klaskać w przerwach między częściami utworu, ale nie w Częstochowie. Dla mnie jednak nigdy nie był to dowód braku obycia, lecz znak dawany skupionym muzykom i odwróconemu tyłem dyrygentowi - że publiczność wciąż jest i czuwa.
Po finale symfonii i przerwie stanęła na scenie zaproszona na koncert znakomitość - prof. Michał Dmochowski. Przyjemnie dla oka skromny, uśmiechnięty, z wiolonczelą w dłoniach. Od razu zaiskrzyło między nim a publicznością, sympatia płynęła falami, tak między widownią i solistą, jak między nim a orkiestrą. Wzrosła, gdy zaczął grać. Dvořák w jego interpretacji był po prostu pięęękny. Krááásný, nic dodać, nic ująć.
Pan profesor grał na instrumencie, który w ok. 1670 roku wykonał lutnik z Turynu Fabrizio Senta. Miała ta wiolonczela jasny, matowy głos. I - jak to wiolonczele ogólnie - okazała się bezwzględna dla emocji słuchaczy (moich na pewno): roztapiał się człowiek przy niej jak śnieg na kaloryferze. W mistrzowskich rękach solisty stała się straszną bronią.

Najpiękniej śpiewała w tych częściach koncertu, gdy zagadywały do niej solo inne instrumenty. Najpierw flety, potem obój, wreszcie nasze zabytkowe skrzypce, cudowny guarnerius. Miód i złoto lały się im ze strun (proszę wybaczyć patetyczny entuzjazm).
Słuchałam, słuchałam i czułam, jak popadam w nirwanę.
Ten stan pełnego szczęścia na pewno da się w Filharmonii Częstochowskiej osiągnąć w pełni, jeśli wciąż będzie ona zapraszać tak dobrych solistów i utrzymywać tak wysoki poziom wykonawczy orkiestry. I jeśli zdołają ebeniści do spółki z tapicerami skonstruować (może kiedyś) fotel, w który osoba siedząca zapada się jak w chmurę. Bo na razie - nie tylko u nas - uszy latają człowiekowi w First Class Singapore Airlines, a reszta w klasie ekonomicznej. No, ekonomicznej premium.
Porzućmy jednak sprawy przyziemne, wróćmy do wzniosłych. Dyr. Klocek sugerował, by zwrócić uwagę, co się zmieniło w Dvořáku przez te 15 lat dzielące obydwa prezentowane utwory. Cóż, na pewno wysubtelniał. Jakoś mniej w koncercie wiolonczelowym nawiązań do tego kluskowatego Brahmsa.*

W każdym razie umieszczenie koncertu w drugiej części wieczoru okazało się strzałem w dziesiątkę. Publiczności tak przypadł do serca profesor wiolonczelista, że nie chciała go puścić ze sceny. I co? Mógł zagwiazdorzyć, miał do tego pełne prawo uświęcone tradycją, a mianowicie zagrać sam. A jednak oznajmił:
- Gdyby nie ci cudowni filharmonicy, niewiele bym tu zdziałał. Dlatego jeśli zagram, to tylko z nimi.
Nic dziwnego, że ujęta skromnością mistrza widownia zwielokrotniła moc braw, a orkiestra przyłączyła się z tupaniem w deski sceny i biciem smyczkami w pulpity. Bis był oczywisty - właśnie ten fragment, w którym głos wiolonczeli przeplata się z głosem fletów. Cud-miód, ultramaryna…
Swoją drogą, po raz kolejny ujawniła się znakomita akustyka naszej sali koncertowej. Michał Dmochowski mówił do widowni bez mikrofonu i wcale sobie przy tym gardła nie zdzierał, a jednak wszyscy go usłyszeli. Mój rząd, tuż pod balkonem, na pewno.

Wniosek z czeskiego wieczoru? Zaprośmy Pana Profesora jeszcze kiedyś. Koniecznie.
* Bardzo przepraszam wszystkich wielbicieli Johannesa Brahmsa. Kimże jestem, by tak bez szacunku się do niego odnosić. Ale co mam robić? Jego muzyka kojarzy mi się z wielką miską śląskich klusek w gęstym sosie: ciężko sobie z nią poradzić.**
** Wyjątkiem słynny „Taniec węgierski nr 5”, ale to żadne zaskoczenie, bo Brahms wcale tej melodii nie napisał, tylko ją po prostu zapożyczył od słowackiego kompozytora Béli Kélera.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska
