SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Dvořák? Byl krááásný. Jenže Janáček se někde ztratil

4 maja 2026
Udostępnij

Zaraz na początku uprzedzam: nie czepiam się, nie wyzłośliwiam i nie tropię sensacji. Z czeskiego koncertu 24 kwietnia w Filharmonii Częstochowskiej wyszłam zachwycona jego programem i jakością wykonania. A także – przyznaję - tym, co dodało wieczorowi ekscytującego smaczku. Oto gdzieś przepadł Leoš Janáček. Nim orkiestra wzięła się do roboty padła zapowiedź, że usłyszymy, jak Dvořák rozwinął się w roli kompozytora – od VI Symfonii D-dur op. 60 z 1880 r. po Koncert wiolonczelowy h-moll op. 104 z 1895 r. I tyle.

middle-680444466_1603457834898962_5373169975141546495_n.jpg

O Janáčku ani słowa. A miał być! Jego Sinfonietta miała towarzyszyć Koncertowi wiolonczelowemu Dvořáka! Wydrukowali go na bilecie! W dniu koncertu wisiał z banerem nad wiaduktem w Alejach! Ale jakoś do filharmonii nie dotarł.

Nie, żebym robiła aferę. Nie, żebym pożądała muzyki Janáčka. Nakręciła mnie po prostu ta zagadka. Nieczęsto zdarzają mi się wieczory w filharmonii tak satysfakcjonująco wypełnione pracą umysłową. Czułam się jak Agatha Christie wpadająca na pomysł nowej powieści. Tytuł - „Dlaczego zniknęli czeskiego kompozytora?”.

Potem popytałam tu i tam (ma się ostatecznie trochę znajomości na mieście). Wszędzie twierdzili, że absencję tę spowodowały problemy techniczne.

Aaaa. Cóż, na technikę nie poradzisz. Leoš gdzieś przepadł. Janáček se někde ztratil.

middle-681415051_1603458761565536_1196109652214522979_n.jpg

Został zatem Antonín Dvořák sam w programie. Dyrektor filharmonii i dyrygent Adam Klocek wyjaśnił widowni, że odstąpiono tym razem od świętego w świecie zwyczaju, by najpierw grać koncert solowy, a potem symfonię. U nas zamiana ich była uzasadnione po pierwsze chronologią wybranych utworów: VI Symfonia D-dur została napisana 15 lat przed Koncertem wiolonczelowym h-moll. Po drugie, solistą koncertu był prawdziwy mistrz, prof. Michał Dmochowski, wiolonczelista o międzynarodowej renomie wirtuoza, ceniony za wyjątkową muzykalność i głębię interpretacji, wykładowca Wyższej Szkoły Muzycznej im. Królowej Zofii w Madrycie. Nasza publiczność lubi występy artystów z wysokiej półki zostawiać sobie na deser, najpierw smakując czas oczekiwania, a potem finałowe chwile uniesień.

Zacznijmy zatem od Symfonii. Dokładnie tak, jak uprzedzał dyr. Klocek, okazała się mocno brahmsowska w tonie, zwłaszcza na początku: niemiecką solidnością trącąca klasyka (to dlatego, że Dvořák Brahmsa podziwiał i silnie się nim inspirował). Ale w trzeciej części orkiestra zasunęła coś na kształt tańca ludowego, porywającego i już na pewno rodem z Czech. Nie widziałam, jakiego dokładnie, bom w czeskich tańcach nie ekspert. Mam jednak w domu biografię Dvořáka, może tam coś piszą. Proszszsz… Strony 127, 128, 129… A, jest: taniec furiant. Od razu ożywił atmosferę.

middle-684218254_1603458401565572_1305130923998200925_n.jpg

Tu uwaga na boku. Przed każdym kolejnym z czterech odcinków symfonii orkiestra zbierała się w sobie. Zapadała wtedy chwila ciszy… piorunem wypełniana przez widownię wyskakującą z brawami. Zwyczajowo nie jest przyjęte, by klaskać w przerwach między częściami utworu, ale nie w Częstochowie. Dla mnie jednak nigdy nie był to dowód braku obycia, lecz znak dawany skupionym muzykom i odwróconemu tyłem dyrygentowi - że publiczność wciąż jest i czuwa.

Po finale symfonii i przerwie stanęła na scenie zaproszona na koncert znakomitość - prof. Michał Dmochowski. Przyjemnie dla oka skromny, uśmiechnięty, z wiolonczelą w dłoniach. Od razu zaiskrzyło między nim a publicznością, sympatia płynęła falami, tak między widownią i solistą, jak między nim a orkiestrą. Wzrosła, gdy zaczął grać. Dvořák w jego interpretacji był po prostu pięęękny. Krááásný, nic dodać, nic ująć.

Pan profesor grał na instrumencie, który w ok. 1670 roku wykonał lutnik z Turynu Fabrizio Senta. Miała ta wiolonczela jasny, matowy głos. I - jak to wiolonczele ogólnie - okazała się bezwzględna dla emocji słuchaczy (moich na pewno): roztapiał się człowiek przy niej jak śnieg na kaloryferze. W mistrzowskich rękach solisty stała się straszną bronią.

middle-682473749_1603458154898930_6825182522394364852_n.jpg

Najpiękniej śpiewała w tych częściach koncertu, gdy zagadywały do niej solo inne instrumenty. Najpierw flety, potem obój, wreszcie nasze zabytkowe skrzypce, cudowny guarnerius. Miód i złoto lały się im ze strun (proszę wybaczyć patetyczny entuzjazm).

Słuchałam, słuchałam i czułam, jak popadam w nirwanę.

Ten stan pełnego szczęścia na pewno da się w Filharmonii Częstochowskiej osiągnąć w pełni, jeśli wciąż będzie ona zapraszać tak dobrych solistów i utrzymywać tak wysoki poziom wykonawczy orkiestry. I jeśli zdołają ebeniści do spółki z tapicerami skonstruować (może kiedyś) fotel, w który osoba siedząca zapada się jak w chmurę. Bo na razie - nie tylko u nas - uszy latają człowiekowi w First Class Singapore Airlines, a reszta w klasie ekonomicznej. No, ekonomicznej premium.

Porzućmy jednak sprawy przyziemne, wróćmy do wzniosłych. Dyr. Klocek sugerował, by zwrócić uwagę, co się zmieniło w Dvořáku przez te 15 lat dzielące obydwa prezentowane utwory. Cóż, na pewno wysubtelniał. Jakoś mniej w koncercie wiolonczelowym nawiązań do tego kluskowatego Brahmsa.*

middle-682064142_1603459044898841_8997724028978398769_n.jpg

W każdym razie umieszczenie koncertu w drugiej części wieczoru okazało się strzałem w dziesiątkę. Publiczności tak przypadł do serca profesor wiolonczelista, że nie chciała go puścić ze sceny. I co? Mógł zagwiazdorzyć, miał do tego pełne prawo uświęcone tradycją, a mianowicie zagrać sam. A jednak oznajmił:

- Gdyby nie ci cudowni filharmonicy, niewiele bym tu zdziałał. Dlatego jeśli zagram, to tylko z nimi.

Nic dziwnego, że ujęta skromnością mistrza widownia zwielokrotniła moc braw, a orkiestra przyłączyła się z tupaniem w deski sceny i biciem smyczkami w pulpity. Bis był oczywisty - właśnie ten fragment, w którym głos wiolonczeli przeplata się z głosem fletów. Cud-miód, ultramaryna…

Swoją drogą, po raz kolejny ujawniła się znakomita akustyka naszej sali koncertowej. Michał Dmochowski mówił do widowni bez mikrofonu i wcale sobie przy tym gardła nie zdzierał, a jednak wszyscy go usłyszeli. Mój rząd, tuż pod balkonem, na pewno.

middle-682471089_1603458984898847_5089795546743368848_n.jpg

Wniosek z czeskiego wieczoru? Zaprośmy Pana Profesora jeszcze kiedyś. Koniecznie.

* Bardzo przepraszam wszystkich wielbicieli Johannesa Brahmsa. Kimże jestem, by tak bez szacunku się do niego odnosić. Ale co mam robić? Jego muzyka kojarzy mi się z wielką miską śląskich klusek w gęstym sosie: ciężko sobie z nią poradzić.**

** Wyjątkiem słynny „Taniec węgierski nr 5”, ale to żadne zaskoczenie, bo Brahms wcale tej melodii nie napisał, tylko ją po prostu zapożyczył od słowackiego kompozytora Béli Kélera.

Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska

Joanna Skiba - czytaj więcej