Dżem po jednej nucie
Grudniowy koncert Dżemu był jednym z najlepszych, które legendarny zespół zagrał na scenie Filharmonii Częstochowskiej. Zaserwował nie tylko coroczną porcję „Whisky”, ale cały szereg przebojów.
Nie mam pojęcia, ile razy słuchałam już Dżemu „na żywo”. W filharmonii, plenerze, klubach czy festiwalach (także na „Ku Przestrodze” im. Ryśka Riedla w Paprocanach)… Raz do roku to minimum, ale bywa, że takich koncertów w ciągu 12 miesięcy mam kilka.
Na powtarzające się pytanie nie znudziło ci się już?, niezmiennie odpowiadam nigdy w życiu. Co więcej, nie jestem w tym osamotniona. Dowodzi tego frekwencja na częstochowskich koncertach, wyprzedanych zazwyczaj do ostatniego miejsca.
Koncert w filharmonii, który zazwyczaj odbywa się pod koniec roku, to – jak widać - nie tylko mój „must have”. Przyznam jednak, że występ, który odbył się 10 grudnia, zapamiętam na długo…
Jaka to melodia?
W drodze po coroczną dawkę „Whisky” – jak mówi moja babcia – dopadła mnie starość. W efekcie dotarłam tam mając problem z pionizacją i na dwóch ibupromach, które ponoć miały działać sprintem. Jak żyję, nie przesiedziałam nigdy całego dżemowego koncertu i skoro 72-letni Beno Otręba (najstarszy członek zespołu) przez dwie godziny gra na basie na stojąco, to nie mogłam być przecież gorsza. Na szczęście panowie ułożyli taką setlistę, że szybko zapomniałam o kręgosłupowych dolegliwościach. I choć ten wieczór zaczął się dla mnie kiepsko, bo zdecydowanie było to jedno z najlepszych grań Dżemu w tej sali, a skalę do porównań zabrałam już sporą.
Dla nas, fanów koncerty Dżemu to trochę „Jaka to melodia?”. Jedna nuta i już wiemy, co będzie dalej i czy reagować bardzo entuzjastycznie, czy może dozować emocje. I tu od początku było dobrze, bo muzycy zaczęli „Poznałem go po czarnym kapeluszu”, czyli jedną ze swoich najbardziej klimatycznych piosenek.
Z lat 80. XX w. szybko przeskoczyli do „Muzy”, czyli wydanej 13 lat temu, ostatniej – póki co – studyjnej płyty. „Do przodu” jest jednym z moich ulubionych ciągle „nowych” numerów. „Trójkę” odgadliśmy „po jednej nucie”, bo „Złoty paw” to dżemowa "podstawa".
Na setki gardeł
I o ile „Gorszy dzień” to czysta rozrywka, to pochodzące z tej samej płyty („2004” pierwszej nagranej z Maciejem Balcarem, wówczas „nowym wokalistą”, który jest nim od ponad 20 lat) „Do kołyski” stało się już pewnym „hymnem” zespołu. Kilkanaście lat temu usłyszałam Żyj z całych sił, i uśmiechaj się do ludzi, bo nie jesteś sam po raz pierwszy na koncercie (wcześniej zdarłam płytę) i nie wstydzę się tego, że przeryczałam te blisko 7 minut, a z emocji nie dałam rady śpiewać z zespołem. Dziś, gdy to leci, nadal coś łapie mnie za gardło, ale już dołączam do chóru (wchodzę jednak tak jakoś mniej więcej od refrenu, jak „gula” nieco poluzuje). Zresztą ta piosenka musi być bliska wielu osobom, bo tego grudniowego wieczoru zaśpiewaliśmy ją na setki gardeł.
Na koncertach zawsze czekam na „Niewinnych” i „Jak malowany ptak”. O pierwszą trudno, „na żywo” słyszałam ją może z kilka razy, za to mocno gitarowy kawałek z „Detoxu” grywany jest regularnie. Dżem zaserwował mi go i tym razem.
Dialog na trzy gitary
Pomiędzy „Tylko ja i ty” a „Harley mój” wpleciono „prawdziwą” nowość „Ty wiesz, ja wiem”. Tu przypomnienie: rok temu, także w grudniu, w Częstochowie Dżem po raz pierwszy publicznie zagrał ten numer. Rozbudziło to nadzieję na kolejną studyjną płytę. Minął rok i albumu ani śladu. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej w przypadku takich zespołów nowości zawsze wzbudzają niepokój, czy nie będzie to rysa na legendzie.
„Wehikuł czasu” zwiastował, że koncert oficjalnie zbliża się ku końcowi. To znak, że różne tradycje muszą dojść do głosu, jak m.in. niezmienne przesłanie Balcara – Pamiętajcie o Ryśku i Pawle. Mowa oczywiście o Riedlu i Bergerze, czyli zmarłych członkach zespołu. I tu muszę sobie pomarudzić, bo brakowało mi „konferansjerki” pomiędzy piosenkami. Wokalista, choć z niej nie słynie, tym razem był już szczególnie milczący. Mówił piosenkami.
Rozmów z publicznością nie było, za to Dżem między sobą pięknie dialogował. Trzy zestawione ze sobą gitary: bas Bena oraz solowe Adama Otręby (który trzy dni wcześniej świętował 71. urodziny) i Jerzego Styczyńskiego, brzmią tak, że nic dziwnego, że zespół tytułowany jest „polskimi Stonesami”. Bardzo rasowe granie, świetne solówki. Pamiętajmy, że niektóre utwory trójka ta serwuje od ponad czterech dekad, a nie czuć w tym „zmęczenia materiałem”.
Małe „świętokradztwo”
Hołd nieobecnym oddano „Skazanym na bluesa”, który Riedel zadedykował pamięci Ryszarda „Skiby” Skibińskiego, zmarłego harmonijkarza Kasy Chorych.
„Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj” to oczywiście wyczekiwane przez nas słowa, ale na nich koncert nie może się przecież skończyć. W odpowiedzi na domagania się o bis, na scenę powrócili Janusz Borzucki (klawiszowiec) i Jerzy Styczyński. Po dawce improwizacji był „Partyzant”, perkusyjna solówka Zbigniewa Szczerbińskiego i „Czerwony jak cegła”.
Teraz pora na „świętokradztwo”, bo choć wiele osób nie wyobraża sobie bez ostatniego przeboju żadnego koncertu (bo przecież legenda, debiutancka „Cegła” itd.), ja śmiało zamieniłabym go na „Jesiony” czy „Nieudany skok” (także z początków Dżemu). Śpiewałam, bo nie wypada nie śpiewać, ale z takim mniejszym zaangażowaniem (choć nie wiem, czy było to słychać). Mocniej czekałam więc na bis numer dwa. I tu znów przyszła pora na „rytuały”. Jako pierwszy na scenę powrócił Styczyński z kolejną improwizacją, w którą wplótł motyw z „Cichej nocy” (nie mówicie Wojtkowi Jabłońskiemu z Kultu, ale uważam, że pan Jerzy to guru polskiej gitary).
Co na wieczność?
Świąteczny klimat podtrzymał Balcar życząc: Dużo zdrowia, pokoju i spokoju, żebyśmy w przyszłym roku mieli same polepszenia i żeby ten prąd nie był taki drogi - żebyśmy nie musieli dogrzewać się whisky.
W prezencie
dostaliśmy wyczekiwanego „Autsajdera” i „Whisky”. Dla wielu była to
zaprawa przed koncertowym 45-leciem. Trzy dni po częstochowskim
występie, Dżem ogłosił termin swojego urodzinowego święta w Spodku - 6
kwietnia 2024 r. (niemal dokładnie na moje urodziny). Bilety już mam i
jeśli Jan Chojnacki (prowadzący urodzinowe koncerty) znów zapyta Co na wieczność?, razem z tłumem odkrzyknę: Dżem!
Fot. Łukasz Stacherczak
