Efekt Chopina. Spotkanie z balladą
Grał tak, jak najlepsi pianiści radzą, by grać Chopina - jakby tę muzykę sam w tej dokładnie chwili tworzył i dźwięki z głowy przelewał z uczuciem wprost na klawiaturę fortepianu. Adam Kałduński wystąpił w Filharmonii Częstochowskiej.

Bez wątpienia jest bardzo zdolny. I nic dziwnego: z takimi włosami. Kucyk mu sięgał prawie do połowy pleców, a już 150 lat temu melomani kojarzyli muzyczny talent właśnie z długą fryzurą. To przez Franciszka Liszta, węgierskiego „Demona fortepianu”. Przywołuję go tu nie bez kozery, bo także jego utwór - Ballada h-moll S. 171 - znalazł się w programie wieczoru. Ten bowiem poświęcony był akurat balladom. Czemu? Adam Kałduński należy do tych uczestników ubiegłorocznego, XIX Konkursu Chopinowskiego, którzy zwrócili uwagę publiczności i jurorów. Spodobał się tak bardzo, że choć nie wszedł do finału, doceniono go nagrodą specjalną – za najlepsze wykonanie ballady. To wyróżnienie im. Belli Dawidowicz ufundował syn sławnej pianistki. W historii imprezy zostało przyznane po raz pierwszy.
Zatrzymajmy się na chwilę przy pani Dawidowicz. Radziecka pianistka wygrała - ex aequo z Haliną Czerny-Stefańską - IV Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w 1949 roku. Gdy wyemigrowała do USA, jej pierwsza wydana tam płyta zawierała wszystkie ballady Chopina. Tym bowiem gatunkiem artystka się fascynowała, co pewnie trwa do dzisiaj, skoro ufundowano nagrodę jej imienia.

Teraz kolej na Liszta. Wcale nie z powodu włosów trafił do programu koncertu. Był niemal równolatkiem Chopina. Poznali się w Paryżu i szybko zaprzyjaźnili. Chopin w Liszcie cenił wirtuoza, Liszt w Chopinie kompozytora. Polak pracował wówczas nad swą pierwszą balladą, stając się twórcą tego muzycznego gatunku. Owszem, ballada funkcjonowała już od średniowiecza, ale jako dzieło literackie, choć wykorzystujące muzykę. Polski pianista wykreował jej wersję instrumentalną, obywał się bez słów. Mało tego, energicznie zaprzeczał, gdy ktoś szukał związków jego ballad z literaturą, choćby z poezjami Mickiewicza. Twierdził, że nie trzeba mu takich podpórek.
Chopin zatem tworzył, Liszt podziwiał. Po śmierci pierwszego z nich, drugi sam na poważnie wziął się do komponowania. Do dziś uważany jest za jednego z nielicznych kontynuatorów Chopinowskiego pomysłu na balladę instrumentalną.
A jednak to nie z Lisztem konsultował się Chopin w sprawie nowego gatunku. Pokazywał nuty przede wszystkim Robertowi Schumannowi - temu samemu, który tak go ocenił przed wielkim światem: Kapelusze z głów, panowie: oto geniusz. Mało tego, właśnie Schumann był tym, komu Chopin zadedykował drugą ze swych czterech ballad.

Całą tę wiedzę przekazała słuchaczom częstochowskiego koncertu prowadząca go Róża Światczyńska z Programu II Polskiego Radia. Przypomniała też, skąd tytuł „Efekt Chopina”. To po prostu określenie zjawiska, które wykrystalizowało pół roku temu, przy okazji XIX Konkursu Chopinowskiego. Relacje z niego śledziło aż 40 proc. Polaków. Potem wszyscy chcieli posłuchać na żywo bohaterów imprezy. Tak powstała seria recitali organizowanych przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Mija pół roku, a uczestnicy konkursu wciąż zapełniają sale filharmonii w różnych miastach.
Gdańszczanina Adama Kałduńskiego przyszło posłuchać mnóstwo Częstochowian. Mieli - myślę - bardzo udany wieczór. Chopinowskie ballady okazały się już to burzliwe, już to liryczne, w każdym zaś przypadku wyrafinowane, a jednocześnie emocjonujące. Solista zaprezentował je w kolejności powstawania:
Ballada g-moll op. 23 z 1836 r.
Ballada F-dur op. 38 z 1839 r.
(tu przerwa na Liszta)
Ballada As-dur op. 47 z 1841 r.
Ballada f-moll op. 52 z 1843 r.

Grał tak, jak najlepsi pianiści radzą, by grać Chopina - jakby tę muzykę sam właśnie w tej chwili tworzył i dźwięki z głowy przelewał z uczuciem wprost na klawiaturę fortepianu. Do tego gawędy o kompozytorach i ich dziełach. Słuchało się całości z największą przyjemnością.
A i oko było na czym zawiesić: scena w ciepłym półmroku, na niej połyskujący głęboką czernią częstochowski Steinway, przy nim młody człowiek w satynowej koszuli makowej barwy.
Podobało się, jak grał. Gdy wybrzmiał ostatni akord, gdy solista z bukietem w objęciach kłaniał się publiczności, ta nie dała mu zejść ze sceny. Jednak pierwszy bis, wirujący w zawrotnym tempie „Walc minutowy”, wcale jej nie uspokoił, solista musiał ponownie usiąść przy klawiaturze.
Fot. Agnieszka Małasiewicz
