Festiwal zachwytów
Od III Festiwalu im. Piotra Machalicy minął ponad miesiąc… Nie ukrywam, że to wydarzenie, którym zachwyciłam się od pierwszej edycji, teraz co roku wypatruję programu i mocno kibicuję temu, by impreza rozwijała się jeszcze mocniej.

Ta odsłona edycja (termin zawsze oscyluje wokół 29 czerwca, czyli dnia, w którym patron świętował swoje imieniny), była rekordowa pod względem atrakcji i lokalizacji. Program objął w sumie 12 pozycji (w tym liczę już wydarzenie towarzyszące, którym był Campus Zdrowia), odbywających się w pięciu miejscach (także na terenie Campusu Politechniki Częstochowskiej).
O inauguracji festiwalu (28 lipca) i moim zachwycie spektaklem „My Way” Krystyny Jandy już Wam opowiadałam, jednak podobnych wow! te cztery czerwcowe dni przyniosły mi więcej. Wraz z zachwytami szła w parze konieczność wyboru między ulubionymi wykonawcami, ale o tym później.
„Pięć miłości”
Piątek, 29 lipca zaczęłam koncertem „Pięć miłości”. Na scenie Klubu Politechnik stanął dobrze znany wszystkim wielbicielom częstochowskiego teatru André Hübner-Ochodlo. Jako reżyser stworzył tam 13 spektakli, w tym m.in. doskonałe „Wilki”, „Hamleta”, „Procę” czy „Strefę zero”. I choć przedstawień w jego reżyserii starałam się nie opuszczać, na recitale, w którym to on jest gwiazdą, jakoś się nie załapałam. Teraz zajmując swoje miejsce, przed oczami miałam trzydziestokilkulatka, który podczas niezapomnianego „Zielono mi” przejmująco śpiewał „Żegnaj mi Krakowie”.
Ten utwór tym razem nie zabrzmiał (a szkoda!), za to usłyszeliśmy inne, równie piękne i to wykonane w pięciu (jeśli dobrze pamiętam) językach. Zachwycałam się „Trzema miłościami”, „Uciekaj moje serce”, „Tomaszowem”, czy zaśpiewanym po francusku „My Way” (pieśniarz przypominał, że przebój spopularyzowany przez Franka Sinatrę jest anglojęzyczną adaptacją). Występ Hübnera-Ochodlo był magnetyczny. Artysta doskonale wie, jak zahipnotyzować publiczność. I daliśmy mu się uwieść, nie chcąc dopuścić, by opuścił scenę.

Na bis przygotował utwór z „Opery za trzy grosze” Bertolta Brechta z dopisaną przez Jacka Burasa zwrotką. Ale nam było mało! Koncert dopełniła więc kompozycja szczególna i to nie tylko dlatego, że była dedykowana Aleksandrze Sosnowskiej-Machalicy, żonie patrona festiwalu i prezesce fundacji jego imienia, ale również przez to, że – jak zdradził Hübner-Ochodlo - była to jedyna piosenka, którą napisała dla niego Agnieszka Osiecka. Co do tekstu był sceptyczny, więc usłyszał od poetki: jak nie chcesz, dam go Maryli. Mowa oczywiście o Rodowicz, a utworem, który zabrzmiał było „Ukradła wariatka kurę” (znane mi dotychczas z Cyganką nie wariatką w roli głównej). Oklaskom niemal nie było końca.
Reszta piątkowego wieczoru już stała pod znakiem zapytania…
„Cohen rodzinnie”
…wszystko dlatego, że trzeba było wybierać, albo teatr i koncert Katarzyny Żak „Młynarski – kocham Cię życie”, albo sala kinowa OKF-u i „Cohen rodzinnie”, w ramach którego wystąpić miały wspólnie rodziny Żmijewskich i Machaliców. Wygrały więzy krwi.

To kolejny już rok, podczas którego Artur Żmijewski proponuje częstochowianom wydarzenie przedpremierowe. Poprzednio był nim spektakl muzyczny „Bona”, teraz przyszła pora na piosenki kanadyjskiego barda śpiewane po polsku – najczęściej w tłumaczeniu niezapomnianego Macieja Zembatego. Tym razem aktor dzielił scenę z córką Ewą Żmijewską, jej partnerką Shandrelicą Casper, braćmi Piotra Machalicy – Aleksandrem i Krzysztofem oraz jego bratankiem – Adamem. Muzycznie wspierali ich zaś Andrzej „E-moll” Kowalczyk i Wojciech Pilichowski.
W tym składzie „kupili” mnie od razu i to nie tylko dlatego, że jedną z pierwszych piosenek, po którą sięgnęli była „Zuzanna” („Suzanne”). Występy klanu Machaliców rozpoczął Adam, który przez kilka sezonów związany był (podobnie jak zmarły wujek) z Teatrem im. Adama Mickiewicza. Jemu śpiewanie „Tańcz mnie po miłości kres” („Dance Me To The End of Love”) przyszło z lekkością, jednak bracia bliźniacy - Aleksander i Krzysztof Machalicowie konieczność śpiewania nazywali odpowiednio: drogą przez czyściec i drogą przez piekło. Oczywiście był to wyraz nadmiernej skromności, bo zarówno „Goście” („The Guests”), jak i „Alelluja” („Hallelujah”), nagrodzono gromkimi brawami. – Pięknie się tak muzykuje rodzinnie powiem Wam – mówił Żmijewski. I miał rację. Przysłuchiwaliśmy się temu z uśmiechem, ze wzruszeniem, raz doceniając żarty, raz dyskretnie ocierając oczy.

Co jeszcze zabrzmiało? Choćby „Siostry miłosierdzia”, („Sisters of Mercy”), „Ona jest” („Here is it”), „Aleksandra odchodzi” („Alexandra Leaving” - z dedykacją dla Aleksandry Sosnowskiej-Machalicy”), „Słynny niebieski prochowiec” („Famous Blue Raincoat” - dedykowany Magdzie Umer), no i oczywiście światowy hit, tutaj wykonany jako „W tajnym życiu mym” („In My Secret Life”). I choć piosenki Młynarskiego i talent wokalny Żak bardzo cenię, nie żałowałam wyboru.
Sobota do wyboru
Co z sobotą? Przyznam, że upalna pogoda wygrała i na „Kampus zdrowia” nie dotarłam. Szkoda, bo kto był, ten chwalił. Sama festiwalowałam dopiero od „Nieśmiertelnych”. To była już trzecia edycja tego wspomnieniowego spotkania poświęconego Piotrowi Machalicy. I znów padło wiele anegdot i wspomnień, ale… stwierdziłam, że podzielę się nimi za rok, zapowiadając – mam nadzieję – czwartą edycję imprezy.
Wieczór po raz kolejny stwarzał różne możliwości i tym razem nakładały się na siebie aż trzy wydarzenia. W teatrze z piosenkami Jonasza Kofty koncertowali Nula Stankiewicz i Janusz Strobel, w OKF-ie, z autorskim repertuarem wystąpiły Shandy&Eva, a w „Politechniku” swój recital miał Artur Andrus.

Na co postawiłam? Odpowiedź nie jest trudna, bo moja słabość do ostatniego z artystów nie jest tajemnicą. I choć jego programy widziałam już wielokrotnie, i gdy żarty się powtarzają, śmieję się już w duchu, zanim zabrzmi puenta, nie mogłam po prostu odpuścić tego recitalu.
Myślę, że wśród publiczności nie było nikogo, kto żałowałby wyboru, bo Andrus zawsze gwarantuje rozrywkę na rewelacyjnym poziomie. Sądzę, że nie tylko mnie łzy śmiechu spływały po policzkach przez większość występu. Bo jak zachować powagę, gdy artysta wchodzi na scenę, wyjątkowo nie w marynarce, a czarnej koszuli i ciemnych jeansach i ubiór ten wyjaśnia tak: państwo mogą dojść do wniosku, że mogę być w trochę niezobowiązującym stroju, to chciałem państwu uświadomić, że to jest strój historyczny, to dokładnie ten sam strój, w którym 45 lat temu na festiwalu w Sopocie wystąpił Demis Roussos, tylko trochę się sprał.
Gdy zabrzmiał utwór testowy, który miał sprawdzić, jak się będziemy bawić, i była to „Baba na psy” dedykowana Marii Czubaszek, pewnym było, że czeka nas doskonały wieczór.

- Ja nie zmieniam konwencji, my występujemy, państwu się podoba, nie ma tu co kombinować, skoro się to sprawdza – mówił Andrus. Fakt, sprawdza i to jak!
Ale nie tylko w tym tkwi sukces występów artysty i jego zespołu. On sam zapewnia, że do listy osiągnięć należy dodać założenie paru formacji estradowych, z którymi występują dziś np. w sanatoriach. Festiwal był dobrą okazją, by posłuchać dokonań takich bandów jak demony Sanatorium, Bogowie Rehabilitacji, Wrak Człowieka, Westchnienie Haremu (dawniej Strażnicy Haremu)… Oczywiście nie mogło zabraknąć największego sukcesu założonego przez Andrusa Studium Przeróbek Istniejących Piosenek i Dostosowywanie Ich Do Aktualnych Trendów (w skrócie SPIPiDIDAT), zajmującego się tłumaczeniem piosenek z języków, których artysta nie zna. Owocem tego jest „Diridonda”. W tym momencie, wspominając, zapuszczam sobie oryginał w wykonaniu chorwackiej grupy Novi Fosili, co i Wam polecam.
Co na finał?
Po obejrzeniu tego nagrania, o powagę w tekście będzie trudno, a tak chciałam przejść do finałowej niedzieli. I opowiedzieć jeszcze o tradycyjnym koncercie galowym, który już drugi rok z rzędu odbył się w „Politechniku”. Z olbrzymim urokiem prowadzili go Artur Andrus i Magda Umer, równoważąc dobrą zabawę i wzruszenia. Na scenie wystąpili m.in. Katarzyna Żak, Joanna Liszowska, Magdalena Kumorek i Artur Żmijewski. I każde z wykonań zasługuje na uwagę. Rozrywkowy nastrój tego nie ułatwi, dlatego pomyślałam, że do tych podsumowań również wrócę w czerwcu przyszłego roku.

A dziś sprzedam Wam tylko jedną rzecz. Andrus i Umer nawiązali do tego, że Piotr Machalica doskonale opowiadał dowcipy, w scenariusz wpleciono więc kilka żartów. Ten spodobał mi się najbardziej. Uwaga, to moja luźna interpretacja:
Mąż wraca wcześniej niż zazwyczaj do domu. Wchodzi do jednego pomieszczenia, do drugiego, wszędzie pusto. W końcu wchodzi do sypialni, tam zastaje żonę z kochankiem. Cały czas stoi w progu, patrzy, milczy. W końcu kochanek nie wytrzymuje presji, zbiera swoje rzeczy z podłogi i nagi wychodzi z sypialni, mijając oczywiście zdradzanego męża. Nadal panuje milczenie. Po chwili mąż je przerywa, pytając niewierną żonę: i co to było? W odpowiedzi słyszy: no właśnie nie wiem, ani tobie „dzień dobry”, ani mnie „do widzenia”.
Kurtyna.
Fot. Martyna Niećko
