Filmowy spacer po Starej i Nowej Częstochowie
Film „Częstochowa lata 1793-1918” zrealizowany przez Krzysztofa Kasprzaka będzie miał premierę 17 stycznia o godz. 18.00 w Kinie Studyjnym OKF „Iluzja” (Al. NMP 64 ). To jedno z pierwszych wydarzeń w ramach obchodów 200-lecia połączenia Starej i Nowej Częstochowy oraz wytyczenia Alei Najświętszej Maryi Panny. Na CGK rozmawiamy z jego twórcą.

„Częstochowa lata 1793-1918” to film, który zrobiłeś specjalnie z okazji tegorocznego jubileuszu połączenia Starej i Nowej Częstochowy?
Krzysztof Kasprzak*: Swoją rolę miał tu też przypadek. To mój dwunasty film o dziejach Częstochowy, domykający cykl. Dotychczas brakowało właśnie obrazu o czasach zaborów. Przed wakacjami spotkałem Aleksandra Wiernego, naczelnika Wydziału Informacji i Komunikacji Urzędu Miasta, który powiedział mi, że będzie 200-lecie i zapytał, czy nie nakręciłbym czegoś o Alejach Najświętszej Maryi Panny. Pomyślałem, że może nie o samych Alejach, ale o całym okresie jak najbardziej. To wtedy Częstochowa ukształtowała się jako miasto, które dzisiaj znamy. Pomysł się spodobał, dostałem dofinansowanie z Urzędu Miasta i zabrałem się do pracy.
Gdzie znalazłeś materiały do filmu?
- Pomogło nam Muzeum Częstochowskie i Ośrodek Dokumentacji Dziejów Częstochowy, Archiwum Państwowe, Wojewódzki Konserwator Zabytków, antykwariusz Zbigniew Biernacki i inne osoby prywatne, które często mają ciekawe zdjęcia. Wykorzystałem też swoje zbiory, bo już wcześniej gromadziłem materiały z tego okresu. Muszę podkreślić, że wszystkie częstochowskie instytucje, do których zwracałem się o materiały do filmów, były bardzo życzliwe i pomocne. Archiwum, muzeum, biblioteka zawsze co mają, to dają.
Swoich filmów nie kręciłeś zgodnie z chronologią. Na początku były o XX wieku, potem o najstarszych dziejach miasta Częstochowy, a teraz o czasach zaborów.
- Pierwotnie miałem pomysł, żeby zrealizować trzy filmy o dziejach Częstochowy: przed wojną, podczas wojny i po wojnie. Zbierałem wszelkie materiały filmowe o mieście. To była moja pasja.W latach 90. likwidowane były Amatorskie Kluby Filmowe, działające przy zakładach pracy i różnych instytucjach. Pojawiły się kasety VHS, często wyrzucano stare nakręcone taśmy. Dostałem materiały z klubu przy Politechnice Częstochowskiej, odkupiłem z dawnego Zakładowego Domu Kultury Huty Częstochowa, dotarłem do filmów z częstochowskich zakładów włókienniczych.
W 2012 roku zadzwonił do mnie znajomy z Bielska-Białej. Przejął archiwalne zbiory zmarłego producenta filmowego, wśród których były materiały o Częstochowie. Profesjonalne, na taśmie 16 mm. Pomyślał, że mnie to zainteresuje. W 1962 roku do Częstochowy przyjechała ekipa z Wytwórni Filmów Oświatowych, żeby zrealizować 10-minutowy film dokumentalny „Dwa oblicza miasta”, który zgodnie z ówczesną propagandą miał pokazać, że obok Jasnej Góry istnieje nowoczesne miasto z przemysłem i nowymi osiedlami. Prawdopodobnie władze miasta skorzystały z okazji i namówiły filmowców, do nakręcenia dłuższego, półgodzinnego reportażu „Częstochowa jakiej nie znacie”. To był właśnie ten film oraz niewykorzystane ścinki nakręconej taśmy. Od tego się zaczęło. Ze zmontowanych na nowo fragmentów powstał film „Częstochowa, rok 1962”. Również miał premierę w Ośrodku Kultury Filmowej.

Następne opowiadały o kolejnych powojennych dekadach.
- Po „Częstochowa, rok 1962”, stwierdziłem, że mam dużo materiałów z lat 70., a to czasy mojej młodości. Chciałem je pokazać. I okazało się, że film się spodobał. Wcześniej zrobiłem dokument „Zwykli ludzie, niezwykłe sprawy - historia Solidarności częstochowskiej”, obejmujący lata 1980-1989. Pomyślałem, że część materiałów można wykorzystać, dodać kulturę, sport i opowiedzieć już nie tylko o „Solidarności”, ale po prostu o Częstochowie w latach 80.
Potem przyszli do mnie młodzi ludzie i zaczęli prosić o lata 90., mówiąc, że to z kolei była ich młodość. Z tego okresu było dużo więcej filmów nakręconych kamerami VHS. Istniały także telewizje kablowe, które realizowały swoje materiały. Ja także już wtedy filmowałem. Jak tak dobrze szło, to postanowiłem wrócić do lat 60. i jednak je zrobić film o całym dziesięcioleciu. Tym razem musieliśmy wspomagać się zdjęciami, ale także się udało. Znajomy przyniósł mi fajny materiał z manifestacji na placu Biegańskiego. Amatorski, ale na taśmie 16 mm. Mieliśmy też trochę filmów z „ósemek”. Wchodziłem coraz głębiej w tę historię. Przy filmie o latach 50. musieliśmy w jeszcze większym stopniu korzystać ze zdjęć, bo zachowało się mniej filmów, a w 2017 roku nie było jeszcze AI, żeby „ożywić” fotografie.
Podobnie było ze zrealizowanym na stulecie niepodległości Polski dokumentem o Częstochowie w latach międzywojennych. Natomiast w filmie o czasach II wojny światowej wykorzystałem sporo zdjęć z Niemiec. Co piąty żołnierz niemiecki miał aparat fotograficzny. Robili dużo zdjęć, które potem wysyłali do rodzin, albo tworzyli albumy z dokładnymi opisami. Można je dzisiaj kupić na aukcjach w internecie. Była też kronika filmowa z wejścia Niemców na Jasną Górę i radzieckie kroniki z wkraczania Armii Czerwonej do miasta w styczniu 1945 r. Pomogli nam również ludzie, którzy mają prywatne zbiory zdjęć z czasów okupacji.

Mówisz o twórcach filmów w liczbie mnogiej. Kogo masz na myśli?
- Robienie filmu to zawsze praca zespołowa. Każdy ma inne spojrzenie. Operator inaczej patrzy, montażysta inaczej, a scenarzysta jeszcze inaczej. Od początku towarzyszył mi Robert Nawrot jako montażysta. Potem dołączył jego syn - Mateusz, który skończył montaż w Warszawskiej Szkole Filmowej. Jego dziełem w najnowszych filmach są też fragmenty wykorzystujące sztuczną inteligencję. Do filmu o najstarszych dziejach Częstochowy potrzebowałem animacji. Nie mogłem nikogo znaleźć w Częstochowie. Byłem wówczas producentem filmu dokumentalnego „Złote jabłko, czyli krótka opowieść o długiej historii Górnego Śląska” w reżyserii Janusza Kujałowicza, mojego znajomego, który namówił mnie, żebym zaproponował współpracę Michałowi Krajewskiemu z Warszawy. To młody człowiek, który nie znał Częstochowy. Przygotowanie animacji, których było naprawdę dużo, zajęło mu sporo czasu. Wiele razy coś poprawiał, bo mówiłem mu to jest tak, a nie tak, Jasna Góra tak wtedy nie wyglądała i tak dalej. Efekt jednak był bardzo dobry i podobał się widzom.
Ten film o latach 1220-1793 był najbardziej czasochłonny i kosztowny?
- Zdecydowanie. Właśnie przez te animacje. Mam też stałych sprawdzonych sponsorów jak PSS Społem, Częstochowską Spółdzielnię Mieszkaniową Nasza Praca, Metal Union czy KnkPrint. Gdyby nie oni, to by tego nie było. To są za duże koszty dla mnie samego. Zwykle jakoś udaje się poskładać budżet, ale przy tym filmie musiałem się zapożyczyć i potem przez pół roku spłacałem dług. Na filmach dokumentalnych o lokalnej historii trudno zarobić. Dzięki sponsorom, a ostatnio także dofinansowaniu z Urzędu Miasta nie dokładam, ale nie mam dochodów. Coś tam zarobię, jak później sprzedaję filmy na dvd albo pendrive’ach.
Kto pisał scenariusze?

– Początkowo nie czułem się na siłach, żeby napisać scenariusz i poprosiłem Zbisława Janikowskiego. Bardzo dobrze nam się współpracowało. Spotykaliśmy się w kawiarni w III Alei. Opowiadałem, jakie mam materiały i jak chciałbym zrobić ten film, a on pisał. Niestety, Zbisław zmarł w 2000 roku. Zdążył napisać scenariusze do wszystkich moich filmów o historii Częstochowy z wyjątkiem dwóch ostatnich: o latach 1945-1950 i tego najnowszego. Nie doczekał też premiery dokumentu o Częstochowie przedrozbiorowej. O scenariusz filmu o latach 40. poprosiłem Jarosława Kapsę, a ten najnowszy o czasach rozbiorów napisałem sam.
Lektorem we wszystkich filmach był Gracjan Respondek, bo ludziom bardzo się podoba jego głos, a nam zawsze fajnie się współpracuje. Z muzyką różnie bywało. We wcześniejszych grała dla nas Grupa Romana, Robson Gliński, a jak pokazywałem artystów z Częstochowy to korzystałem z muzyki, którą mi dawali. Tak było z Muńkiem Staszczykiem, Formacją Nieżywych Schabuff, zespołem Five O’Clock. W najnowszym filmie użyliśmy muzyki stworzonej przez sztuczną inteligencję.
Wróćmy do filmu, którego premiera przed nami. Połączenie obu miast Alejami to przełomowa decyzja dla historii Częstochowy.
- Tak, tym bardziej, że Aleje to niezwykła ulica. Żeby połączyć Starą i Nową Częstochowę mogli wybudować zwykłą drogę, które w tamtych czasach były raczej wąskie, a tymczasem powstała ulica, która nawet dzisiaj jest bardzo szeroka. W okresie zaborów było bardzo wiele ważnych momentów dla Częstochowy: Aleje, kolej, pierwsze zakłady przemysłowe. Oczywiście budowano je nie dlatego, że były zabory, ale dlatego, że właśnie w tym czasie dokonała się rewolucja przemysłowa. Wraz z fabrykami powstawały osiedla robotnicze przy dzisiejszej ul. 1 Maja, Bardowskiego, późniejszy Wełnopol, Elanex. Są zdjęcia z czasów ich budowy. Ośrodek Dokumentacji Dziejów Częstochowy ma ciekawą kolekcję fotografii z 1911 roku, które przedstawiają hutę i domy na Rakowie. Wykorzystaliśmy kilka z nich.

Mówimy także o ludziach, o przemysłowcach, którzy tworzyli zakłady w Częstochowie. Pokazujemy ich zdjęcia. Są też ogrodnicy Zawada, Jastrzębski, Hoffman. Jak Częstochowa się powiększała, to wchodziła na ich tereny. Dzisiejszy główny budynek Politechniki Częstochowskiej to koszary, które wybudował wspomniany Zawada i wynajmował carskim wojskom, a potem przekazał miastu. Wspominamy również o Krajowej Wystawie Przemysłowo-Rolniczej z 1909 roku, która odbyła się w Częstochowie. Krótko mówimy też o okresie 1793-1807, kiedy Częstochowa była w zaborze pruskim. To trochę zapomniany epizod, przysłonięty przez stuletnie panowanie Rosjan, ale ważny, bo Prusacy wiele spraw uporządkowali. To wtedy Częstochowa stałą się powiatem, wprowadzili też ułatwienia w osiedlaniu się w mieście Żydów. Oprócz rozwoju miasta, we wszystkich filmach staram się pokazywać różne dziedziny życia: kulturę, modę, sport…
W tym o czasach zaborów też będzie o sporcie?
- O kolarstwie i piłce nożnej. Informacje o nich przywieźli do nas przemysłowcy z Francji i Anglii, którzy kierowali częstochowskimi fabrykami. Była na przykład drużyna z zakładów Motte. Mamy zdjęcia piłkarzy z 1911 roku.
Mieliście materiały filmowe z tego okresu?
- Dotarliśmy do czterech filmów zrealizowanych na początku XX wieku. Trzy są autorstwa Władysława i Antoniego Krzemińskich, częstochowskich pionierów kinematografii. To znany już „Pożar zapałczarni”, relacja z ćwiczeń gimnastycznych oraz film z otwarcia Szpitala Izraelickiego na Zawodziu w 1913 roku, który znalazłem w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie. Czwarty materiał to niemiecka kronika filmowa z początków I wojny światowej. Dodatkowo mieliśmy dużo zdjęć, które dzięki sztucznej inteligencji mogliśmy trochę poruszyć.
Film to jednak wynalazek dopiero z końca XIX wieku, fotografia z jego połowy. Jak pokazaliście czasy „przedzdjęciowe”?
- Michał Krajewski zrobił animacje, które odtwarzają dawną Częstochowę. Wydaje mi się, że się udało. Do każdego filmu mamy konsultantów naukowych. Strzegli, żebyśmy nie zrobili błędów. W najnowszym filmie na przykład miałem zdjęcie żołnierzy przy pomniku cara Aleksandra II, który stał pod Jasną Górą. Sądziłem, że to Rosjanie, a tymczasem byli to Niemcy, którzy wkroczyli do Częstochowy po wybuchu I wojny światowej i sobie zrobili taką fotografię. I na szczęście udało się wyłapać pomyłkę. Czy nie popełniliśmy innych błędów, trudno powiedzieć. Zobaczymy po premierze.
Kim byli ci konsultanci?
- Kiedy już napisałem scenariusz, dałem go profesorowi Jerzemu Mizgalskiemu. Z filmem dokumentalnym jest tak, że jak masz materiały, to na początku wszystko chcesz pokazać, ale wtedy film musiałby trwać co najmniej półtorej godziny. To za długo. Powinien około 45 minut, żeby nie znużyć widzów. Jurek Mizgalski mi trochę powyrzucał, zbędne słówka powykreślał. Potem Janina Piersiak robiła korektę i również coś wypadło z tekstu, a na koniec przeczytał go Juliusz Sętowski - i jeszcze skrócił. Nie ze wszystkimi uwagami się zgodziłem, bo nie chciałem, żeby pozostały tylko suche fakty, ale też, żeby zawsze znalazł się jakiś smaczek.
Co na przykład?
- Przeczytałem gdzieś, że kiedy otwarto linię kolejową warszawsko-wiedeńską, byli ludzie, którzy jechali z Częstochowy do Wiednia na kawę albo do opery. To trwało osiem godzin. Przyjeżdżali, pili kawę, zwiedzali Wiedeń i po paru godzinach wracali. Nie chodziło o kawę, ale sama podróż była atrakcją. Ta informacja znalazła się w filmie i myślę, że dla wielu widzów może być ciekawostką. Szkoda, że dzisiaj już nie dojedziemy bezpośrednio koleją z Częstochowy do Wiednia.
Masz tremę przed premierą?
- Zawsze przed premierą mam obawy, jak to widzowie odbiorą.Wymyśliliśmy, że pokażemy spacer po Alejach w 1909 roku. Niemal wszystkie najważniejsze budynki w I i II Alei z tamtych czasów do dzisiaj stoją, może 3-4 nie ma, ale były dobrze obfotografowane. Nie wiem, jaki będzie odbiór. Czy ludzie będą chcieli oglądać w filmie domy, które znają, bo codziennie je widzą? Czy się spodoba, czy nie? Generalnie do tej pory się podobało, ale niepokój jest. Po seansach pojawiają się czasem zarzuty, że czegoś nie pokazałem.
Ale to dowód, że ludzie uważnie oglądają.
- Chciałbym, żeby zainteresowali się nimi także młodzi częstochowianie, bo to kwestia ich tożsamości. Chodzą po mieście, a nie znają historii miejsc, które codziennie widzą. Być może moje filmy pomogą przekazać pewną wiedzę ludziom, którzy nie lubią czytać książek o historii Częstochowy, ale też i tym, którzy chętnie czytają, bo jednak zobaczyć obraz na ekranie to co innego. W sumie cykl filmów o historii Częstochowy trwa siedem i pół godziny. Znajoma powiedziała, że zrobiła sobie maraton z przyjaciółmi i oglądali przez całą noc. W kolejności chronologicznej.
Skończyłeś cykl o historii Częstochowy. Co teraz planujesz?
- Mam wielką satysfakcję, że udało się pokazać całą historię miasta. Z jednej strony cieszę się, że już skończyłem, ale z drugiej czegoś mi będzie brakowało. Siedziałem wieczorami, wyszukiwałem filmy, coś poprawiałem, teraz scenariusz pisałem. Ale być może coś sobie znajdę. Może warto pokazać, jak bardzo zmieniło się miasto w latach 2000-2025. Było bardzo dużo ważnych wydarzeń w sporcie, kulturze, a także nowe inwestycje. Dla wielu młodych osób to już historia.
Jest wiele tematów, które mnie interesują, na przykład dzieje częstochowskich Żydów, przemysłu w mieście czy klubu żużlowego „Włókniarz”, który wkrótce będzie obchodził osiemdziesięciolecie. Zawsze chciałem też zrobić dokument o częstochowskiej pisarce Barbarze Rosiek, autorce głośnego „Pamiętnika narkomanki”. Jeszcze kiedy żyła, rozmawiałem z nią o tym. To może ostatnia szansa, póki są jeszcze osoby, które ją dobrze znały i miejsca, z którymi była związana. Jest także trochę materiałów filmowych.
To Twoje największe marzenie?
- Jest jedno jeszcze ważniejsze. Mam sporo materiałów filmowych. Tych wykorzystanych i takich, których jeszcze nie pokazywałem. Na „ósemkach”, „szesnastkach”, kasetach VHS i Super VHS. Martwię się, że jak mnie zabraknie, to ktoś wyrzuci je do śmieci. Mógłbym je przekazać do Filmoteki Narodowej, ale tam trafią do magazynu i będą udostępniane za pieniądze. Fajnie byłoby stworzyć archiwum filmowej Częstochowy. Oddałbym te materiały za darmo, ale trzeba znaleźć pieniądze, żeby je przegrać, zeskanować, porządnie opisać i skatalogować. Może zainteresuje się tym Uniwersytet Jana Długosza, może miasto? Na razie leżą u mnie.

Film „Częstochowa, lata 1793-1918”, oprócz premierowego pokazu, będzie można zobaczyć w Ośrodku Kultury Filmowej „Iluzja” 18 stycznia o godz. 13.30; 20 stycznia o godz. 17.30; 21 stycznia o godz. 15 oraz 22 stycznia o godz. 15. W poniedziałek, 19 stycznia o godz. 18 zaplanowano seans w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „Rumcajs” w Klubie „Politechnik” (Al. Armii Krajowej 23/25), a w niedzielę 25 stycznia o godz. 17 w Miejskim Domu Kultury (ul. Łukasińskiego 50/68).
*Krzysztof Kasprzak - scenarzysta, reżyser i producent filmowy, autor cyklu filmów dokumentalnych o historii Częstochowy; szef firmy Kas Film, zajmującej się produkcją filmów dokumentalnych i promocyjno-reklamowych.
Fot. Łukasz Stacherczak, kadry z filmu "Częstochowa lata 1793-1918"
