Finalne In-struna-lności
Finał
tegorocznego Festiwalu Wiolinistycznego im. Bronisława Hubermana odbył się z
przytupem. I myślę, że nie jednym, bo występ Adama Bałdycha z zespołem i
towarzystwem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Częstochowskiej, widocznie
poruszał niejedną stopą wśród publiczności.
Cały
festiwal obfitował w niezwykle ciekawe i zróżnicowane muzyczne wydarzenia. Z
racji ograniczonego czasu, musiałem wybrać jedno. Był to koncert, który na
długo zostanie w mojej pamięci, a motyw kompozycji „Teodor” do dziś chodzi ze
mną po jesiennych ulicach Częstochowy.
Publiczność przywitała na scenie Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Częstochowskiej pod batutą Wojciecha Pompki. Za chwilę dołączył do nich kwartet: Adam Bałdych - skrzypce i skrzypce renesansowe, Sebastian Zawadzki - fortepian, Andrzej Święs - bas i Dawid Fortuna - perkusja. Po krótkiej przemowie gwiazdy wieczoru przyszedł czas na zanurzenie się w mistrzowsko prowadzonych kompozycjach i improwizacjac
Adam Bałdych to wciąż młody, ale bardzo świadomy muzyk i kompozytor nie pozwalający zamknąć się w jednej stylistyce. Z mistrzostwem łączy jazz z muzyką symfoniczną i klasyczną, flirtuje z muzyką rozrywkową. Błyskawiczna kariera i innowatorskie, wręcz buntownicze zacięcie skrzypka, pokazuje na równi wielki talent i miłość do muzyki jako całości, bez tradycyjnego podziału na gatunki.

Obie zagrane tego wieczoru kompozycję powstały na zlecenie muzycznych instytucji: pierwsza dla Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy - Aukso, druga dla Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.
Na początek zaserwowano nam „Early Birds Symphony”, której pomysł, jak mówił Bałdych, narodził się podczas porannych spacerów. Subtelny, leniwy początek wciągnął nas w rozmowę instrumentów, które rozkręcając się, prowadziły nas w coraz bardziej dynamiczną aurę świergoczących ptaków. Kiedy muzycy rozprowadzali kolejne jazzowe partie, czułem paletę prześwietlanych przez wschodzące słońce liści, targanych niezbyt grzecznym wiatrem. Kiedy zwalniali, wprowadzali nas w zadumę samotnego spaceru. Każda emocja znalazła tu swój czas i dźwięk, a godzina minęła mi w zachwytach i kiwaniu głową w takt sesji rytmicznej.
Następnym muzycznym rozdaniem był „Teodor” - skomponowany na cześć własnego syna. Jak zdradził muzyk, każdy artysta, marzy, aby zadedykować utwór swojemu dziecku.

Tutaj frontman chwycił drugi z przewidzianych na ten występ instrumentów, a mianowicie wspomniane skrzypce renesansowe. Ten zbudowany na historyczny wzór instrument, o innych właściwościach niż klasyczne skrzypce, został zaoferowany artyście przez tajemniczego austriackiego lutnika. Teraz jego niepowtarzalny dźwięk dodaje wyrazu kolejnym występom.
„Teodor” rozpoczął się od onirycznego, improwizowanego stacatto, szarpanego palcami niczym na gitarowych strunach. Po chwili rozlał się pełną mocą dziesiątków instrumentów pełnej orkiestry. Zagnieździł się na sali, odbijał pomiędzy akustycznymi panelami i publicznością. Kwartet szalał, budując dźwiękami romantyczne i wzruszające synestezje w mojej głowie. Naprzemiennie przyspieszał i zwalniał muzyczną opowieść. Wielu słuchaczy przyjmowało to w zadumie, ale wielu - jak ja - podrygiwało rytmicznie i kiwało głowami.
Jazzowy sznyt z symfonicznym rozmachem porwał nas tak, że oklaskami nie pozwoliliśmy na tylko jeden bis. Przy drugim solista zachęcił orkiestrę do żywej improwizacji. Wychodziłem z sali wzruszony i muzycznie spełniony. Naszą wspaniałą częstochowską orkiestrę mam na wyciągnięcie kilkudziesięciu dłuższych kroków od domu. Jak już się zarzekałem, mam zamiar z tego korzystać, ale gdy znowu zobaczę gdzieś na afiszach nazwisko Adama Bałdycha, czym prędzej ruszę w stronę kolejnych muzycznych delicji.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska
