Frytka OFF, Bruce i Kill Bill
Było różnorodnie, z energią, przebojami i emocjami. Frytka OFF doczekała się czternastej edycji i zaserwowała dobrze zagrane i zaśpiewane historie.

W tym roku w festiwalowy klimat wprowadził piątkowy before na placu Biegańskiego. Rozgrzewka była to naprawdę dobra i to nie tyko dlatego, że o brzmienia zadbał DJ Jahdas, który ma spory dorobek i doświadczenie. Imprezę rozpoczął bowiem koncert częstochowskiej wokalistki Agaty Kapalskiej i towarzyszącego jej producenta Fistacha. To z nim stworzyła m.in. świetny kawałek „Motyle” (jeśli nie znacie, posłuchajcie koniecznie na YouTubie), ale i zupełnie nowy materiał, który zabrzmiał przedpremierowo. Gościem koncertu byli perkusjonista Marcin „Martinez” Grodzki oraz raper Kari, z którym Agata tworzyła dawniej zespół Trip. Występ był ukłonem w kierunku frytkowych dziejów, bo w 2018 r. grupa koncertowała na głównej scenie festiwalu.
Nowe muzyczne spotkania
Zostając przy historii, dla mnie częstochowski festiwal zawsze był okazją, do muzycznego „dokształcania”. To tu po raz pierwszy na „żywo” słuchałam choćby Mery Spolsky, Miuosha, L.U.C.a, Meli Koteluk, Kim Nowak, czy projektu R.U.T.A. Tegoroczna, czternasta już edycja imprezy przyniosła mi same nowe spotkania.
Sobotnie granie w Parku Wypoczynkowym Lisiniec otworzyło trio Immortal Onion, świętujące w tym roku 10-lecie działalności. Pięć lat temu w ramach cyklu „JAZZtochowa” gościliśmy już zespół w naszym mieście, a że od tego czasu jego dyskografia się nieco rozrosła, na powrót czekało sporo fanów.

Co ciekawe: dokonania grupy cenione są również poza granicami Polski, bo promowano je w kilkunastu krajach Azji i Europy. Immortal Onion przełamuje granice gatunku, gra bardzo świeżo i energetycznie. I taka żywiołowość na start dobrze podziałała na imprezę.
Dobrze napisane historie
Teraz największe moje odkrycie: Daria ze Śląska. Znałam jej kawałki, słuchałam ich, ale tak z daleka, głównie na YouTubie, np. w duecie z Kortezem czy jako singla promującego spektakl „Terapia dla par”, który niedawno grano w Częstochowie. W żaden sposób nie umywa się to do tego, co artystka serwuje koncertowo. Wow i zachwyt totalny! Muszę sprawić sobie jej płyty i czuję, że będę je zapętlać bez końca. Wokalistka ujmuje nie tylko twórczością, ale i dystansem do siebie. Żartowała, że ma nadzieję, że docenimy jej festiwalowy out fit, czyli żółtą sukienkę. Postanowiła bowiem upodobnić się… do tytułowej frytki. Czy doceniamy? Oczywiście!
Daria serwuje osobiste, niezbyt łatwe, ale bardzo dobrze napisane historie. Śpiewa o tym, z czym wielu się pewnie się identyfikuje. O presji otoczenia, szukaniu własnej tożsamości, życiowych dramatach, zagubieniu, bezsilności, miłości i rozstaniach, kryzysach, słabości.

Frytkowy występ rozpoczęła kawałkiem „JPRDL” z nowego, trzeciego albumu „Halo. Co jest grane?” (tym razem komentuje ludzkie słabości i różne absurdy codzienności, z którymi sama się zderza). Tu w refrenie śpiewa trochę za chuda, trochę za stara, trochę za bardzo, trochę na styk, to jej odpowiedź na wszechobecny w sieci hejt, na wszystkie nieproszone uwagi. „Ciężki plecak”, który zabrzmiał tuż po, rozbroił mi całkowicie system, podobnie jak „Falstart albo faul”. Zresztą podczas koncertu Darii nie zabrzmiała żadna zła piosenka. „Tańcz”, „Co tam, jak się masz”, „Trudno jest być sobą”, „Kill Bill”, „Trója z chemii” czy „Wariatka”. Wszystkie polubiłam po pierwszej frazie.
Niezależnie od gatunku
Co ciekawe, kilka lat temu Daria ze Śląska nagrywała wspólnie z Opałem, a efektem współpracy jest m.in. utwór „Zostań” (zresztą kolaboracji z raperami wokalistka ma znacznie więcej). Pseudonim Łukasza Opiłki podaję oczywiście nie przez przypadek, bo to on był kolejnym gościem Frytki OFF 2026.
Oboje stawiają na ogrom emocji, takich, które trafiają do ciebie niezależnie od gatunku. Bo choć hip hop zdecydowanie nie jest moją muzyką, to ten występ naprawdę mi się podobał. Zwłaszcza ta bezpośredniość i to, jak raper zwraca się do publiczności, do tej, która przyszła specjalnie dla niego i znała niemal wszystkie teksty, i do tej - które podobnie jak ja - słuchała go po raz pierwszy.

Dla Częstochowy Opał wybrał kilka starszych i kilka nowszych numerów. Wśród tych drugich znalazła się „Kontrabanda”, czyli zwiastun nowego krążka, do którego premiery szykuje się raper. I choć – jak podkreśla – nie zawsze śpiewa o lekkich sprawach – chce zostawiać ludziom pozytywną energię. I to mu się udało. A „Nieba”, „Szarego matu”, „Palo Santo” czy „Czarnego nieba” słuchało mi się bardzo dobrze.
Wielkie fanki Igo
Przebojową serię na festiwalowy wieczór miał też dla nas Igo, którego znałam przede wszystkim z tras „Męskiego grania”. Wokalista nagrał dotychczas hymny dla trzech edycji wydarzenia – „Sobie i wam”, „Świt” i „Supermoce”. Ostatni kawałek, wykonywany wspólnie z Mrozem i Vito Bambino, był również i frytkowym hitem. Ale nie tylko przy nim tańczyliśmy do upadłego. „To nie koniec”, „Pięścią w stół”, „Wiatr”, „Zostań”… Fanów nie brakowało, a każdy czekał na inną piosenkę.
I tak np. „Stumilowy las” był marzeniem dwóch dziewczynek, które w eskorcie rodziców stały dokładnie naprzeciwko sceny. Na własnoręcznie przygotowanych, dwustronnych transparentach prosiły - jako wielkie fanki Igo (bo i taki napis na nich widniał) - o właśnie ten utwór. Wokalista spełnił to życzenie. Ja zaś czekałam na „Bruce’a”, bo obok rozkręcających każdą zabawę „Supermocy”, ten kawałek polubiłam najbardziej. I również nie wyszłam zawiedziona (a ze mną nuciło go wielu). A że na koniec trochę nam było mało, wyprosiliśmy bis. I tak na finał do setlisty dołączyła „Helena”.

I choć Igo zafundował nam bardzo energetyczny koncert, bo dobrze wie, jak porwać publiczność, to mnie najbardziej spodobało się to, co rozegrało się już zakulisowo. Bez fleszy, barierek, medialnego szumu. Gdy światła zgasły, muzyk wyszedł do publiczności, która czekała na końcu festiwalowego terenu. Rozmawiał, przyjmował uściski, pozował do zdjęć, przyjmował podziękowania za frytkowo koncert i to, jakie utwory nagrywa. Oczywiście w tej grupie znalazły się też te dwie małe, wielkie fanki. Igo opuścił Częstochowę z dziecięcymi transparentami pod pachą. I wspominając tegoroczną Frytkę, będę miałam na długo w pamięci właśnie ten obrazek.
Fot. Grzegorz Skowronek, Łukasz Kolewiński (Before)
